Zniknęli z pierwszych stron gazet, a zdjęcie i tak obiegło cały świat

polregion.pl 2 dni temu

Prowadzę mały antykwariat na Kazimierzu w Krakowie. Między regałami z pożółkłymi mapami a stosem przedwojennych pocztówek mam gablotę, w której trzymam rzeczy, których nikt nie chce kupić, ale szkoda wyrzucić. Stare klisze, mosiężne klucze, pocztówka z Zakopanego nadpisana atramentem w tysiąc dziewięćset trzydziestym szóstym.

W czwartek po południu, kiedy za oknem lało tak, iż tramwaj na Starowiślnej jechał po kostki w wodzie, do środka weszła kobieta w przemoczonym płaszczu. Podała mi kopertę. W środku było zdjęcie, czarno-białe, format mniej więcej pocztówkowy.

— Ile można za to dostać? — zapytała, nie zdejmując rękawiczek.

Popatrzyłem na fotografię. Para przy kawiarnianym stoliku. On w jasnym płaszczu, ona z włosami upiętymi w kok, odwrócona w pół profilu, jakby ktoś zawołał ją z ulicy. Znałem te twarze. Cała Polska znała je trzydzieści lat temu, zanim oboje przestali pojawiać się razem na oficjalnych przyjęciach.

— Skąd pani to ma? — zapytałem, bo zdjęcie wyglądało na prywatne, nie na kadr z filmu ani reprodukcję z tygodnika.

— Z domu — powiedziała. — Po matce.

Położyła kopertę na ladzie, obok mosiężnego dzwonka z Paryża, którego nikt od lat nie używa. Krople wody spływały jej z rękawa na szybę gabloty.

— Nie chcę tego w internecie — dodała. — Niech pan znajdzie kupca, który nie będzie skanował i wrzucał na fora. Kogoś, kto kupi to do szuflady.

Przytaknąłem. W tym zawodzie człowiek uczy się, iż jedni sprzedają pamiątki po zmarłych, a drudzy po tych, którzy jeszcze chodzą po ziemi. Ta kobieta należała do drugiej grupy, choć nie powiedziała ani słowa o tym, kim dla niej jest mężczyzna ze zdjęcia.

— Dwa tysiące — powiedziałem. — Może więcej, jeżeli znajdę kolekcjonera.

Wzięła wizytówkę, zostawiła zdjęcie i wyszła, zanim zdążyłem zaproponować herbatę. Dzwonek nad drzwiami brzęknął, gdy pociągnęła klamkę, a potem został tylko zapach mokrej wełny i deszcz bębniący o markizę.

Zdjęcie przeleżało u mnie tydzień. Pokazałem je dwóm stałym klientom. Jeden zbierał prywatne fotografie aktorów, drugi prowadził galerię w Warszawie i obiecywał czterdzieści procent od sprzedaży. Ostatecznie kupił je starszy profesor z Łodzi, który kolekcjonował pamiątki po pewnej wytwórni filmowej z lat siedemdziesiątych. Zapłacił trzy tysiące dwieście złotych gotówką i poprosił, żebym nie mówił nikomu, iż to on.

Dwa tygodnie później, w sobotę rano, do antykwariatu wszedł wysoki mężczyzna. Stałem przy regale z atlasami, próbując wymienić przepaloną żarówkę w lampie nad stołem. Odwróciłem się na dźwięk dzwonka. Starszy, ale wciąż z tą sylwetką, po której poznaje się człowieka, który spędził życie przed kamerą.

— Podobno ma pan zdjęcie — powiedział, rozglądając się po półkach tak, jakby pierwszy raz widział antykwariat. — Moje i mojej żony.

— Byłej żony — poprawiłem odruchowo i od razu tego pożałowałem.

— To zależy, kogo pan pyta — odparł.

Sięgnąłem po kopertę z zapiskami, żeby zyskać na czasie. Zdjęcie było już u profesora w Łodzi, ale nie chciałem mówić tego wprost, dopóki nie zrozumiem, po co ten człowiek naprawdę przyszedł.

— Skąd pan wie, iż trafiło do mnie? — zapytałem.

— Bo córka mi powiedziała.

W tym filmie z siedemdziesiątego piątego, za który dostał nagrodę w Gdyni, była scena, w której w milczeniu przesuwa palcem po krawędzi stołu. Stał teraz dokładnie tak samo, tylko nie grał.

— Zdjęcie już sprzedane — powiedziałem.

Przez chwilę nic nie mówił. W antykwariacie było słychać tylko tramwaj hamujący na skrzyżowaniu i kapanie wody z rynny.

— A mogę zobaczyć chociaż kopię? — zapytał w końcu.

— Nie robię kopii bez zgody właściciela — skłamałem. Zgody już nie potrzebowałem, bo zdjęcie miało nowego właściciela. Ale coś kazało mi nie ułatwiać mu sprawy.

Postawił na podłodze neseser, stary, skórzany, z wytartym zamkiem. Nie otwierał go od razu. Czekał, jakby chciał, żebym sam zapytał, co jest w środku. W końcu klęknął, otworzył zamek i wyjął nową, białą kopertę, taką z biura, z napisem „Dokumenty” na wierzchu. W środku był list, dwa bilety kolejowe z tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego drugiego roku i fotografia. Ta sama para. On i ona, tym razem na peronie dworca głównego, ona się śmieje, on trzyma w ręku jej torbę.

— Tego nie sprzedaję — powiedział. — Chcę tylko, żeby pan wiedział, iż tamto zdjęcie to nie była jedyna taka chwila.

— To po co pan mi to pokazuje?

— Bo pan sprzedał coś, czego nie rozumiał pan wartości. A ja przez dwadzieścia lat trzymałem to wszystko w szufladzie, bojąc się, iż jeżeli komuś pokażę, to się zestarzeje jeszcze bardziej. Moja córka oddała panu to zdjęcie, bo uznała, iż skoro ja mam całe archiwum, to ona ma prawo choćby do jednej fotografii. A ja się na nią za to obraziłem. Nie odzywałem się do niej trzy tygodnie.

Powiedział to bez teatralnego gestu, tylko patrząc na list w swojej ręce, jakby ważył go w dłoni.

— A teraz?

— A teraz stoję w antykwariacie w Krakowie i błagam obcego człowieka o kopię zdjęcia, które sam mógłbym jej po prostu podarować, gdybym nie był takim durniem przez te wszystkie lata.

Wtedy zrozumiałem, o co naprawdę mu chodziło. Nie o odzyskanie fotografii. Chodziło o to, żeby ktoś powiedział mu, iż jeszcze nie jest za późno.

— Adres profesora z Łodzi mam w papierach — powiedziałem. — Mogę go panu dać. Ale niech pan pojedzie sam. I niech pan zabierze ten neseser.

Podał mi rękę, mocno, jakby to była jedna z niewielu rzeczy, które w tym tygodniu naprawdę załatwił. Zostawił na ladzie wizytówkę z adresem na Filtrowej w Warszawie i wyszedł w deszcz bez parasola.

W środę zamknąłem sklep wcześniej i sam pojechałem do Łodzi, do profesora, zawieźć mu wizytówkę i krótką notatkę, co się wydarzyło. Nie musiałem tego robić — mogłem po prostu zadzwonić. Ale chciałem zobaczyć, jak zareaguje, kiedy dowie się, iż kobieta, o której nic nie wiedział, jest córką mężczyzny ze zdjęcia, i iż ten mężczyzna czekał na nią przed antykwariatem w Krakowie z neseserem pełnym listów.

Profesor wysłuchał mnie w milczeniu, potem wstał, podszedł do biurka i wyjął zdjęcie z szuflady.

— Kupiłem to jako kawałek historii wytwórni — powiedział. — Ale to nie jest kawałek historii wytwórni. To jest cudza rodzina.

Zadzwonił do córki tego samego popołudnia, przy mnie. Umówili się na czwartek. Sprzedał jej zdjęcie za tyle, ile sam za nie zapłacił, nie grosza więcej — powiedział, iż nie będzie zarabiał na cudzym pojednaniu.

W piątek zadzwonił do mnie aktor. Powiedział tylko, iż byli razem u profesora, iż jego córka trzymała zdjęcie tak długo, jakby się bała, iż ktoś je jej znowu zabierze, i iż umówili się na obiad w niedzielę. Nic więcej nie powiedział, ale w jego głosie było coś, czego nie było przy tamtym neseserze na podłodze mojego antykwariatu.

W mojej gablotce, między kliszami a przedwojennymi widokówkami, do dziś leży koperta po zdjęciu. Pusta. Trzymam ją obok mosiężnego dzwonka z Paryża, którego nikt od lat nie używa.

Idź do oryginalnego materiału