Znowu do niej
Znowu idziesz do niej?
Małgorzata już znała odpowiedź, zanim zadała pytanie. Andrzej tylko skinął głową, patrząc w podłogę. Wciągnął kurtkę, upewnił się w kieszeniach klucze, telefon, portfel. Wszystko było. Można wychodzić.
Czekała na choćby jedno słowo. Przepraszam, zaraz wracam cokolwiek. Ale Andrzej po prostu otworzył drzwi i wyszedł. Zamek cicho kliknął, niemal delikatnie, jakby przepraszał za właściciela.
Małgorzata podeszła do okna. Podwórko przykrywało blade światło ulicznych latarni, i bez trudu wypatrzyła dobrze znaną sylwetkę. Andrzej szedł szybko, zdecydowanie. Jak ktoś, kto nie ma wątpliwości, dokąd zmierza. Do niej. Do Elżbiety. Do ich siedmioletniej Zosi.
Małgorzata oparła czoło o chłodne szkło.
Przecież wiedziała. Od samego początku wiedziała, na co się pisze. Gdy się poznali, Andrzej formalnie był przez cały czas mężem Elżbiety. Pieczątka w dowodzie, ich wspólne mieszkanie, dziecko. Ale już nie mieszkał z żoną wynajmował pokój, jeździł do niej tylko dla córki.
Ona mnie zdradziła, powiedział wtedy Andrzej. Nie potrafiłem wybaczyć. Złożyłem pozew o rozwód.
I Małgorzata uwierzyła. Bo bardzo chciała uwierzyć. Bo zakochała się głupio, desperacko, jak w młodości. Spotkania w kawiarni, długie rozmowy przez telefon, pierwszy pocałunek w deszczu pod jej klatką. Andrzej patrzył na nią tak, jakby poza nią nie istniała żadna inna kobieta w Polsce.
Rozwód. Ich wesele. Nowe mieszkanie, wspólne plany, rozmowy o przyszłości.
A potem zaczęło się.
Najpierw telefony. Andrzej, przynieś Zosi lek, szybko, jest chora. Andrzej, cieknie nam kran, nie wiem co robić. Andrzej, córka płacze, tęskni, przyjedź natychmiast.
Andrzej rzucał wszystko i jechał. Za każdym razem.
Małgorzata próbowała zrozumieć. Dziecko rzecz święta. Córka nie miała winy, iż rodzice się rozeszli. Oczywiście, ojciec powinien być przy niej, pomagać, uczestniczyć w życiu.
Czasem Andrzej ją słuchał, próbował stawiać granice wobec byłej żony.
Ale Elżbieta wtedy zmieniała strategię.
Nie przyjeżdżaj na weekend Zosia nie chce cię widzieć.
Nie dzwoń, bo ją denerwujesz.
Zapytała, dlaczego tata nas zostawił. Nie wiedziałam, co odpowiedzieć.
Andrzej łamał się. Za każdym razem. Gdy próbował odmówić kolejnym pilnym żądaniom, Elżbieta uderzała w najczulsze miejsce. Po tygodniu Zosia zaczynała powtarzać słowa matki: Nie kochasz nas. Wybrałeś inną panią. Nie chcę cię widzieć.
Siedmiolatka sama by tego nie wymyśliła.
Andrzej wracał po takich rozmowach zdruzgotany, pełen winy, z wypalonym wzrokiem. I znowu biegł do byłej żony na każdy sygnał byle córka się nie odwracała, byle nie patrzyła obcymi, zimnymi oczami.
Małgorzata rozumiała. Naprawdę rozumiała.
Ale była już wyczerpana.
Sylwetka Andrzeja zniknęła za rogiem kamienicy. Małgorzata oderwała się od okna, przetarła czoło na skórze pozostał czerwony ślad po szybie.
Pusty pokój przygnębiał.
Zegar wskazywał prawie północ, gdy zamek lekko zgrzytnął.
Małgorzata siedziała w kuchni przed zimną już filiżanką herbaty. choćby jej nie spróbowała patrzyła tylko, jak na powierzchni tworzy się ciemna skorupka. Trzy godziny czekała, nasłuchując każdego szmeru na klatce schodowej.
Andrzej wszedł cicho, zdjął kurtkę i zawiesił ją na haczyku. Poruszał się ostrożnie, jak ktoś, kto ma nadzieję zostać niezauważony.
Co się tym razem stało?
Małgorzata była zaskoczona spokojem swojego głosu. Trzy godziny powtarzała to w myślach, i do północy wszystkie emocje jakby wypaliły się do cna.
Andrzej zawahał się przez chwilę.
Boiler się zepsuł. Musiałem naprawić.
Małgorzata powoli podniosła wzrok. Stał w drzwiach kuchni, nie odważył się wejść. Patrzył gdzieś poza nią, w ciemne okno za plecami.
Przecież nie umiesz naprawiać bojlerów.
Wezwałem fachowca.
I musiałeś tam czekać? Małgorzata odsunęła filiżankę. Nie mogłeś zadzwonić i załatwić to stąd?
Andrzej zmarszczył brwi, skrzyżował ręce. Milczenie zgęstniało.
Może wciąż ją kochasz?
Teraz spojrzał. Ostro, z gniewem i rozżaleniem.
Co za głupoty gadasz? Wszystko robię dla córki. Dla Zosi! Co ma do rzeczy Elżbieta?
Wszedł do kuchni, a Małgorzata odruchowo cofnęła się ze stołem.
Przecież wiedziałaś, kiedy się wiązałaś ze mną, iż będę tam musiał bywać. Wiedziałaś, iż mam dziecko. I co teraz? Awantury będziesz urządzać za każdym razem, gdy jadę do córki?
Zacięło ją w gardle. Chciała odpowiedzieć ostro, z godnością, ale zamiast tego piekło ją w oczach, a po policzku spłynęła pierwsza łza.
Myślałam zacięła się, przełknęła. Myślałam, iż chociaż będziesz udawał, iż mnie kochasz. Chociaż trochę.
Gosiu, przestań
Mam dość! głos jej załamał się na krzyk i sama się wystraszyła tego dźwięku. Dość bycia choćby nie na drugim miejscu! Na trzecim! Po byłej żonie, po jej humorach, po zepsutych bojlerach o północy!
Andrzej uderzył dłonią w framugę.
Czego ode mnie chcesz?! Mam porzucić Zosię? Nie jeździć do niej?!
Chcę, żebyś chociaż raz wybrał mnie! Małgorzata wstała, filiżanka zachwiała się, herbata rozlała po stole. Chociaż raz powiedział nie! Nie mnie jej! Elżbiecie!
Mam już dosyć twoich awantur!
Andrzej odwrócił się, chwycił kurtkę z haczyka.
Gdzie idziesz?!
Odpowiedzią było trzaśnięcie drzwi.
Małgorzata stała na środku kuchni, herbata kapała ze stołu na linoleum, a w uszach wciąż dźwięczało echo sprzeczki. Chwyciła telefon, wybrała jego numer. Jeden sygnał, drugi, trzeci. Abonent niedostępny.
Jeszcze raz. I jeszcze.
Cisza.
Małgorzata powoli usiadła na stołku, przycisnęła telefon do piersi. Gdzie Andrzej poszedł? Do niej? Znowu do niej? Czy może po prostu błąka się po nocnych ulicach, zły i rozżalony?
Nie wiedziała. A właśnie ta niewiedza bolała najgłębiej.
Noc dłużyła się w nieskończoność.
Małgorzata siedziała na łóżku z telefonem w dłoniach ekran gasł i rozbłyskiwał na zmianę. Wybrać numer, posłuchać sygnałów, rozłączyć się. Napisać wiadomość: Gdzie jesteś?. Potem kolejną: Odpowiedz proszę. I jeszcze: Boję się. Wysłać i patrzeć, jak pod każdą pojawia się samotna, szara fajka. Nieodebrane. Albo odebrane, ale nieprzeczytane. Jaka to w sumie różnica.
Do czwartej rano łzy już wyschły. Skończyły się, wypłynęły całkiem, zostawiając dziwną, przejmującą pustkę. Małgorzata wstała, włączyła światło w sypialni, otworzyła szafę.
Dość.
Już dosyć.
Walizkę znalazła na pawlaczu, zakurzoną, z oderwaną metką z jakiejś starej wycieczki. Rzuciła ją na łóżko i zaczęła pakować rzeczy. Swetry, spodnie, bieliznę. Bez sortowania, bez zastanowienia wrzucała wszystko, co wpadło pod rękę. jeżeli jemu jest wszystko jedno, jej tym bardziej. Niech wraca do pustego mieszkania. Niech szuka, niech dzwoni, pisze wiadomości, których ona już nie przeczyta.
Niech poczuje, jak to jest.
O szóstej rano Małgorzata stała w przedpokoju. Dwie walizki, torba na ramię, kurtka zapięta na krzywo jedna poła dłuższa od drugiej. Spojrzała na pęk kluczy w ręce. Trzeba zostawić swój, położyć na szafce.
Palce nie słuchały.
Szarpnęła kółko, próbowała podważyć paznokciem, ale klucz nie ustępował, ręce drżały, a w oczach znów coś bulgotało, skąd te łzy, skąd jeszcze
Na wszystko!
Pęk kluczy spadł na podłogę, zadzwonił o kafelki. Małgorzata patrzyła na niego przez chwilę, potem usiadła na walizce, objęła się ramionami i rozpłakała się głośno, nieładnie, z szlochaniem, jakby wróciła do dzieciństwa, kiedy stłukła mamie ulubioną porcelanową figurkę i myślała, iż świat się kończy.
Nie usłyszała, jak otwierają się drzwi.
Gosiu
Andrzej uklęknął przed nią na zimnych płytkach podłogi. Pachniał dymem papierosowym i nocnym, wilgotnym powietrzem Warszawy.
Gosiu, przepraszam. Wybacz mi, proszę.
Podniosła głowę. Twarz mokra, spuchnięta, tusz rozmazany po policzkach. Andrzej delikatnie wziął jej dłonie w swoje.
Byłem u mamy. Całą noc. Gdybyś wiedziała uśmiechnął się krzywo. Postawiła mnie do pionu, można powiedzieć.
Milczała. Patrzyła na niego i ciągle nie wiedziała, czy uwierzyć.
Pozwę Elżbietę do sądu. Wywalczę oficjalny harmonogram spotkań z Zosią. Już żadnych manipulacji, żadnego nastawiania dziecka przeciwko mnie.
Jego dłonie ścisnęły jej mocniej.
Wybieram ciebie, Gosiu. Słyszysz? Ciebie. Jesteś moją rodziną.
Coś w niej drgnęło. Maleńki, naiwny pączek nadziei, który całą noc próbowała wyrwać z serca.
Naprawdę?
Naprawdę.
Małgorzata zamknęła oczy. Uwierzy Andrzejowi. Uwierzy jeszcze ten jeden ostatni raz. A potem zobaczy, co będzie.










