Słona bryza igrała z włosami Marysi, gdy ta, mrużąc oczy przed słońcem, nanosiła kolejne pociągnięcia pędzla na płótno.
Błękit łagodnie przechodził w indygo, tworząc ten wyjątkowy odcień morza o zmierzchu tak bliski, a jednak nieuchwytny, jakby ktoś próbował złapać światło w dłonie.
Miała już dwadzieścia lat, ale morze wciąż pozostawało dla niej tajemnicą sekretem, który wołał ją i inspirował.
Anna podeszła cicho za jej plecami i położyła brodę na ramieniu córki, wdychając znajomy zapach farb zmieszany z morską bryzą. Pachniało dojrzałymi brzoskwiniami i ciepłem rodzinnego domu.
Za ciemne powiedziała łagodnie, bez wyrzutu, tylko z czułą troską. Morze dziś jest spokojne.
Marysia uśmiechnęła się lekko, nie odrywając wzroku od obrazu.
Nie maluję morza. Maluję dźwięk, który pamiętam.
Anna pogłaskała ją po włosach. Minęło piętnaście lat od tamtego dnia, gdy razem z Witkiem znaleźli na plaży dziewczynkę przemokniętą, przerażoną, z oczami jak odbicie burzowego nieba. Dziewczynkę, która nie pamiętała swojego imienia, przeszłości ani tego, jak się tam znalazła, wyrzucona przez fale jak kawałek rozbitej łodzi.
Nazwali ją Marysia. To imię się przyjęło. Stało się częścią jej duszy.
Czekali. Tyd













