Ziemię wyrównał, Marcinie zrobił rabaty kwiatowe, postawił altankę. W domu też od razu czuć było sil…

polregion.pl 1 tydzień temu

Ziemia była równa jak tafla szkła, choć w tej dziwnej krainie, jakby utopionej między czasem a przestrzenią, nikt nie pamiętał, kto ją tak wyrównał. Wiadomo tylko, iż to dla Haliny. Kwietne rabaty zakwitły same, altana wyrosła z deszczu i szeptów przodków, ławki poskręcały się z powietrza i dębowych liści. W domu czuło się ciężką, męską dłoń Staszka a może Bolek tam jeszcze mieszkał, nikt nie był pewien.

Halina wybrała sobie męża tak, jak wybiera się pieróg na rynku w Lublinie długo się zastanawiała, ale potem już była pewna. W dodatku Staszek przynosił do domu złote monety, a czasem po prostu kilka świeżo wygranych losów totolotka, zawsze starając się ucieszyć Halinę drobnym upominkiem. Czekoladki Wedla, kubek z napisem Najlepsza Żona, albo szalik w kolorze jesieni.

Przecież mnie nie kochałaś wyrzucił z siebie Staszek pewnej mglisto-śnieżnej nocy, gdy łóżko żyło własnym życiem, a on zaczynał się rozpuszczać, jakby jego ciało to była wata cukrowa rozmyta deszczem. Bez miłości za mnie wyszłaś. Odejdziesz teraz, gdy jestem chory

Nie odejdę! Halina przytuliła go, jakby był jej ostatnim kotem w życiu. Jesteś najlepszym mężem! Nigdy cię nie zostawię

Ale Staszek czuł się, jakby jego humor ktoś utopił w czarnej herbacie. Przeciekał mu przez palce dzień za dniem, bez kolorów i dźwięków.

Halina była już dwadzieścia pięć lat mężatką, a przez ten czas uparcie przyciągała spojrzenia mężczyzn. W młodości wszyscy za nią biegali a przecież choćby w podstawówce, prawie wszyscy chłopcy stali w kolejce, by przytrzymać jej zeszyt. Nie była żadną Miss Polonia, ale miała coś niewytłumaczalnego może chodziło o uśmiech rodem z nieznanych snów?

Nie rozstała się ze swoim pierwszym mężem, choć był jak wiatr nieuchwytny. A może trzymała się go tak mocno, iż od tego aż ból został w nadgarstkach.

Z Bolkiem przeżyła aż do jego przedziwnego odejścia. Córkę, Danutę, wydali za mąż, młody zabrał ją do Włoch i teraz Danuta wysyłała fotografie, na których wszyscy wyglądali na szczęśliwych. Wołali w odwiedziny, a Halina nie wiedząc czemu nie mogła znaleźć drogi do tej Italii, jakby z Polski nie dało się wyjechać.

Bolek zginął w zupełnie nieprawdopodobnym wypadku samochodowym. Później szepnęli Halinie, iż może serce mu wysiadło, może rozum się zachłysnął, a dłonie nie złapały za kierownicę.

Może zemdlał? pytała Halina swoją przyjaciółkę, Zofię-lekarkę, która potrafiła znać sekrety z tamtej granicy życia.

Teraz już niczego się nie dowiemy westchnęła Zofia, krojąc szarlotkę. Powód: mnogość uszkodzeń, niekompatybilnych z życiem.

Halina była w szoku, a dom, który miała dzielić z Bolkiem do końca, nagle dźwięczał echem pustki. Dla jednej osoby dom był za wielki, zbyt napompowany powietrzem i tym, co musiałby naprawić drugi człowiek.

Danuta, wracając na pogrzeb ojca, usiadła z Haliną w ogrodzie i pytała o sprzedaż domu, kupno mieszkania i zamieszkanie z nimi we Włoszech.

Ależ nie! wybuchła Halina, a łza ugrzęzła jej w kąciku oka. Nie po to budowałam ten dom, by go sprzedawać. I do tej waszej Italii… Włoską kawę piłam, makaron widziałam już wystarczy.

Mamo!

O, Danka, ciemna jesteś! Halina przez łzy uśmiechnęła się, jakby cały świat był żartem. Ja przecież sobie żartuję.

To może nie jest tak źle? odparła Danuta, łapiąc dłoń matki.

Wszystko było dziwne, jak pogubione puzzle zresztą i sam Bolek taki był za życia. Z jednej strony czuły i kochający, z drugiej zły jak piątkowy deszcz, potrafił zamęczyć Halinę narzekaniem aż do łez. Przepraszał potem, a Halina umiała odpuścić. Tak przeżyli dwadzieścia pięć lat! To wydawało się nierealne, jak dwadzieścia pięć lat trwających jednej nocy.

Danuta wróciła do swojego gorącego ogniska we włoskim mieszkaniu, a Halina została sama.

Nie na długo. Wiedziała, iż samotność nie jest stanem stałym. Faktycznie, po pół roku smutku, znalazła się nagle w centrum uwagi grupki zalotników. choćby jej matka, świętej pamięci Władysława, zawsze dziwiła się tej życiowej popularności córki.

Co ci oni widzą? kręciła głową Nie jesteś przecież żadną pięknością Chyba czegoś nie rozumiem?

Dobra jestem, mamo Halina przy tym szeroko się uśmiechała, malując delikatnie usta. Urok kobiety to nie piękność to magia zaklęta w drobiazgach.

Idź, idź już! rechotała mama. Bo ci narzeczony ucieknie z nudów, a inny nie przyjdzie!

A co, przyjdzie nowy? wzruszała Halina ramionami.

Minęły prawie trzy dekady od tej rozmowy, a nic się nie zmieniło. Kobiety wciąż narzekały, iż po czterdziestce nie ma już żadnych wolnych mężczyzn. Halina ich nie rozumiała. Miała dwóch narzeczonych, gdy 46 świeczek świeciło na jej torcie, i każdy na swój sposób dobry.

Serce lgnęło do Piotra w każdym słowie był jak sen, który się śni na jawie. Inteligentny, błyskotliwy, z każdym podmuchem powietrza zabierał Halinę na spacer do świata rozmów, którymi można się upić. Ale Piotr był mistrzem słowa tylko, reszta domu by się rozpadła od jego gadaniny, a on sam znikłby za zakrętem, gdy przyjdą prawdziwe problemy.

Drugi, Staszek, był człowiekiem z polskiej bajki. Chłop jak dąb, co znad Wisły przychodzi z kosą, narąbie drewna, naprawi płot, wypije kilka piw, a rano znów gotowy działać. Silny, złote ręce, miękkość charakteru, ale i twarda sprężyna gdzieś w środku duszy.

Piotr obraził się, iż jego gładkie słowa nie wystarczyły, i zniknął w nieskończoności marzeń.

To Staszka Halina wybrała, ku jego szerokiej radości. Na weselu wypił za dużo, śpiewał, jakby miał w gardle stu górali, a potem spał aż do niedzieli.

Przyjaciółka Zofia pokiwała głową z uśmiechem:

No pięknie. Ledwo rok minął od śmierci Bolka, a ty już znowu żona. Kobiety narzekają, iż faceta znaleźć nie mogą, a ty byle wyjdziesz do sklepu, i zaraz ci pluśnie narzeczonych.

Zofio, nie pytaj już czego oni we mnie widzą, bo choćby mama nie potrafiła odpowiedzieć zaśmiała się Halina, mrugając do przyjaciółki.

Halina porwała Staszka do tańca, rozganiając ostatnie wątpliwości jak chmury nad Warszawą.

A co, jakbym wybrała Piotra? pomyślała. Z pięknych słów obiadu nie zrobisz

W kilka miesięcy ogród Haliny zmienił się w bajkowy park. Staszek przegonił złe drzewa, ziemię wyrównał pod sznurek, kwiaty rozkwitły, altana stanęła na mchu W domu czuło się spokój ciężkiej męskiej ręki. W portfelu szelest złotówek, czasem sto, czasem trzysta na dobre słowo i święty spokój wystarczyło. Staszek zawsze coś do domu przyniósł.

Halina, wspominając 25-letni pierwszy związek, żałowała, iż nie znała Staszka wcześniej. Złoty facet!

Letnie wieczory spędzali na grillu w altanie, przy pikniku, śmiechu, kiełbasie i herbacie z malinami. Halina zjadała tyle szaszłyków, iż aż mrużyła oczy jak najedzony rudy kot. Staszek się tylko uśmiechał.

Co jest, Staszku?

Nic. Po prostu szczęśliwy jestem.

Jego pierwsza żona była nudna jak serial telewizyjny puszczany bez końca. Nie wierzył, iż spotka jeszcze taką kobietę.

Byli szczęśliwi przez cztery lata. Potem Staszek nagle zaczął słabnąć. Tracił siły szybciej, niż zegarek z dmuchawca, chudł, choćby piwo nie smakowało.

Idź do lekarza zamartwiała się Halina. Może coś poważnego?

To tylko chwilowe. Przejdzie! machał ręką.

Ale Staszek bał się tylko jednej rzeczy: iż gdyby naprawdę zachorował, Halina go zostawi. Przecież wyszła za niego z rozsądku, a nie z miłości Ale to on ją kochał od początku, od tamtej sceny pod sklepem, kiedy zobaczył, jak zgubiła portfel i prawie usiadła na ziemi z rozpaczy. Coś przeskoczyło w nim bez powodu.

Gdy pokazał Halinę swojej matce, Mariannie, ta tylko powątpiewała:

Synku, ty jeszcze młody, taki ładny! Za tobą każda studentka by poszła. A ona? Taka zwyczajna!

Staszek nie chciał nikogo, tylko Halinę. Tylko czy ona będzie chciała jego chorego?

Lekarza nie odwiedził. Pewnego sobotniego wieczoru mieli gości Zofię i jej męża Bronka. Panowie grillowali, panie szykowały sałatkę w kuchni.

Staszek wygląda kiepsko zauważyła Zofia. Podejrzanie schudł, cera mu zzieleniała jak liść jesienią.

O Boże! Halina spojrzała z lękiem. Jesteś lekarzem, Zofio może ciebie posłucha?

Zofia zawahała się:

Halinko ty go kochasz? Pamiętam twoje wieczne rozterki

Halina nic nie powiedziała. Nie zdążyła się tłumaczyć. Staszek zemdlał podczas biesiady, pogotowie zabrało go gdzieś poza tę rzeczywistość.

Diagnoza była zawieszona jak echo nowotwór wątroby, guz. Badania, operacja. Halina siedziała obok, trzymała go za rękę i szeptała modlitwy, jakby Bóg był bardzo blisko.

Guz był łagodny, ale porosły go cienie strachu. Staszek wyzdrowieje powiedzieli lekarze ale powoli. I nie będzie już taki jak dawniej.

W szpitalu odwiedziła go matka. Przyniosła domowe pyzy na parze i trochę czekolady, choć na liście dozwolonych rzeczy była tylko kasza manna.

Synu, nie poznaję cię! Marianna pogładziła go po włosach. Dostałeś drugą szansę. Rak odszedł, trzeba się cieszyć!

Nie mam na to siły, mamo. choćby pracować nie mogę. Kogo to obchodzi, iż mi jeszcze nie stuknęło pięćdziesiąt lat Czuję się jak inwalida do niczego!

Idę już, bo zaczniecie się tu zaraz rozczulać. Żegnam, Halinko.

Halina podeszła do łóżka.

Oj tam, Staszku. Ręce, nogi masz. Spokojnie, reszta się zagoi. Wiesz co czytałam dziś? Wątroba się regeneruje! Jak zostaje pięćdziesiąt jeden procent wszystko odbuduje się samo. A u ciebie aż sześćdziesiąt! Pożyj jeszcze trochę i będzie dobrze!

A mam jeszcze czas?

Czas? O co ci chodzi?

Czy mam czas, żeby zdrowieć szepnął Staszek.

Przecież ci nie grozi śmierć! Halina aż się rozbawiła.

Staszka w końcu wypisali. Zaczął najgorszy czas w życiu: po dwóch uderzeniach młotkiem był jak po maratonie. Wszystko bolało. Przed nim był jubileusz a on już wiedział, iż nie wypije, nie zje nie świętuje.

Halina się nie poddawała. Jadła z nim dietetyczne rzeczy, śmiała się, motywowała. Któregoś dnia Staszek zebrał się na odwagę:

Powiedz, co z nami dalej?

To znaczy? Halina spojrzała z niedowierzaniem.

Czy mnie zostawisz? Skoro nic ze mnie już nie będzie powiedz od razu.

Nigdy cię nie zostawię. Jest mi z tobą dobrze niezależnie, czy pracujesz, czy nie.

Objęła go mocno i położyła policzek na jego karku.

Kocham cię, Staszku. I nigdy cię nie opuszczę.

I rzeczywiście nie opuściła. Staszek, powoli, kawałek po kawałku, jakby wychylał się z drugiego końca snu, wracał do sił.

Jubileusz obchodzili w altanie, bez wódki i bez biesiad wśród kilku przyjaciół, przy planszówkach i mroku polskiej nocy.

Wieczorem siedzieli razem na schodkach ganku, patrząc na gwiazdy, które wyglądały jak rozrzucone monety z innego świata.

Staszek po raz pierwszy od miesięcy poczuł się lepiej. Uwierzył, iż regeneracja jest możliwa. Halina była przy nim, ciepła jak pierzynka zimą.

Co jest, Staszku?

Wszystko dobrze! uśmiechnął się.

No nareszcie zamruczała Halina i przytuliła go jeszcze mocniej.

Śnili dalej, wtuleni w polską noc szczęśliwi, przynajmniej tyle, ile śnić im było wolno.

Idź do oryginalnego materiału