Powiadomienie przyszło o dwudziestej czterdzieści, kiedy Lidia siedziała przy stole w kuchni nad stertą niepoprawionych klasówek. Telefon zawibrował dwa razy. To nie był SMS od Marcina, tylko oznaczone zdjęcie. Ola, asystentka, z rozpuszczonymi włosami i czerwonymi ustami, tańczyła z Marcinem na oświetlonym parkiecie. Podpis: „Galowy wieczór ". Hotel Sheraton. Doroczna firmowa impreza.
Trzy godziny wcześniej Marcin przysłał jej głosówkę: wysoka gorączka, ból gardła, nie chce nikogo zarazić. Lidia zrobiła rosół i postawiła go na kuchence, z karteczką: „Odpoczywaj, kotku".
Odłożyła telefon na stertę klasówek, ekranem do dołu, i wróciła do czerwonego pióra. Jedna z prac, od dziewczyny z drugiej klasy licealnej, pisała o *Lalce* lepiej niż większość dorosłych. Lidia uczyła polskiego w Liceum im. Mikołaja Kopernika na Żoliborzu. Miała trzydzieści pięć lat. Była mężatką od jedenastu.
Poszła do sypialni. W szufladzie komody leżało zaproszenie: gruby papier, złocone litery, data dzisiejszego wieczoru. Marcin mówił jej, iż to wydarzenie „tylko dla kadry kierowniczej". Ale na zaproszeniu wyraźnie stało: „plus osoba towarzysząca".
Zielona sukienka wisiała na dnie szafy, jeszcze z metką ze sklepu. Kupiła ją na ślub kuzynki we Wrocławiu, trzy lata temu. Nigdy jej nie nosiła. Marcin powiedział, iż jest „zbyt krzykliwa" dla nauczycielki. Tego wieczoru ją włożyła. Przed łazienkowym zwierciadłem czterdzieści minut upinała włosy, aż wreszcie trzymały się tak, jak chciała.
Kiedy wychodziła z domu, jamnik sąsiadów, Fafik, zaczął szczekać z okna. Lampa na klatce mrugnęła dwa razy i zgasła. Tak było już od trzech miesięcy. Lidia wsiadła do swojej Skody Octavii z 2014 roku i przekręciła kluczyk trzy razy, zanim silnik zapalił.
Parking przy hotelu kosztował czterdzieści złotych. Parkingowy zmierzył ją od góry do dołu. Wyciągnął rękę po kluczyki.
— Pani jedzie na galę?
Nie odpowiedziała. Podała mu kluczyki i poszła w stronę recepcji.
W środku pachniało białymi kwiatami i winem musującym. Muzyka dobiegała z głównej sali. Lidia zatrzymała się na sekundę przed dwuskrzydłowymi drzwiami. Było tam ze dwieście osób. Otworzyła drzwi i wszedła.
Marcin stał przy barze, z Olą uwieszoną na jego ramieniu. Zobaczyła go najpierw od tyłu. Potem jakiś mężczyzna stojący niedaleko dotknął jego ramienia, a Marcin się odwrócił.
Sala ucichała falami, jak wielki wentylator, który się wyłącza. Lidia podeszła do niego. Obcasy stukały sucho o drewnianą podłogę. Ola puściła ramię Marcina i zrobiła krok do tyłu. Lidia choćby jej nie zauważyła.
— Myślałam, iż jesteś chory — powiedziała głosem równym, choć serce waliło jej jak młotek. — Wyglądasz dużo lepiej niż na nagraniu.
Wokół rozległy się śmieszki. Ktoś zakrztusił się kaszlem. Marcinowi poruszyły się wargi, ale nic z nich nie wyszło.
— Lidia, ja…
— Nie, nie przejmuj się — przerwała mu. — Sama się zaprosiłam. Na zaproszeniu stało „plus osoba towarzysząca". Czy źle przeczytałam?
Podszedł wtedy mężczyzna około sześćdziesiątki, w dwurzędowej marynarce, z okularami zawieszonymi na łańcuszku. Pan Emil Tomczak, właściciel firmy. Obserwował scenę z wysokiego stolika z białym obrusem.
— Pani Nowak, nareszcie — powiedział, podając jej rękę. — Marcin często o pani mówi. Choć, prawdę mówiąc, nigdy pani nie wspomina na takich imprezach.
Lidia uścisnęła mu rękę zdecydowanie.
— Jestem nauczycielką polskiego. Nie bywam na takich rzeczach. Ale dziś się dowiedziałam, iż trzeba towarzyszyć chorym.
Pan Tomczak wybuchnął śmiechem. Zaproponował jej ramię.
— Może zatańczymy? Chcę usłyszeć, czego pani uczy w tym liceum.
Parkiet się rozstąpił. Zespół zaczął grać walca. Lidia tańczyła, jakby robiła to całe życie. Pan Tomczak mówił jej coś do ucha; ona odpowiadała, nie gubiąc kroku. Ludzie śledzili tę scenę z kieliszkami w pół drogi do ust. Ola wyszła w stronę ogrodu i nie wróciła.
Marcin stał przy barze. Wziął szklankę z whisky. Nie podniósł jej do ust. Odstawił ją na blat. Lód się rozpuszczał w kałuży.
Kiedy walc się skończył, pan Tomczak zapytał Lidię, co myśli o lojalności. Nie odwracała się w stronę Marcina — trzymała wzrok na przedsiębiorcy, jakby bar z whisky w tle nie istniał.
— To jak gramatyka. Można udawać, iż się ją znało, ale przy pisaniu widać od razu.
Pan Tomczak zaśmiał się jeszcze głośniej.
— Potrzebujemy więcej takich osób na tych imprezach.
Gala trwała dalej. Lidia zatańczyła z dwoma kolejnymi dyrektorami. Wzniosła toast winem musującym. Odpowiadała na pytania o Prusa i szkolnictwo publiczne. O wpół do dwunastej podszedł Marcin.
— Już wychodzisz? — zapytał ściszonym głosem.
— Nie martw się o mnie — powiedziała, bez cienia emocji. — Nie przyszłam, żeby robić ci wyrzuty przed całą firmą. Przyszłam, bo zobaczyłam zdjęcie mojego męża w hotelu, tańczącego z własną asystentką. Chciałam sprawdzić, czy to prawda.
— Lidia…
— Nie zwracaj się tak do mnie. Dobranoc, Marcinie.
Wyszła przez główne wejście. Parkingowy przyprowadził jej Octavię. Listopadowe powietrze pachniało kiełbaskami z pobliskiego grilla na Wiśle. Lidia usiadła, położyła ręce na kierownicy i minutę wpatrywała się w deskę rozdzielczą. Potem zadzwoniła do siostry.
— Mogę się u ciebie zatrzymać na kilka dni?
—
W poniedziałek Lidia była w banku na Marszałkowskiej, jeszcze zanim otworzyli rolety. O ósmej punkt obsłużyła ją kasjerka o imieniu Grażyna.
— Chcę zamknąć konto wspólne i otworzyć nowe na siebie.
Grażyna wpisywała dane, nie podnosząc głowy.
— Jaką sumę mam przelać?
— Połowę. Sto trzynaście tysięcy złotych.
Grażyna uniosła brwi, ale nie zadała więcej pytań. Lidia podpisała sześć dokumentów niebieskim żelowym piórem. Atrament zrobił plamę na palcu wskazującym. Wyszła ze złożonym potwierdzeniem w torebce.
Zadzwoniła do ślusarza, siedząc jeszcze w samochodzie.
— Tak, dziś jeszcze. Mam akt notarialny domu na swoje nazwisko. Nie, mojego męża nie będzie. Proszę wejść z tyłu, od strony kuchni.
Ślusarz przyjechał kwadrans po dwunastej. Mężczyzna w koszulce Legii i czerwoną skrzynką z narzędziami. Wymienił zamek w drzwiach głównych i w tych od ogrodu. Wziął trzysta pięćdziesiąt złotych. Lidia zapłaciła gotówką i poprosiła o paragon.
W domu wyjęła z szafy dwie czarne walizki. Złożyła ubrania Marcina: garnitury, koszule do pracy, skórzane buty. Zapięła zamki. Zaciągnęła walizki na klatkę schodową przed drzwiami. Potem znalazła w torebce brązową kopertę.
W niej były papiery rozwodowe, które wydrukowała w domu siostry o szóstej rano. Wniosek. Podział majątku: dom, pół na pół; oszczędności, pół na pół; samochód Marcina, dla niego. Bez alimentów. Bez dramatów. Na końcu jej podpis.
Wieczorem wcześniej opłaciła wniosek przez internet w Sądzie Okręgowym w Warszawie: sto piętnaście złotych. Na poczcie siostry czekał już mail z potwierdzeniem i numerem sprawy. Wydrukowała to potwierdzenie razem z wnioskiem i dołożyła do koperty.
Przykleiła brązową kopertę do rączki walizki taśmą klejącą. Postała chwilę na klatce. Lampa znowu mrugnęła. Wyciągnęła telefon i nagrała krótki filmik walizek z kopertą. Zapisała go, nie wysyłając.
Wsiadła do Octavii. Zanim odjechała, wysłała Marcinowi SMS-a: „Masz coś na klatce schodowej".
—
Marcin wrócił do domu o osiemnastej trzydzieści pięć. Zobaczył walizki jeszcze z ulicy. Zmarszczył brwi. Wszedł po dwóch stopniach. Włożył kluczyk do zamka. Nie przekręcił się. Spróbował jeszcze raz. Nic. Wyjął kluczyk, obejrzał go, włożył ponownie. Zamek był inny.
Podniósł brązową kopertę. Rozdarł rąbek paznokciem. Wysunął dokumenty. Na pierwszej stronie, wielkimi literami: „WNIOSEK O ROZWÓD". Niżej potwierdzenie złożenia wniosku online. Numer sprawy.
Zadzwonił do Lidii. Zadzwoniło raz. Dwa razy. Potem poczta głosowa: „Dzień dobry, nie mogę teraz odebrać. Zostaw wiadomość."
Odłożył telefon. Zadzwonił znowu. To samo.
Usiadł na walizce. Rozluźnił krawat. Jamnik sąsiadów, Fafik, szczekał z okna. Lampa na klatce mrugnęła raz, dwa razy. Zgasła.
Marcin przeczytał podział majątku. Przeczytał liczbę: sto trzynaście tysięcy złotych. Tę samą sumę, którą obserwował rosnącą na koncie przez jedenaście lat. Połowa była jej. Zawsze była jej.
Odblokował telefon. Napisał: „Co zrobiłaś?". Usunął. Napisał: „Możemy pogadać". Usunął. Napisał: „Lidia". Wysłał.
Wiadomość doszła. Pojawiła się niebieska fajka. Potem zmieniła się na „Przeczytane".
Odpowiedzi nie było.
Listopadowe powietrze pachniało kiełbaskami z grilla. Lampa na klatce mrugnęła jeszcze raz. I tym razem już się nie wyłączyła.














