Znowu się spóźniłaś z pracy? warknął Janusz z zazdrością, choćby nie czekając, aż zdejmie przemoknięte kozaki. Wszystko jasne.
Gosia zamarła, trzymając lodowatą klamkę. W mieszkaniu panowała duszność, pachniało smażoną cebulą i czymś ponurym, zastałym, jak zakisła żółć. Ten zapach prześladował ją od trzech tygodni, wżerając się w firanki, ubrania i skórę. Wypuściła powietrze z płuc, próbując uspokoić drżenie rąk, i odwróciła się do męża.
Janusz stał w progu kuchni ze skrzyżowanymi ramionami. Szlafrok rozchełstany, pod spodem wygnieciony t-shirt z napisem Lech Poznań mistrz!. Twarz, którą znała od dwóch dekad, była teraz obca, wykrzywiona grymasem obrzydzenia.
Januszku, tramwaje stały zaczęła znaną, zdartą śpiewkę, głosem brzmiącym jak spod wody. Śnieżyca, korki na Grunwaldzkiej
Wystarczy! Pacnął dłonią w ścianę, aż chyba trochę tynku posypało się na podłogę. Przestań robić ze mnie głupka, Gosia. Korki? O dwudziestej pierwszej? W stronę podmiejskich?
Podszedł bliżej, aż odruchowo przylgnęła do wieszaka. Mokry płaszcz ciągnął zimno po plecach.
Dzwoniłem do twojej pracy wycedził każde słowo. Punkt szósta piętnaście. Ochroniarz powiedział, iż wyszłaś o piątej. Gdzie byłaś przez trzy i pół godziny?
Gosi żołądek zamienił się w lód. Kłamstwa opanowała w codziennych drobiazgach by nie smucić, by coś wygładzić. Ale to było inne, ogromne jak czarna dziura i domagające się ciągłego dokarmiania.
Byłam w aptece, a potem u mamy, musiałam jej zanieść leki mruczała, skupiona na wadliwej zamku kozaka; palce jej się nie słuchały.
U mamy, jasne prychnął Janusz. Dzwoniłem do niej pół godziny temu. Twierdzi, iż tygodnia cię nie widziała.
W przedpokoju zapanowała taka cisza, iż aż dzwoniła w uszach. Wyprostowała się, z rozpaczą wiedząc, iż nie ma już gdzie się cofnąć. Była wyczerpana. Boże, jak bardzo była wyczerpana. Każdy wieczór jakby przechodziła przez minowe pole; każdy dźwięk telefonu mały zawał.
Znalazłaś sobie kogoś, co? głos Janusza ściszył się do szeptu, przez co brzmiał jeszcze groźniej. Młody kolega z pracy? Ten twój znajomy, o którym tyle gadałaś miesiąc temu?
Był już o krok od niej. Czuć było woń dymu wrócił do palenia po pięciu latach, bo jego ojciec po zawale przestał, więc on wziął pałeczkę.
Janusz, ja nie mam nikogo. Uwierz, proszę.
Uwierz? Chwycił ją za ramiona i potrząsnął. Popatrz na siebie! Schudłaś dziesięć kilogramów. Drżysz na każdy szmer. Masz hasło na telefonie. Odwracasz wzrok. Tak zachowują się kobiety z romansem na sumieniu, które żyją w strachu. A wiesz, co jest najgorsze?
Spoglądała mu w oczy, a łzy paliły jej powieki.
Najgorsze zadrżał mu głos iż choćby nie udajesz, iż zależy ci na tej rodzinie. Wracasz do domu jak na odsiadkę. Masz mnie gdzieś, dom gdzieś. Jesteś gdzieś daleko, w swoim świecie, przy swoim kimkolwiek on nie jest.
To nieprawda wyszeptała. Kocham cię. Wszystko robię dla nas. Dla rodziny.
Dla rodziny zdradzasz? parsknął.
Nie waż się tak mówić! krzyknęła nagle. Nic nie wiesz!
W tej chwili zza drzwi wychylił się blady, szczupły Krzysiek. Ich dziewiętnastoletni syn wyglądał jak duch podkrążone oczy, pogryzione wargi, wzrok biegał.
Mamo, tato nie krzyczcie, proszę zapiszczał cienkim głosem.
Janusz odwrócił się gwałtownie:
Do siebie! Nie wtrącaj się. To dorosłych sprawy. Albo też wiesz, gdzie twoja matka znika wieczorami?
Krzysiek skulił się, rzucił przerażone spojrzenie matce i trzepnął drzwiami; zamek szczęknął.
Janusz wrócił do żony, w oczach chłód.
Dam ci ostatnią szansę, Gosia. Tu i teraz. Powiedz mi prawdę. Kto to?
Gosia zamknęła oczy. Przed powiekami stanęło jej to, co widziała każdej nocy od trzech tygodni. Mokra jezdnia. Światła auta, wyłapujące małą postać w różowej kurtce. Tępy huk. Pisk opon. I ten pisk Krzyśka, wbiegającego do mieszkania tamtego strasznego wieczoru.
Mamo, nie chciałem! Sama wyskoczyła! Nie dzwoń na policję wsadzą mnie, zniszczą mi życie! Tata nie wybaczy, tata mnie zabije, mamo, ratuj!
I uratowała. Przynajmniej tak jej się wtedy wydawało.
Nikogo nie mam, Janusz powiedziała twardo, otwierając oczy. Po prostu mam dość. W pracy zamieszanie, redukcje Bałam się ci powiedzieć.
Długo na nią patrzył. W końcu odpuścił jej ramiona z wyraźną niechęcią.
Kłamiesz stwierdził. Kłamiesz mi prosto w twarz. Znalazłem wczoraj paragon w twoim płaszczu. Lombard. Zastawiłaś bransoletkę, którą ci kupiłem na rocznicę.
Ziemia uciekła spod stóp Gosi. O tym paragonie kompletnie zapomniała. W panice, w pośpiechu
Pieniądze dla kochanka? zadrwił Janusz. Utrzymujesz jakiegoś darmozjada? Czy spłacasz jego długi niczym polska dekabrystka?
To na na leczenie wydusiła pierwsze, co przyszło do głowy. U koleżanki z pracy wykryli nowotwór. Składaliśmy się
W lombardzie? przerwał. Gosia, wynoś się.
Co?!…
Pakuj się i idź. Do matki, do kumpeli, do diabła. Nie chcę cię dzisiaj widzieć. Muszę się zastanowić, czy od razu złożyć papiery o rozwód, czy dać ci jeszcze szansę na szczerość.
Januszu, jest noc wybąkała.
Wynoś się! ryknął tak, iż aż zastukały talerze.
Wiedziała: to koniec. jeżeli zostanie, on dobije ją pytaniami, złamie. Albo Krzysiek, słuchający przez ścianę wszystkiego, pęknie i wyjdzie. A wtedy rozsypie się wszystko, co przez ostatnie piekielne trzy tygodnie spinała ledwo zipiąc.
Bez słowa wzięła torebkę, w której był jeszcze jeden koperta nie z kasą, tylko ze zdjęciami, które dostała tego dnia i bez zdejmowania butów wyszła do klatki.
Drzwi zamknęły się za nią z głośnym, nieodwołalnym trzaskiem. Gosia została sama na ciemnej klatce. W kieszeni zawibrował telefon. SMS. Nie od męża.
Jutro ostatni termin. Jak nie będzie całej sumy, idę na policję. Synkowi przekaż pozdrowienia.
Osunęła się przy ścianie na kucki, łzy płynęły cicho, dłoń tłumiła szloch, żeby nie zbudzić sąsiadów.
Na dworze szalała zamieć. Gosia szła przez zasypane śniegiem uliczki Poznania, nie wiedząc adekwatnie dokąd. Do mamy odpada, Janusz pierwszy tam zadzwoni. Do koleżanek też zaczęłyby się pytania. Zostało jedno: całodobowa knajpka na dworcu, gdzie przetrzyma noc przy najtańszej herbacie w życiu.
Usiadła przy lepkim stoliczku w rogu, zamówiła herbatę i wyciągnęła telefon. Na tapecie ich wspólne zdjęcie z zeszłorocznych wakacji w Turcji. Krzysiek śmieje się, obejmuje tatę, Janusz patrzy na nią z taką czułością
Jak łatwo wszystko może się rozsypać.
Przywołała tamten wieczór. Krzysiek wziął samochód ojca bez pytania przewieźć dziewczynę. Prawka nie miał, tylko doświadczenie z pola u dziadka. Janusz miał wtedy dyżur. Krzysiek wrócił po godzinie. Blady, trzęsący się, z rozbitą lampą.
Płakał przy jej nogach, błagał, zarzekał się, iż ciemno, wieś, dziewczyna wyskoczyła zza autobusu. Przestraszył się. Uciekł.
Podjęła decyzję w sekundę. Instynkt matki odebrał jej rozum, sumienie, zasady. Znała Janusza z zasad nie rezygnuje. Jest lekarzem pogotowia. Policję wezwałby zanim ktokolwiek mrugnąłby okiem. Odpowiadaj za swoje czyny jego dewiza.
Ukryła auto w garażu. Kazała synowi milczeć. Następnego dnia znalazła ojca tej dziewczynki.
Marek.
Po znajomych z policji dowiedziała się, gdzie mieszka, skłamała coś o pomocy, świadkach”. Pojechała. Typowa wielkopolska klitka, w powietrzu bieda i rozpacz. Marek siedział w kuchni, pił gorzałę i gapił się na zdjęcie córki.
Nie potrafiła długo kłamać. Wyjaśniła, iż to był jej syn. Że jest młody, głupi, iż zrobi wszystko, byle nie zniszczyć mu życia więzieniem.
Marek nie krzyczał, nie rzucał się do rękoczynów. Po prostu rzucił kwotą. Kosmiczną, nie do udźwignięcia. Na pomnik powiedział. I na to, żebym się stąd wyniósł, zapomniał o tym mieście. I jeszcze zażądał, żeby Krzysiek cierpiał. Żeby żyli w niepokoju, dopóki nie uzbiera całości.
I teraz siedzi Gosia w dworcowej spelunie, z zastawioną bransoletką, sprzedanym futrem i kredytem w każdym możliwym banku. I dalej za mało.
Nie poszła rano do pracy. Zadzwoniła, podała grypę. Miała kilka godzin na zdobycie jeszcze dziesięciu tysięcy złotych.
Cały dzień biegała po mieście jak oszalała. Chwilówki. Zastawiła laptop w lombardzie. Pożyczyła od starej koleżanki, wymyślając jakąś nagłą operację.
Do piątej miała pełną kwotę pękatą paczkę banknotów w brązowej kopercie.
Dzwoniła do Janusza, rozłączał. Napisała Krzyśkowi: Będzie dobrze. Trzymaj się. Tata się nie dowie. Brak odzewu.
Pojechała pod znajomy adres. Stara pięciopiętrowa klitka na peryferiach bardziej straszyła niż każdy horror. Odpadający tynk, przytłumione światła.
Trzecie piętro. Drzwi były lekko uchylone Marek czekał.
W środku panował chaos. Widać, iż się pakuje. Na stole pusta flaszka. Wyglądał jeszcze gorzej niż zwykle.
Masz? zacharczał, nie fatygując się powitaniem.
Mam. Położyła kopertę na stole. Tu wszystko, jak ustaliliśmy. Wycofuje pan doniesienie To znaczy, nie zgłasza pan nowych informacji. Wyjeżdża pan stąd.
Marek zważył kopertę. Spojrzał z krzywym uśmiechem.
Myślisz, iż kasa zatka mi dziurę w sercu?
Nic już nie myślę odparła. Chcę uratować syna. Obiecał pan.
Obiecałem rzucił kopertę z powrotem. A wiesz co? Zmieniłem zdanie.
Gosia aż się zachłysnęła.
Co to znaczy… zmienił pan zdanie?
Za mało ruszył ku niej, cuchnąc wódą. Widziałem wczoraj twojego męża. Ma czym jeździć. Sam wygląda na zarobionego. A ty mi tu takie grosze przynosisz, żebrzesz po lombardach.
Pan nie rozumie! Wszystko, co mamy, to ten samochód! Ledwo wiążemy koniec z końcem!
To niech się dowie! wrzasnął Marek. Niech pozna, jakiego wychował gnoja! Moja córka gnije w ziemi, a twój synek siedzi w ciepełku i je kotlety?!
Błagam złożyła ręce jak do modlitwy. Proszę jeszcze trochę czasu, sprzedam samochód, wymyślę coś!
Nie ma czasu! chwycił ją za rękę. Teraz dzwoń do męża, niech leci z następnym pół bańki, albo ja lecę na policję!
W tym momencie na korytarzu zadudniły kroki. Drzwi, których Gosia nie domknęła, stanęły szeroko.
Janusz.
Stał blady jak ściana. W ręce telefon; na ekranie aplikacja z lokalizatorem rodzinnym.
Wiedziałem wymamrotał, patrząc jak Marek trzyma Gosię za rękę. Lokalizator rodzinny. choćby tego wyłączyć nie umiesz, głupia.
Spojrzał na niego, potem na kopertę.
No głos miał drżący od furii ile kosztuje noc z moją żoną?
Gosia wyrwała rękę.
Janusz, to nie tak
Zamknij się! ryknął. Widziałem, jak tu weszłaś. Do tej rudery. Do tego zmierzył Marka pogardliwie myślałem, iż masz gust. Myślałem: kolega, szefowa. A to
Marek nagle się zaśmiał. Groteskowo, z głową od rzuconą do tyłu.
Kochanek?! Serio myślisz, iż jestem jej kochankiem?
Zamknij się! wrzasnęła Gosia, próbując zatkać mu usta. Janusz, wyjdź, ja ci wszystko wyjaśnię w domu!
Janusz ją odepchnął.
Nie. Chcę posłuchać, skoro już tu jestem.
Marek otarł usta, spojrzał na Janusza z dziwną litością.
Serio nie widzisz, co się dzieje? Twoja żona kupuje mój spokój.
Co? zmarszczył brwi Janusz.
Kupuje twoją ciszę Marek podał mu zdjęcie dziecka z czarną wstążką. No, poznajesz tę twarz?
Janusz złapał zdjęcie i… Rozpoznał. Oczy rozszerzyły mu się ze zgrozy.
To To ta dziewczynka. Z wiadomości. Trzy tygodnie temu. Potrącona na przejściu w Swarzędzu. Sprawca uciekł.
Brawo wyszczerzył się Marek. Zapytaj żonki, kto był za kierownicą. I czyj to był samochód.
Zapanowała cisza, od której prawie bolały uszy. Janusz odwrócił się do Gosi. W oczach miał taką rozpacz, iż zdrada wydawałaby się przy tym komplementem.
Gosia? wymamrotał. Samochód był w garażu. Powiedziałaś, iż padł akumulator, więc zabrałaś kluczyki
Gosia zgięła się w pół. Nogi odmówiły posłuszeństwa.
Wybacz mi… zawyła. To Krzysiek. Wziął kluczyki To był wypadek, Janusz, to nasz syn!
Janusz nie krzyczał. choćby się nie poruszył. Patrzył tylko na żonę, która klęczała przy nogach obcego faceta, i na faceta żywiącego się w tej chwili własnym cierpieniem.
Poszarzał na twarzy. Był lekarzem, widział śmierć na co dzień. Ale teraz przyszła do niego do domu, siadła przy stole i założyła twarz jego syna.
Krzysiek? zapytał beznamiętnie. Mój syn zabił dziecko?
To był wypadek! wierciła się Gosia. Nic celowego!
Ale uciekł sucho włączył się Marek. Zostawił ją na śmierć. Pogotowie przyjechało po piętnastu minutach. Gdyby zadzwonił od razu może by żyła.
Janusz zachwiał się, chwycił za futrynę.
Ty wiedziałaś? patrzył na Gosię, jak na owada. Trzy tygodnie wiedziałaś?
Chroniłam go! szlochała. Jestem matką! Siedziałby w więzieniu, nie przetrwałby! Chciałam zapłacić, chciałam, żeby to ucichło
Zapłacić? zerknął na kopertę. Życie dziecka za dziesięć tysięcy?
Dałem ile mogłem wysapał Marek. Chciałem, żeby cierpieli. Ale kasa nie wystarczy. Chcę, żeby zgnił za kratkami.
Janusz powoli podszedł do stołu. Chwycił kopertę. Gosia wstrzymała oddech czy dorzuci? Czy sam pójdzie na dno?
Janusz zważył kopertę w rękach. Po chwili rzucił ją Markowi w twarz. Banknoty wylądowały na brudnej podłodze kolorowym dywanikiem.
Zabierz sobie te krwawe pieniądze powiedział. Sumienia nie kupią.
Chwycił Gosię za łokieć i z wysiłkiem podniósł z ziemi.
Wstawaj. Jedziemy do domu.
Janusz, proszę… bełkotała, ledwo powłócząc nogami. Dogadajmy się, to przecież nasz syn…
Zamknij się. Teraz będziesz milczeć. Do domu.
Schodzili po schodach pod pustym, przeklętym spojrzeniem Marka.
W drodze do domu cisza jak po wybuchu. Janusz prowadził agresywnie, przeskakując bez kierunkowskazów; Gosia bała się oddychać, patrząc na biel jego kłykci na kierownicy.
Po wejściu do mieszkania Krzysiek siedział w kuchni nad zimną herbatą. Na widok ojca zerwał się, przewracając stołek.
Tato? Mamo? Już się pogodziliście?
Janusz podszedł, górując nad synem.
Ubieraj się.
Gdzie? Krzysiek spojrzał niepewnie na matkę. Gosia stała w przedpokoju, cicho szlochając.
Na policję.
Nogi Krzyśka się ugięły. Usadowił się na taborecie.
Tato, nie! Mama wszystko załatwiła! Tato, błagam!
Mama? zaśmiał się gorzko Janusz. Mama ci kupiła bilet do piekła. Trzy tygodnie żyjesz, wiedząc, iż kogoś zabiłeś żresz, śpisz, grasz w gry?
Nie śpię! rozpłakał się Krzysiek. Codziennie widzę ją we śnie! Tato, boję się!
Boisz się? Janusz chwycił go za koszulę, podniósł. A tamta dziewczynka nie bała się umierać sama, na mrozie? Jej ojciec nie boi się życia bez niej?
Janusz, nie! poleciała do nich Gosia. To przecież jeszcze dziecko!
Nie dziecko! wrzasnął, odpychając ją. Dorosły facet, który zrobił tragedię i schował się za spódnicą matki! A ty… spojrzał na żonę z przerażającym bólem zdradziłaś mnie, Gosia. Nie innym facetem. Tym, iż zrobiłaś ze mnie durnia. Wolałaś żebym żarł się z zazdrości, niż powiedzieć prawdę. Myślałaś, iż honor tej rodziny kupisz za parę tysięcy.
Bałam się, iż go wydasz! wrzeszczała.
Wydałbym przytaknął. Ale byłbym z nim. Walczylibyśmy o wyrok w zawieszeniu, o odszkodowanie. Mielibyśmy odwagę patrzeć ludziom w oczy. A teraz? Jesteśmy rodziną tchórzy i morderców.
Krzysiek zsunął się na podłogę, kryjąc głowę. Wył, jak ranny pies.
Janusz przykucnął przy nim.
Krzysiek, popatrz na mnie.
Syn podniósł zapłakane oczy.
jeżeli nie pójdziemy teraz, powiedział cicho nigdy nie będziesz już człowiekiem. To cię zje od środka. Chcesz całe życie bać się syreny policyjnej? Czekać, iż facet przyjdzie po ciebie?
Krzysiek pokręcił głową.
Nie dam rady, tato… Nie chcę już tak żyć.
To chodź. Pójdę z tobą. Będę przy tobie. Ale odpowiedź musi być.
Powoli wstał. Otarł łzy, pociągnął nosem. Po raz pierwszy od trzech tygodni w jego oczach zagościła nie panika, tylko jakaś ponura determinacja.
Idziemy powiedział.
Janusz skinął głową. Odwrócił się do Gosi.
Ty zostajesz.
Idę z wami! sięgnęła po płaszcz.
Nie zatrzymał ją ruchem ręki. Ty już zrobiłaś swoje. Próbowałaś kupić jego duszę. Teraz ja spróbuję ją naprawić.
Janusz, wybaczysz mi? spytała cicho, wiedząc, iż ten wyrok ją dobije.
Patrzył na nią długo, z uwagą, jakby zapamiętywał każdy detal twarzy, którą kochał przez pół życia.
Zdradę bym przebaczył, Gosia. To się ludziom zdarza. Ale to, co zrobiłaś… Trzy tygodnie patrzyłaś, jak się męczę i milczałaś. Widziałaś, jak się miotam i miałaś to gdzieś, byle ratować swój grzech.
Otworzył drzwi, wpuścił syna przodem.
Nie wiem, czy z tym da się żyć. Czy będę w stanie spać z tobą w jednym łóżku.
Drzwi trzasnęły.
Gosia została sama w pustym mieszkaniu. Cisza dudniła jej w uszach. W przedpokoju leżał paragon z lombardu musiał wypaść z kieszeni Janusza.
Podeszła do okna. Na dole, w blasku latarni, szły dwie postacie jedna duża i szeroka, druga skulona, drobna. Nie dotykali się, ale szli razem.
Przycisnęła czoło do zimnej szyby. Prawda wyszła na wierzch. I okazała się straszniejsza, niż Janusz mógł sobie wyobrazić. Zrujnowała nie tylko ich przeszłość przekreśliła przyszłość. Ale tam, pod śniegiem, ojciec i syn szli, by wywalczyć choćby prawo do uczciwej teraźniejszości.
Gosia zsunęła się pod ścianę i pierwszy raz od trzech tygodni płakała nie ze strachu, a z bezsilności. Proces będzie długi. Wyrok bolesny. Ale najdotkliwszy zapadł tu, w tym przedpokoju. I apelacji nie będzie.











