Zmierzch poszetki? O dodatku, który stał się zbyt oczywisty

mrvintage.pl 2 miesięcy temu

Jest coś przewrotnego w tym, jak działają mechanizmy mody. Najpierw coś odkrywamy, potem się tym zachwycamy, popularyzujemy, aż w końcu… zaczynamy się od tego odwracać. Nie dlatego, iż to przestało być ładne i nie dlatego, iż straciło sens, ale dlatego, iż stało się zbyt oczywiste. Czy w takim miejscu znalazła się się dziś poszetka?

fot. bergbergstore.com

Jeszcze kilkanaście lat temu była dodatkiem bardzo niszowym. Gdy zaczynałem pisać bloga w 2009 roku, poszetek adekwatnie nie było na naszym rynku. A jeżeli gdzieś się trafiała, to była nazywana butonierką i sprzedawano ja w zestawach z muchą lub krawatem. Oczywiście uszytych z tej samej tkaniny, najczęściej z poliestru.

OD IMPROWIZACJI DO POPULARNOŚCI

I tu po raz pierwszy wypadałoby przywołać hasło „Polak potrafi”, bo pamiętam, iż moje pierwsze poszetki powstawały z… koszul. Tak, nie pomyliłem się. Kupowałem w sklepach z odzieżą używaną koszule z cienkiej bawełny lub lnu i wycinałem z pleców kwadrat, który następnie próbowałem obszywać manualnie, a gdy tym się zniechęciłem, to zanosiłem je do krawcowej, by zrobiła to na maszynie. Tak powstawały moje pierwsze poszetki 16-17 lat temu. Dziś brzmi to jak anegdota z innej epoki, ale wtedy to była jedyna droga.

Potem przyszła fala zainteresowania klasyczną modą męską. Najpierw niszowe marki zaczęły wprowadzać poszetki do swoich kolekcji (tak powstała m.in. marka Poszetka). Pojawiły się pierwsze świadome projekty, lepsze tkaniny, ciekawsze wzory. A później, jak to zwykle bywa – temat podchwyciły marki masowe.

MOMENT NASYCENIA

I nagle poszetki były wszędzie. Od kilkunastu złotych po kilkaset euro. Od poliestru po delikatny kaszmir. Od minimalistycznych białych lnianych kwadratów po krzykliwe wzory, które miały robić za główny punkt stylizacji. Poszetka przestała być niszowym dodatkiem kojarzonym ze środowiskiem dandysów, bo sięgali po nią wszyscy, którzy nosili marynarki.

I właśnie wtedy coś zaczęło się zmieniać. Bo gdy coś trafia do masowego obiegu, traci swoją pierwotną funkcję wyróżnika. A przecież dodatki, szczególnie takie jak poszetka, przez lata były właśnie tym – subtelnym znakiem świadomości męskiej elegancji.

ZWROT W STRONĘ PROSTOTY

Dziś ten sygnał się rozmył. Coraz częściej widać to na poziomie, który jeszcze kilka lat temu był bastionem klasycznej elegancji. Influencerzy, którzy przez lata budowali swoje wizerunki na dopracowanych detalach, coraz częściej rezygnują z poszetek. Albo noszą je rzadziej, bardziej oszczędnie.

Podobnie jest z markami. Te najbardziej opiniotwórcze, które jeszcze niedawno niemal obowiązkowo stylizowały marynarki z poszetką, dziś coraz częściej pokazują czystą linię – bez niczego w brustaszy. Minimalistyczna estetyka wraca do łask. Ba, są też marki, które wycofały poszetki ze swojej oferty lub mocno ją ograniczyły.

Nawet na Pitti Uomo, czyli w miejscu, które przez lata było festiwalem sartorialnej ekspresji widać zmianę. Owszem, przez cały czas znajdziemy tam wszystko co najbardziej efektowne w modzie męskiej, ale coraz więcej uczestników wybiera prostotę w stylizacjach z garniturem. Jest to o tyle ciekawe, iż jeszcze niedawno poszetki trafiały choćby do brustaszy w płaszczach, jakby uczestnicy Pitti za wszelką cenę chcieli wykorzystać każdą niezagospodarowaną przestrzeń do pokazania fajnego dodatku. Tu łańcuszek, tam broszka, tu poszetka…

Czy to oznacza, iż poszetka się „skończyła”?

Nie. To oznacza tylko tyle, iż weszła w kolejną fazę swojego cyklu życia.

GDY NIE CHCEMY WYGLĄDAĆ JAK WSZYSCY

W marketingu istnieje dobrze znany model cyklu życia produktu: wprowadzenie, wzrost, dojrzałość, nasycenie, spadek. Poszetka przeszła tę drogę w tempie, które w świecie mody męskiej jest wręcz imponujące. Od niszy do masowości w kilkanaście lat. Nie przypominam sobie tak spektakularnej „kariery”, który dotyczyłby jakiegokolwiek innego dodatku męskiej garderoby.

Ale kiedy coś osiąga etap nasycenia, dzieje się rzecz bardzo ludzka: zaczynamy szukać alternatywy. Nie chcemy wyglądać jak wszyscy. choćby jeżeli „wszyscy” wyglądają dobrze. To nie jest bunt przeciwko poszetce. To jest bunt przeciwko przewidywalności. Bo prawda jest taka, iż poszetka stała się przewidywalna. Marynarka + koszula + poszetka = zestaw obowiązkowy. A moda, szczególnie ta bardziej świadoma, nie lubi oczywistości.

Dlatego dziś brak poszetki bywa bardziej interesujący niż jej obecność. Ale to wcale nie oznacza, iż poszetka przestała mieć sens. Wręcz przeciwnie, w dobrze przemyślanej stylizacji przez cały czas potrafi zrobić dokładnie to, co zawsze robiła najlepiej: dodać lekkości, charakteru, indywidualności. Tylko iż dziś wymaga większej uważności.

Ja sam nie zamierzam z niej rezygnować. Ale faktem jest, iż coraz częściej zdarza mi się jej nie wkładać do brustaszy. Czasem dlatego, iż stylizacja tego nie potrzebuje. Czasem dlatego, iż chcę zostawić więcej przestrzeni. A czasem po prostu dlatego, iż brak poszetki jest dziś ciekawszy niż jej obecność.

I to chyba najlepsze podsumowanie tej historii. Bo pytanie nie brzmi: czy poszetki są passé? Pytanie brzmi: czy przeszkadza nam to, iż przez moment były wszędzie?

Każdy musi odpowiedzieć sobie na to sam.

Ciekaw jestem, jak wy to widzicie. Nie tylko w kontekście poszetki, ale w ogóle, co robicie, gdy coś staje się wszechobecne? przez cały czas po to sięgacie, czy raczej zaczynacie szukać alternatywy?

Idź do oryginalnego materiału