Znowu do niej? – Znowu do niej idziesz? Marzena zadała pytanie, choć już znała odpowiedź. Darek k…

twojacena.pl 1 godzina temu

Znów do niej

Znowu do niej idziesz?

Marzena już znała odpowiedź, choć w głosie pobrzmiewała resztka nadziei. Darek skinął głową, spuszczając wzrok. Wciągnął kurtkę, przeszedł rutynę łapania za kieszenie klucze, telefon, portfel. Wszystko jest. Można ruszać.

Marzena czekała. Chociaż jedno słowo. Chociażby przepraszam czy zaraz wracam. Ale Darek po prostu otworzył drzwi i zniknął bez słowa. Zamek kliknął tak cicho, jakby przepraszał w imieniu właściciela.

Marzena podeszła do okna. Podwórko w dole kąpało się w światłach latarni, łatwo dostrzegła znajomą sylwetkę. Darek szedł szybkim krokiem, zdecydowanym. Jak facet, który doskonale wie, dokąd zmierza. Do niej. Do Anety. Do ich siedmioletniej Zosi.

Marzena przytuliła czoło do lodowatej szyby.

…Przecież wiedziała. Od początku zdawała sobie sprawę, na co się porywa. Gdy się poznali, Darek jeszcze był formalnie żonaty. Stempel w dowodzie, wspólne mieszkanie, dziecko. Ale z Anetą już nie mieszkał wynajmował pokój, wpadał tylko dla córki.

Ona mnie zdradziła powiedział wtedy Darek. Nie potrafiłem wybaczyć. Złożyłem papiery.

Marzena uwierzyła. Łatwo, boleśnie łatwo. Bo chciała wierzyć. Bo zakochała się głupio, bezmyślnie, jak siedemnastolatka. Randki w knajpie, maratony rozmów przez telefon, pierwszy pocałunek w deszczu pod jej blokiem. Darek patrzył na nią, jakby była jedyną kobietą na ziemi.

Rozwód. Ich ślub. Nowe M3, wspólne plany, gadki o przyszłości.
A potem się zaczęło.

Najpierw telefony. Darek, przywieź Zosi lekarstwa, pilnie, choruje. Darek, cieknie nam kran, nie wiem co zrobić. Darek, mała płacze, chce cię zobaczyć, przyjeżdżaj natychmiast.

Darek rzucał wszystko i jechał. Zawsze.

Marzena próbowała zrozumieć. Dziecko to rzecz święta. Córka nie jest winna, iż rodzice się rozeszli. Naturalnie powinien być blisko, pomagać, uczestniczyć.
Czasem Darek jej słuchał, próbował stawiać granice byłej żonie.
Ale Aneta zmieniała wtedy strategię.

Nie przyjeżdżaj w weekend. Zosia cię nie chce.
Nie dzwoń, bo ją stresujesz.
Pytała, dlaczego tata nas zostawił. Nie wiedziałam, co odpowiedzieć.
I Darek pękał. Zawsze. Gdy próbował odmówić kolejnej nagłej prośbie Aneta uderzała w czuły punkt. Po tygodniu Zosia zaczynała powtarzać za mamą: Nie kochasz nas. Wybrałeś inną panią. Nie chcę cię.

Siedmiolatka sama by tego nie wymyśliła.

Po tych rozmowach Darek wracał rozbity, z poczuciem winy i martwym wzrokiem. I znów gnał do byłej przy pierwszym skinieniu byleby córka nie odwracała się plecami, nie patrzyła obcymi, zimnymi oczami.
Marzena rozumiała. Naprawdę.

Ale już miała dosyć.

Sylwetka Darka zniknęła za rogiem kamienicy. Marzena oderwała się od okna, mimowolnie potarła czoło na skórze został różowy ślad od szyby.
Puste mieszkanie przytłaczało.

Zegarek tykał już w okolice północy, gdy zamek cicho się obrócił.
Marzena siedziała w kuchni. Przed nią dawno zimna herbata choćby nie tknęła, tylko gapiła się, jak po powierzchni rozchodzi się ciemna plama. Trzy godziny. Trzy godziny czekała, nasłuchując każdego szelestu na klatce.

Darek wszedł ostrożnie, zdjął kurtkę, odwiesił na haczyk. Poruszał się, jakby chciał się prześlizgnąć niezauważony.

Co tym razem się stało?

Marzena sama była zaskoczona, jak spokojnie zabrzmiał jej głos. Trzy godziny ćwiczyła tę frazę, a o północy wszystkie emocje już wypaliły się w środku.
Darek zamilkł na krótką chwilę.

Padł piecyk gazowy. Trzeba było naprawić.

Marzena powoli podniosła wzrok. Stał w progu kuchni, nie wiedząc, czy wejść. Patrzył gdzieś ponad jej głową, w ciemność za oknem.

Przecież nie umiesz naprawiać piecyków.
Wezwałem fachowca.
I musiałeś czekać tam? Marzena odsunęła filiżankę. Nie mogłeś go zamówić stąd? Przecież masz telefon

Darek się skrzywił, skrzyżował ramiona. Cisza gęsta jak kisiel.

A może dalej ją kochasz?

Wtedy spojrzał. Nagle, z urazą, złością i żalem.

Co za bzdury opowiadasz? Wszystko robię dla małej. Dla Zosi! Co ma tu jeszcze Aneta do rzeczy?!

Wszedł do kuchni, a Marzena mimowolnie cofnęła się razem ze stołkiem.

Przecież wiedziałaś, z kim się wiążesz, wiedziałaś, iż będę tam bywał. Wiedziałaś, iż mam dziecko. I co teraz? Awantury będziesz robić za każdym razem, gdy pojadę do córki?

Przez gardło jej nie chciały przejść słowa. Marzena miała zamiar odpowiedzieć ostro, z klasą, ale zamiast tego oczy zapiekły, a po policzku spłynęła pierwsza łza.

Myślałam zacięła się, przełknęła ślinę. Myślałam, iż choćby udasz, iż mnie kochasz. Choćby udawał.
Marzena, no już nie przesadzaj
Mam dość! głos jej się załamał i sama się przestraszyła, jak głośno zabrzmiał. Mam dość bycia choćby nie na drugim! Na trzecim miejscu! Za twoją byłą, za jej humorkami, za piecykami, które psują się nocą!

Darek walnął dłonią w futrynę.

Czego chcesz ode mnie?! Żebym zostawił dziecko? Przestał jeździć do niej?!
Chcę, żebyś choć raz wybrał mnie! Marzena zerwała się na nogi, filiżanka zachwiała się, herbata rozlała po stole. Choć raz powiedział nie! Nie mi jej! Anecie!
Mam dosyć twoich dramatów!

Chwycił kurtkę.

Dokąd idziesz?

Drzwi odpowiedziały głośnym trzaskiem.

Marzena została w środku kuchni. Herbata kapała ze stołu, a w uszach dźwięczało echo kłótni. Porwała za telefon, wybrała jego numer. Jeden sygnał, drugi, trzeci. Abonent niedostępny.

Jeszcze raz. I znowu.

Cisza.

Marzena powoli opadła na krzesło, ściskając telefon do piersi. Dokąd poszedł? Do niej? Znowu do niej? Czy może szwenda się po nocnym Krakowie, wkurzony i rozczarowany?
Nie miała pojęcia. Ta niewiedza bolała najbardziej.

Noc dłużyła się niemiłosiernie.

Siedziała na łóżku, telefon w dłoni wyświetlacz raz gasł, raz rozbłyskiwał. Wybrać numer, posłuchać sygnału, rozłączyć się. Napisać SMS: Gdzie jesteś?. Potem kolejny: Odpisz, proszę. I jeszcze: Boję się. Wysyłała patrzyła, jak pod każdym pojawia się samotna szara fajka. Niedoręczone. Albo doręczone, ale nieodczytane. Jaka różnica.

O czwartej nad ranem skończyły jej się łzy. Wypłakała się na sucho została tylko dziwna, dzwoniąca pustka w środku. Wstała, zapaliła światło w sypialni i otworzyła szafę.

Dość.

Ma już dosyć.

Walizka znalazła się na górnej półce, zakurzona, ze starą naklejką z jakiejś wakacyjnej przygody. Marzena rzuciła ją na łóżko i zaczęła pakować ciuchy. Swetry, dżinsy, bielizna. Bez zastanowienia, byle szybciej. Skoro jemu wszystko jedno jej też. Niech wraca do pustego mieszkania. Niech szuka, dzwoni, pisze smsy, których już nie przeczyta.

Niech poczuje, jak to jest.

Szósta rano. Marzena stoi w przedpokoju. Dwie walizki, torba na ramię, kurtka dopięta na krzywo jedna połowa dłuższa niż druga. Spojrzała na pęk kluczy w dłoni. Trzeba zdjąć swój, położyć na komodzie.

Palce nie chcą współpracować.

Próbowała rozchylić kółko, zahaczyć paznokciem, ale klucz nie drgnął i ręce jej się trzęsły, oczy znów zaczęły piec, chociaż kto by pomyślał, iż jeszcze są łzy

No jasna cholera!

Pęk kluczy poleciał na podłogę, zadzwonił o płytki. Marzena patrzyła na nie przez sekundę, potem po prostu klapnęła na walizkę, objęła się ramionami i zalała się łzami. Głośno, brzydko, z pociąganiem nosem i spazmatycznymi westchnieniami dokładnie jak wtedy, kiedy zbiła mamie ulubiony wazon i myślała, iż świat się kończy.
Nie zauważyła nawet, kiedy otworzyły się drzwi.

Marzena

Darek przyklęknął przed nią, prosto na zimną podłogę w przedpokoju. Pachniał dymem i nocnym Krakowem.

Marzenka, przepraszam. Przepraszam cię, naprawdę.

Podniosła głowę. Twarz spuchnięta, mokra, tusz rozmazany w artystyczne plamy. Darek delikatnie ujął jej dłonie.

Byłem u mamy. Całą noc. Dała mi taki wykład, iż ho ho uśmiechnął się krzywo. Postawiła mnie do pionu.

Marzena milczała. Patrzyła, próbując ocenić, czy można mu uwierzyć.

Złożę w sądzie wniosek o ustalenie kontaktów z Zosią. Oficjalnie, po polsku, z kuratorem. I już nie będzie mogła tak manipulować, nastawiać córki przeciwko mnie.

Ścisnął jej dłonie mocniej.

Wybieram ciebie, Marzena. Słyszysz? Ciebie. Ty jesteś moją rodziną.

Coś w niej drgnęło. Mały, uparty pęd nadziei, który przez całą noc chciała wyrwać z korzeniami.

Naprawdę?
Naprawdę.

Marzena zamknęła oczy. Uwierz Darekowi. Ostatni raz uwierz. A potem zobaczymy.

Idź do oryginalnego materiału