Wszystko zaczęło się od zwyczajnego planowania letniego urlopu. Razem z żoną, naszym poczciwym, kilkuletnim SUV-em, mieliśmy wyruszyć ponad tysiąc kilometrów na południe Polski. Zawsze kochaliśmy podróże samochodem wolność, własne tempo, przystanki gdzie i kiedy chcemy. Bez opóźnionych pociągów, płaczących dzieci za ścianą przedziału, czy przekładanych lotów.
Tym razem popełniliśmy jednak fatalny błąd wygadaliśmy się o naszych planach.
Podczas jednego ze spotkań ze znajomymi, kiedy przy stole zebrało się różne towarzystwo, nieopatrznie powiedziałem, iż za dwa tygodnie ruszamy na południe, własnym autem.
O, a którego dokładnie wyjeżdżacie? od razu ożywili się siedzący naprzeciwko Łukasz i Agata.
Nie byliśmy jakimiś bliskimi przyjaciółmi, raczej znajomymi z tej samej paczki.
Piętnastego startujemy rzuciłem, nie przeczuwając niczego.
To przecież mamy po drodze! Łukasz się ucieszył, aż odłożył widelec. My urlop mamy od szesnastego, planowaliśmy jechać pociągiem, ale nie ma już żadnych sensownych biletów. Może byśmy się zabrali z wami? Paliwo na pół, będzie weselej, a my spokojni, niekonfliktowi.
Spojrzałem na żonę jej mina mówiła jasno: zdecydowane nie. Zacząłem więc tłumaczyć, iż mamy już pełno w bagażniku, jeździmy powoli i często robimy postoje.
No bez przesady, mamy tylko jedną walizkę na dwoje! nie dawał za wygraną Łukasz. A po kosztach to w ogóle super. Benzyna przecież kosztuje majątek, a tak zaoszczędzimy obie strony. Pomóżcie, przecież nie jesteśmy obcy.
I zgodziliśmy się. Argument o oszczędności przeważył, a i odmówić prosto w twarz nie było łatwo. Ot, typowa miękkość charakteru, za którą przyszło nam potem zapłacić przez dwa tygodnie.
„Chcesz spokoju nie rób przysług”
Umówiliśmy się, iż podjadą pod nasz blok o piątej rano. My z żoną byliśmy gotowi spakowane torby, woda, narzędzia, koce. Łukasz z Agatą spóźnili się czterdzieści minut.
No wiesz, taxi się spóźniło powiedziała Agata bez cienia przeprosin, ciągnąc walizkę wielkości małej lodówki i jeszcze kilka reklamówek na drogę.
Przecież ustaliliśmy minimum rzeczy nie wytrzymałem.
Ona kobieta, musi się przebierać zachichotał Łukasz.
Trzeba było grać w tetris, by wszystko zmieścić.
Godzinę po wyjeździe zaczął się istny koszmar. Agacie było duszno puściłem klimatyzację na maksa, po chwili Łukaszowi było za zimno. Moja muzyka nie podeszła. Potem co chwilę prośby: zatrzymaj się tu, siku, kawa, nogi drętwieją, papieros.
Mój misternie rozplanowany przejazd, uwzględniający omijanie korków, legł w gruzach. Zamiast paru przystanków jechaliśmy jak bus z przystanku na przystanek.
Kulminacja nastąpiła na stacji benzynowej.
Zatankowałem do pełna wyszło 350 złotych. Wróciłem do auta, Łukasz siedzi i wsuwa hot-doga.
To co, rozliczamy się? pytam, chodzi o przelew.
A potem się dogadamy, policzymy wszystko na końcu i rozdzielimy, żeby nie zamieszać zbył mnie.
Nie podobało mi się to, ale żona szepnęła, żebym nie zaczynał awantury, bo rozliczą się później. Zamilkłem. Odcinki płatnej drogi opłaciłem również ja, nie pytali nawet, ile wyszło.
W drodze jedli swoje kanapki, okruchy sypały się na siedzenia. Na grzeczne uwagi reagowali śmiechem:
Oj tam, przecież to tylko samochód, odkurzysz sobie.
Dotarliśmy na miejsce późną nocą zmęczeni bardziej towarzystwem niż jazdą.
„Przecież jechaliśmy razem”
Rano, wyspani, spotkaliśmy się przy wspólnej kuchni w pensjonacie. Wyciągnąłem notes, gdzie wszystko zapisywałem.
Dobra, podsumujmy zaczynam. Paliwo 1200 zł, autostrady 250 zł, razem 1450. Dzielimy na pół od was 725 zł.
Łukasz zakrztusił się herbatą, Agata zrobiła wielkie oczy.
Ale jak to siedemset złotych? Serio? wydukała.
Zupełnie serio odpowiadam. Ustaliliśmy: koszty dzielimy po równo.
Łukasz odstawił kubek, spojrzał na mnie:
No, ale przecież i tak byś tyle zapłacił, czy z nami, czy bez. Auto twoje, tankowałbyś tak samo. My tylko się podwiozło, wolne miejsca zająć.
Moment zagotowałem się. Umawialiśmy się na warunki. Przez was znosiliśmy niewygody, dźwigaliśmy wasze rzeczy, zatrzymywaliśmy się pod wasze prośby, a wy mieliście pokryć cześć kosztów.
Co za niewygody! prychnęła Agata. Przecież było miło, pogadaliśmy po ludzku. Gdybyś od razu powiedział, to byśmy sobie znaleźli blablacar za grosze.
Inny kierowca za okruchy i stękanie wyrzuciłby was przy najbliższej stacji! nie wytrzymała moja żona.
Dobra, podsumujmy Łukasz stwierdził. Damy ci symbolicznie ze dwa, trzy stówy, ale połowy pokrywać nie będziemy. Budżet mamy zaplanowany.
Wstałem.
Nie trzeba mi pieniędzy. Traktujcie to jako prezent. Ale z powrotem radźcie sobie sami.
Jak to? Łukasz się zerwał. Przecież byliśmy umówieni na podróż w dwie strony!
Byliśmy umówieni na uczciwe rozliczenie. Złamaliście warunki. Miłych wakacji.
Osobne wakacje i powrót
Przez resztę wyjazdu mijaliśmy się sporadycznie, choć mieszkaliśmy w tej samej wsi. Na plaży raz czy dwa zamieniliśmy spojrzenia, oni ostentacyjnie odwracali wzrok.
W przeddzień powrotu przyszedł SMS od Łukasza: Dobra, przestań strzelać focha. Dajemy po trzysta na benzynę tam i z powrotem. Jedźmy razem, nie mamy biletów, w autobusie Agatę zaraz mdli.
Nie odpowiedziałem.
Zebraliśmy się spokojnie, zapakowaliśmy rzeczy, sprawdziłem poziom oleju i wyjechaliśmy o świcie. Powrót był czystą przyjemnością: ulubiona muzyka, przystanki po swojemu, cisza i spokój.
Od wspólnych znajomych dowiedziałem się, iż Łukasz z Agatą przedstawili mnie jako skończonego chama. Niby porzuciłem przyjaciół na końcu Polski przez głupie parę stówek. Pojechali z przesiadkami autobusami, narzekali na koszty i teraz chętnie obgadują za plecami.
Ale my dostaliśmy solidną nauczkę. Teraz, kiedy ktoś niby od niechcenia pyta: Jedziecie za miasto, może byście podrzucili?, grzecznie, ale stanowczo mówię: Przepraszam, wolimy podróżować sami.I tak, z każdą kolejną trasą, coraz bardziej docenialiśmy te nasze wyjazdy tylko we dwoje: bez nieproszonych pasażerów, bez podziałów po kosztach, bez kompromisów, które rujnują euforia podróżowania. Było coś wyzwalającego w tej samodzielności nie tylko na drodze, ale i w codziennych decyzjach. W drodze powrotnej śmialiśmy się, rozmawialiśmy o wszystkim i niczym, a choćby pozwoliliśmy sobie zgubić trasę, zamiast się denerwować zyskać niespodziewanie nowy widok, kawę w nieznanej kawiarence.
I kiedy dziś ktoś próbuje nas wmanewrować w kolejną wspólną jazdę, już się nie tłumaczymy, nie przepraszamy, nie szukamy wymówek. Nasz samochód, nasze zasady. W końcu nauczyliśmy się, iż najważniejsze w podróży i w życiu to zabierać tylko tych, z którymi każda trasa zamienia się w przygodę, a nie w drogowy survival. Reszta może spokojnie poszukać własnego blablacara.
A my? My w końcu dotarliśmy do celu. Tego adekwatnego.















