To były inne czasy, ale choć minęły już lata, wciąż pamiętam ten letni wyjazd, po którym na zawsze zmieniłem podejście do wspólnych podróży. Razem z żoną planowaliśmy wakacje nad Bałtykiem stare, wierne volvo, trasa z Warszawy nad morze przez prawie tysiąc kilometrów, cicha radość, iż znów się ruszamy bez planu. Kochaliśmy samochodowe wojaże za swobodę nie ogranicza nas rozkład PKP, nie trzeba się tłumaczyć współpasażerom z płaczącego dziecka, nie ma stresów z opóźnionymi lotami. Zawsze przyciągały nas puste drogi, widoki za oknem, postój tam, gdzie akurat się podoba.
Tym razem jednak popełniłem błąd. Przy wieczorze u wspólnych znajomych, w lekkiej atmosferze i po kieliszku nalewki, przez przypadek zdradziłem, kiedy i dokąd jedziemy. Wtedy odezwała się Dominika siedząca naprzeciwko z narzeczonym Arturem.
Wy serio jedziecie autem? Kiedy dokładnie? zapytała z wyraźnym ożywieniem.
Wyruszamy piętnastego, skoro świt rzuciłem lekko, choćby przez myśl mi nie przeszło, żeby coś wyczuć.
My mamy urlop od szesnastego i mieliśmy jechać polskim busem do Gdańska, ale nie ma już biletów, zostały tylko kiepskie miejsca. Może zabralibyście nas? Dorzucimy się na benzynę, będzie weselej. Obiecujemy, iż nie sprawimy kłopotów.
Spojrzałem na żonę w jej oczach widziałem już stanowcze nie. Zacząłem wymyślać wymówki, iż mamy mało miejsca, iż podróżujemy powoli i robimy wiele postojów.
Daj spokój, mamy tylko jedną walizkę! przekonywał Artur. Benzyna kosztuje teraz majątek, zawsze to taniej. Jesteśmy przecież swoi, pomóżcie.
I w końcu się zgodziliśmy. Argument o ekonomii przemówił do mojego rozsądku; zresztą trudno było im odmówić wprost. Dziś tylko wzdycham na wspomnienie tej miękkości charakteru, bo zapłaciliśmy za nią przez następne dwa tygodnie.
Mówią: Chcesz mieć święty spokój nie rób nikomu przysługi
Ustaliliśmy zbiórkę pod naszym blokiem o piątej rano. Spakowani, punktualni, czekaliśmy już przy samochodzie. Bagażnik poukładany: nasze torby, woda, koc, narzędzia. Dominika i Artur zjawili się czterdzieści minut później.
Taxi utknęła w korku powiedziała Dominika bez śladu skruchy, jednocześnie wciągając za sobą walizę rozmiarów małej szafy i dodatkowe torby z przekąskami.
Umawialiśmy się na minimum rzeczy nie wytrzymałem.
Kobieta potrzebuje się przebrać roześmiał się Artur.
Musiałem znów przepakować wszystko w bagażniku, żeby się zmieściło.
Godzinę później zaczął się istny horror. Dominika narzekała na duchotę włączyłem klimatyzację na maksa, po chwili Arturowi było już zimno. Moja muzyka im nie pasowała. Potem zaczęło się niekończące zatrzymywanie się: łazienka, kawa, rozprostować nogi, zapalić.
Rozkład jazdy, który przygotowałem, by wyminąć największy ruch, rozpadł się kompletnie. Zamiast sprawnie przejechać dłuższy odcinek, jechałem jak PKS zatrzymujący się na każdym przystanku.
Kulminacja nastąpiła na stacji benzynowej. Zatankowałem do pełna rachunek wyniósł 350 złotych. Wracam do auta, Artur w najlepsze konsumował zapiekankę.
No to rozliczamy się? pytam mając na myśli przelew lub gotówkę.
Potem się rozliczymy, po wszystkim podliczymy całość, nie ma sensu rozdrabniać się na drobne machnął ręką.
Nie spodobało mi się to, ale żona szepnęła mi do ucha: Daj spokój, zobaczysz po drodze, rozliczą się po wszystkim. Zamilkłem. Opłatę za autostradę zapłaciłem sam, choćby nie spytali o koszty.
Przez całą podróż pałaszowali swoje kanapki, okruhy walały się po siedzeniach. Prosiłem, żeby byli ostrożniejsi odpowiadali z uśmiechem: To tylko auto, odkurzysz później.
Dojechaliśmy do celu późną nocą, totalnie wykończeni nie tyle drogą, ile ich towarzystwem.
Przecież jechaliśmy tylko z wami
Rano, gdy już trochę się wyspaliśmy, spotkaliśmy się w kuchni w pensjonacie. Wyjąłem notes, gdzie zapisywałem wszystkie wydatki.
Benzyna 1200 zł, autostrady 250 zł. Łącznie 1450 złotych. Dzielimy na pół: z waszej strony 725 zł powiedziałem bez emocji.
Artur zakrztusił się herbatą, Dominika spojrzała szeroko otwartymi oczami.
Ale jak to? Siedemset złotych? Na serio? zapytała z niedowierzaniem.
Przecież tak się umawialiśmy, koszty dzielimy po równo.
Artur odstawił kubek, mówiąc:
Słuchaj, i tak byś jechał! Te pieniądze i tak byś wydał, czy bez nas, czy z nami. Auto twoje, benzynę i tak musiałeś kupić. My tylko skorzystaliśmy z wolnych miejsc.
Czekaj zaczęła mi już grać żyłka na czole. Od początku umawialiśmy się jasno. Miałem mniej miejsca, zatrzymywałem się pod was, dźwigałem wasze rzeczy, dostosowywałem się, wy mieliście partycypować w kosztach.
Jakie tam niewygody! prychnęła Dominika. Było przecież wesoło. Myśleliśmy, iż to po przyjacielsku. Powiedziałbyś wcześniej złapalibyśmy BlaBlaCar taniej.
Inny kierowca wywaliłby was na poboczu przy pierwszych okruchach i marudzeniu nie wytrzymała moja żona.
Daj spokój podsumował Artur. Możemy dać tysiąc, półtora symbolicznie. Ale płacić połowę? Absurd. Mamy już cały budżet na wyjazd rozplanowany.
Wstałem.
Nie trzeba. Traktujcie to jako zaproszenie. Ale wracacie na własną rękę.
Artur poderwał się nerwowo.
Ale my nie mamy biletów! Umawialiśmy się w obie strony!
Umawialiśmy się na równe rozliczenie. Warunki złamaliście. Życzę udanych wakacji.
Wakacje osobno i powrót do domu
Przez resztę pobytu praktycznie się nie widywaliśmy, chociaż mieszkaliśmy na tej samej ulicy w Rewalu. Kilka razy spotkaliśmy się na plaży odwracali wzrok ostentacyjnie.
Przed powrotem dostałem SMS od Artura: No już, nie rób problemu. Damy ci po 300 zł za całość, wracajmy razem, nie mamy biletów. Dominikę boli głowa w autobusach.
Nie odpisałem.
Spakowaliśmy się w ciszy, sprawdziłem olej, ruszyliśmy na świt. Droga powrotna była cudowna własna muzyka, wybrane przystanki, wyczekiwana cisza.
Od wspólnych znajomych dowiedziałem się później, jakim to złym człowiekiem jestem. Podobno zostawiłem przyjaciół w potrzebie daleko od domu przez głupie parę stówek. Pojechali z przesiadkami autobusami, stracili mnóstwo nerwów i pieniędzy, a teraz ochoczo opowiadają wszystkim, jacy to byliśmy niewdzięczni.
Trudno, ale to była nauczka na całe życie. Dziś, gdy ktoś półżartem pyta: A może podrzucisz nas na Mazury?, z uśmiechem i stanowczością odpowiadam Przepraszam, ale jeździmy tylko we dwoje.














