Zniszczona lalka

newsempire24.com 1 tydzień temu

Złamana lalka

Marysiu, to było po prostu urocze! Lenka to cud! Jaki ona ma głos! Nigdy w życiu nie słyszałam nic piękniejszego! A wiesz, nie raz bywam w Teatrze Wielkim w Warszawie i mogłabym już uchodzić za specjalistkę. Ona powinna tam śpiewać! Bez dwóch zdań!

Basiu, dziękuję, iż tak wysoko oceniasz talent mojej córki! Lena długo do tego dążyła. Tyle pracy, tyle wysiłku, i nareszcie Carmen!

Cudownie, cudownie! Marysiu, teraz, gdy Lenka osiągnęła już tak wiele, czas pomyśleć o przyszłości. Przecież nie można całe życie tylko z kwiatka na kwiatek! Gniazdo? Pisklaczki?

Nie wiem, Basia Wydaje mi się, iż jeszcze nie pora. Jest młoda, a dzisiejszy sukces to dopiero początek jej kariery.

Marysiu! Stefan od dawna jest gotów do ślubu i ile jeszcze ma czekać? On tak bardzo kocha Lenę! Dnia bez niej nie przeżyje! A my tylko przeszkadzamy ich szczęściu! Basia Królikowska wyciągnęła z torebki koronkową chusteczkę i otarła oczy. Kim my jesteśmy, Marysiu, by im przeszkadzać?!

Nie odpowiedziałam. Wiedziałam, iż Basia tak łatwo nie odpuści, ale nie miałam ochoty ciągnąć tej rozmowy. To nie był pierwszy raz i na pewno nie ostatni.

Basię znam od dziecka zawsze była uparta. Kiedy czegoś chciała, szła do celu jak taran, nie widząc przeszkód i nie znosząc sprzeciwu. I prawdę mówiąc, na mojej pamięci nie zdarzyło się, aby jej życzenia zostały niespełnione.

Nawet nasze pierwsze spotkanie było spełnieniem jej życzenia. Do dziś pamiętam to rozczarowanie i żal, które wtedy poczułam.
Lalkę, którą nazwałam Liza, przywiózł mi tata z delegacji. Jasne włosy z lnianych nici, błękitne oczy, niezwykła sukienka. Kochałam tę zabawkę. Sadziłam ją przy stoliku, urządzałam długie herbatki i dbałam o etykietę tak, jak nauczyła mnie mama.
Basia zobaczyła Lizę tydzień po tym, jak lalka do mnie trafiła, i przepadła. Nie wyprosiła jej od razu, jak innych zabawek. Nie chciałam oddać Lizy. I wtedy Basia rozchorowała się naprawdę gorączka, łzy, smutek. Tak płakała, iż sama zaniosłam jej lalkę. Bo jak mogłam odmówić, gdy było jej tak źle?

A potem gwałtownie pożałowałam. Gdy zobaczyłam, jak Basia natychmiast osuszyła łzy, porwała za nogę swoją starą Zosięlalkę, której oczy zamykały się już tylko czasami, i wrzuciła ją do pudła z zabawkami.

Teraz będziesz mieszkać tam!

Co mnie wtedy aż tak zabolało? Chciałam wytłumaczyć, ale nie znalazłam słów. Było mi po prostu żal tej starej lalki. Poprosiłam Basię, by dała mi Zosię. choćby na mnie nie spojrzała, zaaferowana już nową zabawką. Zaniosłam Zosię do domu.

Poprosiłam mamę, by ją naprawiła. Było mi smutno i żal Liski. Wiedziałam, iż i ją pewnie spotka kiedyś taki sam los gdy Basia znajdzie nową, lepszą lalkę i Liza poleci w kąt zapomniana.

Nie przyszło mi jednak do głowy zabrać prezent z powrotem. To byłoby nie w porządku.

Zosia została ze mną przez wiele lat. choćby gdy dorosłam i miałam już własną córkę, lalka stała na półce, z rozłożonymi rączkami, patrząc smutnymi oczami, już bez rzęs.

Dla mnie ta zabawka była znakiem, jak niektórzy ludzie łatwo porzucają dawne przyjaźnie i uczucia dla nowych zachcianek. Doskonale czułam, iż tak mogą postąpić nie tylko z lalką.

Ale Basia była sąsiadką i jedyną koleżanką dziwnym trafem nie było u nas więcej dziewczynek w tym samym wieku. Wolałam więc nie zadzierać kto wie, jeszcze wszystko może się zmienić Póki co trzeba żyć w zgodzie.

Do tego nowego domu przeprowadziliśmy się po śmierci mojego dziadka. Nie pamiętałam go prawie wcale. W rodzinie imię Jan Kwiatkowski wymawiało się zawsze z szacunkiem i półgłosem. Kim był dowiedziałam się znacznie później. Dzieci nie muszą wszystkiego wiedzieć.

O tym, iż dziadek był wywiadowcą, dowiedziałam się dopiero po latach, gdy mój tata, wybitny chirurg w szpitalu wojskowym w Warszawie, zmarł nagle i zostałyśmy z mamą same.

Teraz jesteśmy bez wsparcia, Marysiu. Musimy same sobie radzić. Ale jak? Jeszcze nie wiem

Dlaczego?

Całe życie byłam w cieniu taty. Podejmował wszystkie decyzje dokąd jechać, co kupić, jak się ubrać. Najpierw dziadek, potem twój tata.

Ale przecież nie można tak! Czemu to znosiłaś?

Córeczko, co miałam zrobić? I co złego, iż mężczyźni czują odpowiedzialność za rodzinę? Przyszłam do rodziny twojego dziadka bez niczego. Naprawdę bez niczego. Dziewczyna z dalekiej dzielnicy Matka, nikt nie wie od kogo, zostawiła mnie. choćby nie wyobrażasz sobie, jaki to był wstyd, Marysiu! Czasem myślę, iż dobrze, iż zostawiła

Mamusiu

Dom dziecka był moim domem. Dobrym domem. Dzięki ludziom, którzy tam pracowali. Nie użalali się nad nami przygotowywali do życia. Kochali na swój sposób, choć skrycie. Ale bali się o nas, a to właśnie macierzyńska miłość. jeżeli nie boisz się o własne dziecko, to nie kochasz.

Ty się o mnie boisz?

Bardzo, nie zliczysz, jak bardzo. Zawsze się bałam. Tata nie rozumiał. Wychowano go inaczej.

Jak?

Uczono go być mocnym, samodzielnym. W naszej rodzinie to chyba rodzinne I dziadek, i tata byli wychowywani przez babcie swoje mamy stracili bardzo wcześnie. Obaj skończyli liceum wojskowe tata później przerwał, bo postanowił być lekarzem. Dziadek to zaakceptował. Nie dyskutował. Dla niego słowo mężczyzny znaczyło wszystko, choćby jeżeli to nastolatek.

Tata został lekarzem

Wspaniałym. I ty to wiesz!

A jak się poznaliście?

Przypadkiem, na ulicy. Z koleżankami spacerowałyśmy po Starówce, złamałam obcas. Płakałam, bo to była jedyna w miarę elegancka para, a choćby nie moja.

Jak to?

W akademiku było nas sześć w pokoju. Trzy pary butów na sześć zbierałyśmy ze stypendiów i kupowałyśmy wspólnie.

Ale rozmiary?

Waty się do czubków butów wkładało i już! Najpierw kupowałyśmy tym z największymi stopami, a potem reszta jakoś się dostosowała. Dwie z nas miały naprawdę duże stopy reszta miała podobne. Wyobrażasz sobie, co znaczy utrata jednej pary? Katastrofa! Dlatego tata uratował mnie zabrał do szewca, przekonał, by gwałtownie naprawił, a potem mnie odprowadził, nie bał się.

A czego miał się bać?

W mojej dzielnicy obcy nie byli mile widziani. Mogli oberwać Ale tata jakoś się dogadał. Chwilę gadali i już podawali sobie ręce. Zawsze go za to podziwiałam z każdym potrafił się porozumieć.

A dziadek? Jak cię przyjął?

Pytać pytania! Nie od razu mnie zaakceptował obserwował długo. Nie protestował, gdy tata mnie pierwszy raz przyprowadził do domu. Twój wybór, rzucił i więcej nie komentował. Ale bliskości nie było. Tak naprawdę przyjął mnie dopiero, gdy się urodziłaś. Tata ciągle pracował. Bywało, iż zostawałam całkiem sama, a przecież o niemowlakach nie wiedziałam nic. Książki i kilka lekcji w szpitalu cała moja wiedza. Na przychodni panie się złościły, ja płakałam po kątach, nikogo nie miałam do pomocy.

Jak sobie poradziłaś?

Dziadek pomógł. Jeździł wtedy po delegacjach, nie wiedziałyśmy, kiedy wróci. Trafiła się przerwa. Był w domu, gdy doszło do przełomu. W nocy chodziłam z tobą, usypiałam cię płakałam już bez sił. On w końcu wziął cię na ręce: Idź spać, dziewczynko. Dam radę. Usiadłam w fotelu i spałam do rana. Później powiedział, iż próbował mnie przenieść do sypialni, ale nie dał rady. Po przebudzeniu przeraziłam się nie wiedziałam, gdzie jesteś.

I jak sobie radził?

Znakomicie! Bałam się cię przewijać, on nie bał się niczego. Zawinął cię w pieluszki jak ekspert, aż poczułam się nic nie wartą matką wstyd! Ale był nie tylko zaradny, ale i mądry. Po tym zaczął mnie nazywać Olką i przeszedł na ty wtedy wiedziałam, iż mnie przyjął jak córkę. Dla mnie to był cud. Najlepsze jednak było to, jak ciebie pokochał! Martwiłam się, iż nie ucieszy się z córki na początek. Był zachwycony! Mam te zdjęcia, jak zawiązuje ci kokardę śmiałam się wtedy jak szalona.

Dzięki niemu zrozumiałam, co znaczy prawdziwa rodzina.

Było mi bardzo przykro, gdy odszedł. Był oficerem z krwi i kości dla niego honor, Ojczyzna były świętością. Przez niego nauczyłam się siły. Gdy umierał, mówił, iż nie będzie walczył z chorobą. Zrozumiałam, iż nie chciał już żyć w świecie, który przestał być jego.

Po jego odejściu mama znalazła nową pracę w przychodni resortowej dzięki wsparciu dawnego kolegi dziadka pensja i tak była marna, ale przynajmniej praca była pewna. Mieliśmy mieszkanie po dziadku na Żoliborzu i tam, po wielu latach, zamieszkała Lena z mężem.

Lena przyszła na świat, gdy nie miałam już rodziny. Wychowałam ją sama. Basia cały czas była obecna w naszym życiu, choć potem przeprowadziła się z rodziną pod Warszawę; jej syn również został artystą.

Marysiu, utalentowani ludzie powinni trzymać się razem! Po co szukać gdzieś indziej? Dzieci muszą być zdrowe i zdolne, reszta się nie liczy! powtarzała regularnie, marząc o wnukach.

Z Basią nie rozmawiałam o swojej rodzinie. Dziadek nauczył mnie, iż lepiej słuchać, niż za dużo mówić o sobie.

Stefana nigdy nie widziałam u boku mojej córki. Bałam się, iż on nigdy nie będzie walczył o siebie. W przeciwieństwie do Lenki ona, wychowana przez matkę i babcię, znała smak pracy. Ufałam jej wyborom, bo od dziecka powtarzałam jej:
Tata byłby z ciebie dumny!

I ta pochwała znaczyła dla Lenki wszystko.

Jednak czas sprawił, iż zakochała się w Stefanie. Trudno powiedzieć, jak to się stało. Z czasem syn Basi okazał się bardzo wesoły; wnosił w życie Leny lekkość, której brakowało jej samej.

Zabrał ją na narty do Zakopanego ona bała się zjeżdżać, on śmiał się:
Nie dasz rady? Dasz radę!

I nie mogła się oprzeć tej ufności.

Podczas jednego z takich wyjazdów oświadczył się z pompą cała ekipa śpiewała, a Lena się zgodziła. Przepiękny pierścionek, wszystko jak z bajki Basia załatwiła detale.

Ale z czasem okazało się, iż nie wszystko układa się bajkowo. Po roku zaczęły się pytania dzieci? Basia nie dawała im spokoju.

Lena powinna rodzić, póki można im pomagać! wtrącała się.

Wiedziałam, iż Lena chce dziecka, ale Stefan dzieci mieć nie chciał.

Nie mów mamie. Po co jej zmartwienia! Ja nie zamierzam tracić życia na bąble, które skręcą mi pracownię do góry nogami! Ja chcę żyć!

Lena próbowała rozmawiać, ale zrozumiała, iż Stefan nie zmieni zdania.
Chcę w tej życiu coś osiągnąć, Lena! Chcę być wielki! powtarzał.

Basia stawała się coraz bardziej nieznośna, wylewając żale na Lenę.
Stefan tak bardzo chce dziecka, a ty tylko arie masz w głowie!

Lena milczała. Nie chciała obciążać matki teściowej. Z Basią ograniczyła kontakt do minimum.

Aż przyszedł moment, który wszystko zmienił kolejny wyjazd w góry. Stefan był poirytowany, żądał, by Lena w końcu nauczyła się jeździć na nartach.

Po co ci instruktor? Ja cię nauczę! Dość tych wymówek!

By nie złościć męża, zgodziła się. gwałtownie tego pożałowała.

Obudziła się w szpitalu. Przy niej czuwała zapłakana Marysia nie wiem, jak w ogóle udało jej się wejść na intensywną terapię.

Mamusiu

Nic nie mów, Lenko! Będzie dobrze, jestem tutaj!

A Stefan?

Odwróciłam się nie potrafiłam powiedzieć córce, iż Stefan wrócił do Warszawy, wzruszając tylko ramionami:
No i czego ode mnie wymagacie? Wystawa mnie czeka, nie mogę poświęcić się jej chorej nodze

Tego Lena dowiedziała się później. Przewiozłam ją do mojej kliniki lekarze nie dawali nam nadziei.

Codziennie rano, gdy szykowałam się do pracy, szepcząc pod nosem do zdjęcia dziadka i rodziców:
Nie poddam się! Nie pozwolę jej złamać! Na pewno wstanie!

Rozmawiałam ze Stefanem wiele razy.
Proszę cię. Przecież ona cię kocha.

Kochałem. Teraz już nie wiem Nie zostanę z nią z poczucia winy. Mam jedno życie.

Odpuszczając ratowanie ich małżeństwa, skupiłam się na Lenie. Walczyłam o jej zdrowie.

Wbrew opiniom lekarzy, Lena stanęła na nogi. Z trudem, z bólem, z moją pomocą.

Tak, moja kochana, dasz radę! Tata byłby z ciebie dumny!

Niestety, nie mogła już śpiewać. Straciła głos. Nie wiedziałyśmy, czy to przez operacje, czy przez krzyk, kiedy po wypadku leżała w śniegu, wołając o pomoc. Znaleziono ją tylko dlatego, iż krzyczała tak głośno.

Do szpitala przyjechał już tylko ja. Stefan się nie pojawił. Gdy próbowałam tłumaczyć Lenie to milczenie, ona tylko dotknęła mojej dłoni:
Nie trzeba, mamusiu. Już wszystko wiem. Wyrzucono mnie. Zepsutej lalki nikt nie chce

Nie będziesz Zosią! Nie pozwolę! krzyknęłam tak głośno, iż pielęgniarka zajrzała do sali.

Wszystko w porządku? spytała.

Tak, dziękuję. I wszystko będzie dobrze Prawda, mamo?

choćby nie wątp!

Kilka lat później na Polu Mokotowskim piękna, lekko utykająca kobieta wyjmie z wózka małego chłopca i powie stanowczo:
Idziemy, mój przyjacielu! Czeka cię dziś tyle przygód, ale powoli, bo mama za tobą nie nadąży. Daj rączkę!

Chłopiec ruszy żwawo, a na widok spieszącej babci rozłoży ramiona i pobiegnie.

Moje skarby! Jak ja się stęskniłam!

Lena obejmie matkę:

Jak było? Odpoczęłaś?

Było dobrze! Nie zgadniesz, kogo spotkałam!

Kogo?

Basię.

I jak ona?

Cierpi. Wszystko jej nie pasuje. Stefan samotny, ona starsza, wnuków się chyba już nie doczeka.

A ty?

Nic jej nie powiedziałam. Ani iż wyszłaś za mąż, ani iż czekamy kolejne dziecko. Szkoda mi jej.

I mnie Jak różni są ludzie, prawda?

Każdy jest inny, córko. Ale nie zamartwiajmy się. A kto to taki piękny? Pokaż babci swój nowy ząbek! Ojej, czy on ma ich za dużo? Wszystko OK?

Oj mamo! Ty mnie zamęczysz! Jest w sam raz!

Lena złapie mnie za rękę, przyłoży do brzucha i uśmiechnie się:

Chcesz nowinę?

Dobrą?

Najlepszą! Będziesz babcią dwa razy! Jak ci się podoba?

Ojej!

Nie cieszysz się?

Córeczko, przepraszam, po prostu się wzruszyłam Jestem szczęśliwa Czy może być za dużo szczęścia?

Nie wiem. Wiem tylko, iż zasłużyłyśmy na nie. Zwłaszcza ty! Mamusiu

Tak?

Już nie jestem Zosią

Oczywiście, iż nie. Obiecałam przecieżObjęłyśmy się mocno. Poczułam ciepło, które płynęło przez nasze splecione dłonie pokoleniową siłę kobiet, których los bywał kręty, ale nie złamał żadnej z nas. W tej chwili zobaczyłam w oczach Leny ten dawny blask inny niż scena, może choćby piękniejszy, bo prawdziwy.

Wiesz, mamo szepnęła czasem trzeba upaść, żeby nauczyć się podnosić. A kiedy człowiek już stoi, może iść, gdzie chce.

Moja córka wyszeptałam, patrząc na jej synka, który machał patyczkiem z liściem do nieistniejących motyli.

Rozległ się śmiech. Dziecko rzuciło się matce na szyję, Lena uniosła go jedną ręką, drugą pogładziła mój policzek.

Chodźmy do domu. Czeka nas tort malinowy!

Ruszyłyśmy razem, w słońcu, po trawie. Czułam, jak każdy krok oddala stare smutki jakby życie, choć potłuczone, mogło być scalone na nowo. Nigdy nie byłam Zosią. Ani Liza, ani Basia mi na to nie pozwoliły, choć każda z nich na swój sposób dokładała cegiełkę do mojego świata.

A teraz Może wreszcie zrozumiałam, iż serce nie jest porcelanową lalką. Serce pęka po coś by znów, trochę inaczej, trochę mocniej być kochanym. I teraz wreszcie byliśmy cali, jak nigdy dotąd.

Wiatr cicho świsnął w gałęziach, słońce zatańczyło na naszych twarzach.

A w mojej głowie zabrzmiała najpiękniejsza aria: śpiew szczęśliwych, wolnych kobiet, których już nikt nie odłoży w kąt.

Idź do oryginalnego materiału