KŁOSY
Jakieś dwadzieścia pięć lat temu, kiedy miałam jeszcze wszystko przed sobą, a moja życiowa świeżość zionęła na kilometr, rejonowy lekarz, jak zwykle przekonany o swojej racji, wsadził mnie, wbrew moim protestom, do oddziału internistycznego.
Miałam wtedy dwadzieścia trzy lata, a mój mąż, Tolek, był już dostojnym dwudziestosześciolatkiem. Tolek pracował jako inżynier w biurze projektowym, a ja kończyłam studia na uczelni. Byliśmy dwa lata po ślubie, a do posiadania dzieci nam się nie spieszyło pieluchy i kaftaniki nie były jeszcze na horyzoncie naszych planów.
Sama siebie uważałam za wzorową żonę prawie bez wad, natomiast w Tolku zaczęłam dostrzegać coraz więcej ciemnych plam jak w lustrze wytykałam mu to, na co, według mnie, tracił zdecydowanie za dużo czasu, czyli na motocykl. Byłam święcie przekonana, iż doprowadzę do pożądanych zmian w jego charakterze. Okazało się jednak, iż tylko mi się wydawało to ja musiałam się zmienić.
Po stresującej i wyczerpującej sesji egzaminacyjnej mój żołądek powiedział dość bolał, kręciło mi się w głowie, nie byłam w stanie nic jeść ani pić.
Dziecko powiedział mi siwowłosy doktor Wincencjusz Zaleski, poprawiając okulary na nosie dbaj o zdrowie póki młoda, a nową sukienkę najlepiej kupuj, jak jeszcze stara się trzyma. I nie myśl mi się tu sprzeciwiać, Katarzynko. Musisz się porządnie przebadać i podleczyć. Dalej, nie wyłudzaj współczucia, umywam ręce. Teraz moi szanowni koledzy się tobą zajmą.
Doktor wręczył mi skierowanie, a ja łkając i ocierając łzy, pokuśtykałam załatwiać formalności do szpitala.
W sali było nas cztery: dwie panie około pięćdziesiątki, wiekowa babcia w białej, bawełnianej chustce w niebieskie kropeczki oraz ja. Babcię zwano Ludwika Janowna, a imion pozostałych pań już nie pamiętam.
Rozmawiać mi się wcale nie chciało miałam żal do całego świata, a najbardziej do Tolka, który jak sobie wtedy wyobrażałam z premedytacją mnie tutaj zesłał i choćby nie usiłował awanturować się o leżenie w domu.
Tuląc kolana do brzucha, odwróciłam się do ściany i chłonęłam swoje nieszczęście, obwiniając wszystkich po kolei za mój los.
Odstaw te słoiki i butelki, tego nie tknę! marudziłam Tolowi, gdy przynosił mi kolejne torby z jedzeniem.
Kasiu, doktor mówił, iż ryba gotowana na parze to dla ciebie idealny posiłek tłumaczył troskliwie Tolek. Chociaż spróbuj, bardzo się starałem Może ziemniaczki? Chociaż odrobinkę.
I nie proś! warczałam ze złością nie chcę. Ryba lepsza dla kotów pod blokiem, chociaż i one pewnie pogardzą.
Tolek wzdychał ciężko i odchodził przygnębiony, a ja dla pełni dramaturgii rzucałam mu w plecy rozgoryczone docinki.
Nie przychodź więcej! powtarzałam za każdym razem.
Ale Tolek i tak przychodził, przed i po pracy, ignorując moje utyskiwania. Na stoliku rano zawsze czekały na mnie świeże, domowe potrawy, starannie owinięte w koc, żeby nie wystygły. Ani trochę nie doceniałam tej cierpliwości i troskliwości Tolka.
Jak on znajdował czas, by dla mnie tak szykować? Dzisiaj rozumiem, iż łatwo mu nie było, ale wtedy nie zaprzątałam sobie tym głowy.
Tabletki, zastrzyki i kroplówki nie przynosiły efektów. Chudłam w oczach, twarz mi zapadła, pod oczami ciemne wory, badania pełen komplet, aż w końcu diagnoza: przewlekłe zapalenie żołądka. Może nie brzmi groźnie, ale dla mnie to był prawdziwy test wytrzymałości.
Po zabiegach leżałam na swojej skrzypiącej pryczy, wpatrzona w sufit. Nikt do mnie nie podchodził, bo emanowałam mroczną aurą. W sumie sama rozumiałam, ale nie potrafiłam przerwać tego błędnego koła.
Pewnego wieczoru koleżanki z sali dostały przepustkę na noc do domu, więc zostałam sama z Ludwiką Janowną.
Nie śpisz, Kasiu? zagadnęła cicho seniorka.
Nie śpię. Brzuch mnie boli odburknęłam pod nosem i przewróciłam się na bok.
Kasiu, słuchaj zaczęła babcia co roku ląduję tu prewencyjnie, też mam taki zwykły, domowy nieżyt żołądka jak ty.
Spojrzała pani na mnie jak na zagubioną kursantkę z jedenastej klasy i zaczyna wykład o zdrowym jedzeniu? syczałam jadowitością niech pani nie marnuje czasu, ja to już wszystko wiem!
Źle mnie zrozumiałaś, Kasiu odparła łagodnie babcia nie chcę cię strofować. Przypominasz mi mnie sprzed, ho ho, pięćdziesięciu paru lat. Też byłam wtedy harda i niemiła.
Wtedy uwaga mi się wyostrzyła. Odwróciłam się, spoglądając na Ludwikę Janownę, jakby pierwszy raz ją widząc. Chuda, niewysoka, lekko przygarbiona, przypominała gnomika z bajki, ale była przesiąknięta ciepłem. Z jej błękitnych oczu bił wewnętrzny blask.
Przypomniałam sobie, jak często ktoś do niej przychodził: i pacjenci, i personel, każdy coś jej opowiadał, a ona słuchała z wyrozumiałością. Po dłuższej rozmowie odwiedzający wychodzili czasem ze łzami w oczach, ale najczęściej z uśmiechem.
W podziękowaniu przynosili babci drobne upominki tu paczka pierniczków, tam butelka kefiru, wtedy rarytasowy kartonik pianek albo słoiczek, tu krówka, tam żelka. Każdego obdarowanego Ludwika Janowna ucałowała i dziękowała, a potem po cichu ocierała oczy chustką.
Wiesz co, Kasiu, jak będziesz chciała opowiem ci pewną historię. Z mojego życia powiedziała z uśmiechem tylko ust, bo w oczach wciąż topił się smutek, aż mi się sama siebie zrobiło żal, iż byłam taka nieznośna.
Zmarszczki jej na sekundę wygładziły się, była jak wystraszona, bezbronna dziewczynka.
Przepraszam, iż byłam niemiła, Ludwiko Janowno szepnęłam bardzo chętnie posłucham.
Najpierw zjedz rosołek z pulpetami, dobrze? uśmiechnęła się, wskazując na słoik zupki.
Posłusznie sięgnęłam po słoik, i choć chciałam znów zupełnie rutynowo skrzywić się na pierwszy łyk, to się powstrzymałam. I… żołądek nagle przestał boleć! Ze smakiem zjadłam połowę i choćby było pyszne.
No i jak, niejadek? zażartowała babcia smaczne?
Tak, bardzo! potwierdziłam.
Ale nie rzucaj się, bo żołądek i tak zmaltretowany, więc od dziś mało, a często. Będzie dobrze, musisz tylko nauczyć się szacunku dla innych szczególnie dla swojego męża. On cię kocha, nie odstraszaj go swoimi fochami. No nic, a teraz historia, jakiej nikt nie słyszał.
Zamilkła na moment, napiła się herbaty z aluminiowego kubka, zamoczyła sucharka i zaczęła opowieść:
Wychowałam się w rodzinie, gdzie było nas dzieci siedmioro. Najstarszy brat Ignacy zmarł na gruźlicę, najmłodsza Marcysia na tyfus, kiedy miałam siedem lat. Tata robił w fabryce, mama prowadziła dom i szyła pół wioski chodziło w tym, co uszyła.
Kochałam książki, byłam pilną uczennicą. Po szkole trafiłam do seminarium nauczycielskiego szybki powrót do rodzinnego domu i zaraz wiejscy kawalerowie zaczęli się o mnie ubiegać. Ale ja wszystkim odmawiałam, wszyscy odchodzili z kwitkiem.
Tfu prychałam do mamy Kto to taki, ten Franek? Stajenny? Zawsze się brudzi, śmierdzi sianem! A ten Staś pijak; Julek wałęsa się po remizie; Boguś pasie krowy i choćby czytać nie umie. Co ja z nim będę w ogóle rozmawiać? Wolę zostać starą panną niż z takim się wiązać!
Rodzice kręcili głowami, ale nic narzucić nie mogli.
Pewnego dnia do naszej wsi Krupiego Lasu pod Łomżą przysłano nowego dyrektora szkoły. Przystojny, elegancki, niebieskooki z miejsca zawładnął moim sercem. Dzieci go uwielbiały po lekcjach doglądał tych z problemami, zawsze z własnej inicjatywy, za darmo. Krótko mówiąc wyjątkowy człowiek. niedługo pobraliśmy się.
Ludwika Janowna poprawiła mi poduszkę i snuła dalej:
Mama ciągle powtarzała: pilnuj swojego języka, dziecko, nie pokazuj charakterku mężowi, bo dobrego chłopa masz, a złość do lamusa! Ale gdzie tam, zupełnie jej nie słuchałam.
Byłam pierwszą modnisą we wsi mąż przywoził mi tkaniny z miasta, mama szyła mi stroje, nie było drugiej takiej sukienki czy bluzki nigdzie. A ja ciągle narzekałam albo wzorek nie taki, kolor nie ten, tkanina za cienka albo za sztywna. Polikarp się starał, ale moje grymasy nie miały końca.
W trzydziestym trzecim przyszła tragedia głód. Dzieliliśmy zapasy na trzydzieści kupczyk byle jakoś dotrwać do kolejnej pensji. Do dziś nie wyrzucam pestek z melonów i arbuzów.
Na dzień dla wszystkich była garść kaszy, parę ziemniaków, cebula, marchewka, trochę pestek, łyżka smalcu. Skrzętnie to wiązałam i ukrywałam kto jadł od razu, ten potem tylko zbierał zęby z podłogi.
Za wsią rozciągało się pole pszeniczne, pilnie strzeżone. Samo złożeństwo zebrać choćby garść kłosów, a strach przed aresztem rzucał cień na całą wieś. Ale pewnej nocy, zdesperowani, ruszyliśmy z Polikarpem na pole już nie można było patrzeć na zmarznięte, głodne dzieci. Śniło mi się nocami, iż jem ziemniaka z pajdą chleba w oleju
Wieczorem, kiedy nasze córki już spały, wyszliśmy ogródkami. Zrywaliśmy kłosy, aż tu nagle stukot kopyt! Gospodarz objeżdża swoje pole!
Porzuciliśmy zdobycz, schowaliśmy się w krzakach na szczęście nikt nas nie zobaczył. Do domu wróciliśmy z pustymi rękami. Dopiero wtedy zauważyłam, iż nie mam spódnicy. Zsunęła mi się z wychudłych bioder, pewnie przy otrzepywaniu kłosów!
Ludwika Janowna wzięła sucharka i żuła powoli, a ja słuchałam w bezdechu.
Płakałam jak bóbr; prześcieradło na oknie mogło by zacząć cieknąć. Wyobrażałam sobie, jak stoję w więzieniu, a córki idą na sieroty. Polikarp rano odnajduje spódnicę, przynosi z pola. Uratował mnie przed więzieniem.
Poprawiła mi koc, spoglądając ciepło:
Od tego dnia patrzyłam na męża innymi oczami z wdzięcznością, której wcześniej nie miałam. Przestałam marudzić, zaczęłam cenić to, co mam.
Co było dalej? spytałam szeptem.
A potem? Ciężko, ale jakoś się wygrzebaliśmy. W czterdziestym pierwszym przyszła wojna. Polikarp poszedł na front. Po nas do wsi przyszli Niemcy. Dom spalili za to, iż nie zgodziłam się gotować im obiadu. Córeczkę
Tu głos jej się załamał.
Zrobili straszną krzywdę mojej Walentynce i nie przeżyła. Byłam wtedy w ciąży, a od żalu, jak wróciłam do domu, straciłam dziecko. Mieliśmy mieć synka
Usłyszałam, jak Ludwika Janowna cicho płacze. Podniosłam się i przytuliłam ją mocno. Przesiedziałyśmy tak całą noc, nie pamiętam nawet, o czym rozmawiałyśmy.
Kiedy słońce wstało i promień padł na nasze łóżka, oldżonka powiedziała:
W czterdziestym trzecim przyszła wiadomość Polikarp zaginął bez wieści. Przez lata szukałam go po całej okolicy. Pracowałam w szkołach, gdzie się dało, mieszkałam, gdzie było miejsce. Na starość przygarnęła mnie siostrzenica do swojej kawalerki w Warszawie. Do szpitala trafiam z przyzwyczajenia, tu mnie podleczą, a i Tamarka na mnie odpocznie, jeszcze grosza zaoszczędzę a ona wtedy szczęśliwa, kiedy przyniosę jej czekoladkę.
Patrzyłam na tę filigranową kobietę i nie mogłam zrozumieć, jak tyle ciepła i dobroci mieści się w kimś takim? Tyle przeszła i nie zgorzkniała. Jeszcze siły ma innym pomagać. Ja ciągle na coś narzekam, a mam wszystko dobrego męża, rodzinę.
Na szczęście zaczęło mi się poprawiać. Odważyłam się jeść brzuszek uspokoił się.
Rok później urodził się naszym pierwsze dziecko Michaś, a po czterech latach upragniona córeczka. Nazwaliśmy ją Ludwika.
Od tamtej pory jakby mgła opadła mi z oczu i w końcu zobaczyłam, jakiego mam Tolka! Troskliwy, pracowity, cierpliwy a ja musiałam w sobie wiele zmienić i pohamować wymagania.
Kiedy nachodzi mnie ochota, żeby się na Tolka pogniewać, zawsze przypominam sobie opowieść Ludwiki Janowny o kłosach oraz swoją historię z czasów, gdy Tolek codziennie o mnie dbał w chorobie. I odkąd sama zaczęłam pomagać innym, czuję się szczęśliwsza!
Czasem myślę, iż to całe moje chorowanie to była kara za paskudny charakter. Co wy myślicie?
