Zmarznięty kociak o nietypowej buźce znalazł schronienie przy osiedlowym sklepie i prosił ludzi o pomoc

polregion.pl 2 godzin temu

Zziębnięty kociak o niezbyt urodziwej mordce pojawił się nagle pod miejscowym spożywczakiem w środku wsi. Nikt nie widział, skąd się tam wziął pewnie sam przyszedł albo ktoś go podrzucił, bo przecież wszyscy wiemy, jak to z ludźmi bywa. Ta mała, futrzasta dziewczynka nerwowo przemykała się pod ścianą, podkulała łapki i trzęsła się z zimna oraz wietrznej, listopadowej wilgoci. Jej ciche miauuu nie wzruszało przechodniów no bo jak tu się wzruszyć, skoro mordka w strupkach, oczka jak szparki, a sierść na uszach i szyi ledwie się trzyma?

Nie miała szczęścia do wyglądu i do ludzi, ale na szczęście sklepowe panie pozwalały jej czasem ogrzać się przy kaloryferze na zapleczu i choćby polewały ją kroplami na kleszcze i pchły. Niestety, kilka to pomagało kociak codziennie wracał pod sklep, jakby miał ustalone dyżury, i uparcie domagał się, by go ktoś wreszcie wziął na ręce.

Zima zbliżała się wielkimi krokami, a biedaczka, która już przy minus pięciu składała się jak scyzoryk z zimna, z pewnością nie przeżyłaby mrozu w okolicach minus piętnastu czy dwudziestu. Jedna z ekspedientek przypomniała sobie, jak latem zabraliśmy z tego samego sklepu innego podrzuconego kota, więc zadzwoniła znów do nas z prośbą o pomoc.

Gdy przyjechaliśmy po tę małą panienkę, dosłownie wiła się wokół naszych nóg i przy transporterze, jakby dobrze wiedziała, iż to jej ostatnia szansa, żeby nie skończyć zimy za śmietnikiem. Stawała na tylne łapki, owijała nam ręce ogonkiem, robiła wszystko, żeby się spodobać choć, co tu dużo mówić, urody anielskiej jej los poskąpił.

Już na pierwszy rzut oka widać było, iż ma świerzb. Na szczęście nie zdążył się rozwinąć na dobre i dało się go wyleczyć. Kilka kropel na kark polski wet polecił Stronghold albo Inspektor i rychło było po problemie.

W cieple tymczasowego domu kociak rozmruczał się na cały regulator, tulił się do każdego, kto przechodził obok, i spał z pełnym brzuchem, zapominając o wszystkich smutkach świata. Przez pierwsze dni tylko jadła i spała na zmianę, korzystając z okazji na całego.

Imię przyszło samo Pyra. Bo jakby nie patrzeć, przypominała takiego nierównego, śmiesznego, ale przesłodkiego kartofelka. Pyza, pyśka, nasza polska Pyra. Ale nie minęły dwa tygodnie, a po dwóch kuracjach kroplami mieliśmy kotkę z prawdziwego zdarzenia oczyska jak pięciozłotówki, całkiem zgrabna, tylko uszy i łapki jeszcze musiały podrosnąć do kompletu.

Sierść na uszach i łapkach już zaczęła puszczać nowe pędy ot, kwestia czasu. Pyra ma już termin na sterylizację i powoli zmienia się z wiejskiej biedulki w zadbaną, mięciutką, rozmruczaną gwiazdę, która jeszcze niejednemu wywoła uśmiech na twarzy.

Idź do oryginalnego materiału