„Zmiana czasu doprowadzała mnie do szału. Do czasu, aż zapomniałem przestawić zegarek i spotkałem kogoś, kto narzeka jak ja”

zdrowie.kobieta.pl 1 godzina temu
Zdjęcie: Zmiana czasu i jesienna plucha od zawsze mnie wkurzały, fot. Getty Images, zdjęcie ilustracyjne, Marina Demidiuk


Nigdy nie uważałem się za kogoś, kto lubi poranne randki. choćby w czasach studenckich, gdy życie towarzyskie kwitło, wolałem spotkania wieczorem, w półmroku kawiarni lub klubu, gdzie atmosfera sprzyjała rozmowom i można było liczyć na to, iż jeżeli coś pójdzie nie tak, dyskretna ciemność ukryje zakłopotanie. Poranki były dla mnie zarezerwowane na powolne budzenie się do życia, kawę wypijaną w samotności i nadrabianie zaległości w serialach.

Tym bardziej zaskoczyło mnie, gdy zgodziłem się na randkę o dziesiątej rano w niedzielę, w samym środku listopadowej zimnicy. Anka wydawała się osobą niebanalną, a jej pomysł – kawa z termosu i spacer po parku – miał w sobie coś przewrotnie uroczego. Chciałem wyjść poza swoją strefę komfortu i poczuć, iż jeszcze potrafię być spontaniczny, chociaż coraz częściej łapałem się na tym, iż niedziela kojarzy mi się raczej z ciszą i spokojem niż z nowymi znajomościami.

Czułem się chronicznie samotny

Jesienna plucha od zawsze była moim wrogiem. Nie tylko przez okropne zimno, ale przez ogólne poczucie bezruchu, jakie niesie ze sobą ta pora roku. Szare niebo, wilgoć i lodowaty wiatr sprawiały, iż każda czynność wydawała się podwójnie trudna. Gdyby nie to, iż od kilku miesięcy czułem się chronicznie samotny i nieco zrezygnowany, pewnie nie wyszedłbym tego dnia z domu. Ale kiedy masz trzydzieści osiem lat, a twoi znajomi mają już swoje rodziny, dzieci i obowiązki, zaczynasz robić rzeczy, o które sam siebie byś nie podejrzewał. Pragnienie zwykłej rozmowy i bliskości staje się tak silne, iż potrafisz przymknąć oko choćby na szaleństwa pogodowe.

Przyszedłem pod pomnik w parku na czas, choć pogoda skutecznie zniechęcała do spacerów. Zimno już szczypało w policzki, a liście szeleściły pod butami. Ze wszystkich stron otaczała mnie pustka, tylko gdzieniegdzie przechadzały się osoby z psami, pochylone, skulone, jakby każdy centymetr ciała próbował się ukryć przed zimnem. Przestępowałem z nogi na nogę, próbując rozgrzać zmarznięte stopy, i zerkałem co chwilę na telefon. Po kilku minutach bez wiadomości zaczęło narastać we mnie zdenerwowanie. Z każdą kolejną chwilą miałem coraz większą ochotę wrócić do domu, przykryć się kocem i zapomnieć o całym tym randkowym zamieszaniu.

Spojrzała na mnie z lekkim zdziwieniem

Po dziesięciu minutach zauważyłem ją – kobietę siedzącą na ławce niedaleko pomnika, szczelnie otuloną szarym szalikiem, z głową schowaną w kołnierzu czarnej kurtki. Początkowo miałem wątpliwości, czy to Anka, bo przecież pisała o czerwonej kurtce, ale uznałem, iż może zmieniła plany pod wpływem pogody. Wziąłem kilka głębokich oddechów i ruszyłem w jej stronę, czując, jak z każdym krokiem narasta we mnie niepokój.

– Anka? – zapytałem, siląc się na uśmiech, który raczej przypominał grymas osoby odciętej od ciepła.

Kobieta spojrzała na mnie z lekkim zdziwieniem. Dopiero wtedy zauważyłem, jak bardzo jej policzki zaróżowiły się od zimna, a oczy – duże i ciemne – wydawały się nieco zaintrygowane.

– Nie, jestem Patrycja – odpowiedziała, zaciągając nosem. – A ty chyba nie jesteś Marek?

– Robert – przedstawiłem się, czując nagłą falę zażenowania. – Przepraszam, pomyliłem cię z kimś innym. Czekam na dziewczynę, z którą umówiłem się z aplikacji.

– Ja też czekam na faceta, który miał tu być już piętnaście minut temu – westchnęła, krzyżując ramiona na piersi. – Jak ja nienawidzę tej pluchy i zimna. Po co komu randki w taki ziąb?

Czułem, jakbyśmy znali się od lat

Jej słowa sprawiły, iż poczułem się mniej niezręcznie. Uśmiechnąłem się, może pierwszy raz tego ranka naprawdę szczerze.

– Mam dokładnie to samo wrażenie – powiedziałem, rozluźniając się trochę. – Kto normalny umawia się na spacer w niedzielę rano, kiedy jest kilka powyżej zera?

– Mój niedoszły partner uznał, iż to będzie „romantycznie i rześko” – parsknęła Patrycja. – Rześka to może być lemoniada na tarasie w sierpniu, a nie spacer w listopadzie.

Zaczęliśmy rozmawiać, najpierw trochę nieśmiało, potem coraz swobodniej. Oboje zgodnie stwierdziliśmy, iż późna jesień i zima to najgorsze pory roku. Rozkręciliśmy się, narzekając na konieczność skrobania samochodowych szyb, wszechobecną ciemność, która atakuje już o szesnastej, i na to, iż ile by się nie ubrało, zawsze gdzieś przewieje. Zaskoczyło mnie, jak gwałtownie złapaliśmy wspólny język. Zwykle pierwsze rozmowy z nowo poznanymi osobami są nieco sztywne, pełne uprzejmych frazesów i kurtuazji, ale tym razem było inaczej. Narzekaliśmy, śmialiśmy się i przekomarzaliśmy, jakbyśmy znali się od lat.

– Najgorsze są te krótkie dni – westchnąłem, przyglądając się, jak moje słowa wywołują w niej uśmiech. – Wychodzisz do pracy, jest ciemno. Wracasz, też ciemno. Człowiek żyje jak kret.

– I te swetry, które po jednym praniu nadają się tylko dla lalki – dodała Patrycja, stukając palcami w kubek z herbatą, który przyniosła ze sobą. – Albo tramwaje, gdzie grzeją tak, iż masz wrażenie, jakbyś był w saunie, a potem wychodzisz na ziąb i od razu cię przewiewa.

Było w niej coś autentycznego

Czułem, iż z każdą minutą rozmawia mi się z nią coraz lepiej. Było w niej coś autentycznego, szczerość, która nie wymagała udawania. Po piętnastu minutach staliśmy już nieco bardziej odprężeni, a ja kompletnie zapomniałem o tym, iż miałem czekać na Ankę. Patrycja zerknęła na swój zegarek.

– Wiesz, chyba oboje zostaliśmy wystawieni – stwierdziła bez cienia żalu. – Ale najdziwniejsze jest to, iż jeszcze nie ma dziesiątej.

Popatrzyłem na nią z konsternacją.

– Jak to nie ma? Na moim telefonie jest dziesiąta trzydzieści.

Wyciągnęła swój telefon i pokazała mi godzinę: dziewiąta trzydzieści.

– Była dzisiaj zmiana czasu, głuptasie – powiedziała, a jej oczy zabłysły rozbawieniem. – Cofaliśmy zegarki. Może twój telefon nie przestawił się automatycznie?

Zrobiło mi się głupio. Mój stary telefon często szwankował, a ja w porannym pośpiechu zupełnie zapomniałem o zmianie czasu. Przez moment miałem ochotę się roześmiać, bo cała ta sytuacja była tak absurdalna, iż aż śmieszna.

– Czyli byłem godzinę za wcześnie? – upewniłem się, czując, jak śmiech narasta mi w gardle.

– Na to wygląda – odparła Patrycja, rozbawiona po uszy. – Cóż, przynajmniej nie jesteś Markiem, który się spóźnia, tylko Robertem, który jest za wcześnie.

Patrzyliśmy na siebie przez chwilę, próbując ogarnąć tę niecodzienną sytuację. Zamiast czuć frustrację, poczułem ulgę. Nagła zmiana planów sprawiła, iż cała randkowa presja gdzieś zniknęła. Byliśmy po prostu dwojgiem ludzi, którzy przypadkiem znaleźli się w tym samym miejscu, w tej samej lodowatej niedzieli.

Poszliśmy na prawdziwą randkę

Spojrzałem na Patrycję i poczułem, iż chciałbym spędzić z nią jeszcze trochę czasu, bez względu na to, czy nasze spotkanie miało być przypadkowe, czy nie.

– Skoro i tak oboje zamarzamy, może pójdziemy na prawdziwą kawę? – zaproponowałem, zdobywając się na odwagę, której zwykle mi brakowało. – Znam kawiarnię niedaleko. Mają tam szarlotkę na ciepło, która rozgrzewa lepiej niż niejeden kocyk.

Patrycja przez chwilę się wahała, ale widziałem, jak powoli ustępuje jej rezerwa.

– Zdecydowanie brzmi to lepiej niż siedzenie tutaj. Prowadź!

W kawiarni było ciepło, pachniało cynamonem, wanilią i kawą. Dźwięki rozmów i muzyki w tle tworzyły przyjazną atmosferę. Usiadłem z Patrycją przy małym stoliku w rogu i zamówiliśmy kawę oraz szarlotkę na gorąco. Widząc, jak rozluźnia się w tej przestrzeni, poczułem, iż znalazłem się dokładnie tam, gdzie powinienem. Rozmawialiśmy o wszystkim – o ulubionych filmach, książkach, wspomnieniach z dzieciństwa, podróżach i planach, które zostały odłożone na później. Okazało się, że mamy podobne poczucie humoru i podobnie patrzymy na świat. Oboje byliśmy zmęczeni „randkowaniem przez aplikacje”, tym przesuwaniem profili i sztucznymi rozmowami, które w rzeczywistości rzadko prowadzą do czegoś ciekawego.

– To chyba najdziwniejsza randka, na jakiej byłam – przyznała Patrycja, uśmiechając się do swojej kawy. – Ale szczerze mówiąc, jest o wiele przyjemniejsza, niż się spodziewałam.

– Mam dokładnie to samo odczucie – odpowiedziałem, spoglądając na nią z ukosa. – Może zostaniemy tu trochę dłużej? Mam wrażenie, iż to spotkanie jest lepsze niż wszystko, czego się dziś spodziewałem.

Patrycja zerknęła na telefon, jakby upewniała się, iż czas nie płynie szybciej niż powinien.

– Wiesz co, napiszę Markowi, iż już drugi raz raczej nie będę chciała się z nim umawiać. Szczerze mówiąc, wolę tę rozmowę – powiedziała, a jej oczy błyszczały szczerością.

– A ja zaraz napiszę do Anki, iż jednak się rozmyśliłem. Mam nadzieję, iż nie będzie miała mi tego za złe – dodałem, wyciągając telefon.

Spędziliśmy w kawiarni dwie godziny, a czas płynął szybciej, niż bym się spodziewał. Rozmowa toczyła się naturalnie, bez wymuszonej kurtuazji, za to z dużą dawką żartów i anegdot. Czułem się, jakbym znał Patrycję od lat, a nie od godziny. Opowiedziała mi o swojej pracy – projektuje grafiki do książek dziecięcych, co wydało mi się niezwykle interesujące – i o tym, jak trudno jest znaleźć kogoś, z kim można po prostu szczerze porozmawiać. W pewnym momencie, gdy już kończyliśmy ciasto, Patrycja spojrzała na mnie poważniej.

– Masz czas, żeby jeszcze się przespacerować? – zapytała. – Wiem, iż narzekaliśmy na zimno, ale mam wrażenie, iż przy kimś takim jak ty choćby listopad nie wydaje się taki straszny.

Zima zapowiadała się wspaniale

Zgodziłem się bez wahania. Przeszliśmy się po parkowych alejkach, tym razem nie marznąć aż tak bardzo. Rozmawialiśmy o naszych rodzinach, o tym, jak trudno jest utrzymać bliskie więzi, gdy wszyscy wokół są coraz bardziej zajęci własnym życiem. Czułem, iż to spotkanie, choć zaczęło się od pomyłki, naprawdę mnie poruszyło. Dawno nie miałem poczucia, iż ktoś mnie rozumie bez zbędnych słów. Gdy wróciliśmy pod parkowy pomnik, zatrzymaliśmy się na chwilę. Patrycja spojrzała mi w oczy, a ja poczułem, iż chcę ją zobaczyć ponownie.

– To co, powtórka z rozrywki? – zapytałem, lekko żartobliwym tonem.

– Tylko tym razem sprawdź, czy masz dobrze ustawiony zegarek – odpowiedziała, puszczając mi oko.

Rozstaliśmy się z uśmiechem, żegnając się krótkim, ciepłym uściskiem. Wracając do domu, czułem, iż zima może nie jest wcale taka straszna, jeżeli ma się z kim dzielić choćby najprostsze chwile. I iż czasami największa pomyłka potrafi zamienić się w coś, na co długo się czekało – zupełnie nieoczekiwanie.

Robert, 38 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:

  • „Przez 10 lat unikałam byłego męża i trudnych pytań. Nad grobem przyjaciółki nie mogłam już udawać, iż nic mnie nie rusza”
  • „Myślałam, iż córka wpada do mnie z tęsknoty. Gdy zajrzałam do jej torby, moje matczyne serce zadrżało z rozczarowania”
  • „Przez trzy lata wkładałam każdą złotówkę w działkę należącą do teściów. Gdy skończyliśmy remont domku, pokazali nam drzwi”

Idź do oryginalnego materiału