W autobusie linii 80 jechałem w piątek po pracy. Siedziałem przy oknie, w słuchawkach leciał podcast, ale go nie słuchałem — myślałem o tym, iż znów muszę zostać po godzinach w serwisie. Za oknem mżyło, szyby zaparowane, na przystanku przy Focusie wsiadła kobieta. Nie stara, może czterdziestka, ale wyglądała, jakby cały dzień nosiła kartony: bluza z logo firmy kurierskiej, w jednej ręce torba, w drugiej reklamówka z Biedronki, z której wystawał seler.
Wstałem. Wyciągnąłem słuchawkę z ucha.
— Proszę, niech pani usiądzie.
A ona popatrzyła na mnie, potem na to miejsce przy oknie, i powiedziała tak głośno, iż ludzie z przodu autobusu się obejrzeli:
— A dlaczego pan mi ustępuje?
Zamarłem. Jedna słuchawka dyndała mi na kablu, uderzała o kurtkę.
— Bo… może pani ciężko stać — powiedziałem, chociaż od razu wiedziałem, iż to zła odpowiedź.
— Czy ja wyglądam na starą? — zapytała.
W autobusie zrobiło się cicho jak w kościele. Silnik warczał, wycieraczki skrzypiały, a ja stałem z tą reklamówką przy jej nodze i czułem, iż robię się czerwony na uszach, na szyi, choćby pod zegarkiem.
— Nie, ja tylko chciałem… normalnie — dokończyłem bez sensu.
— No tak — burknęła. — Młodzież teraz taka. Albo nikt nie ustąpi, ledwo się człowiek trzyma poręczy. Albo ustąpią tak, iż obraza gotowa.
Ale usiadła. Postawiła torbę na kolanach, reklamówkę między butami. I dodała do wszystkich, nie do mnie:
— Siedzę, bo nogi mam od tych schodów jak z waty, a nie dlatego, iż jestem stara.
Stałem obok i nie wiedziałem, gdzie patrzeć. Na sufit? Na biletomat? Do telefonu? Telefon wydawał mi się zbyt bezczelny, jakbym udawał, iż nic się nie stało.
Z tyłu jakaś starsza kobieta w berecie dotknęła mojego łokcia.
— Nie przejmuj się, synku. Dobrze zrobiłeś.
A druga babka, chuda, z laską w dłoni, powiedziała głośno:
— Następnym razem mów: „zaraz wysiadam”. I wysiadaj. Choćby na siłę.
Wtedy wszystkich ruszyło. Najpierw chłopak w kurtce z logo Orlenu parsknął. Potem zaczęła się śmiać dziewczyna z kawą w papierowym kubku. choćby ta kobieta, która na mnie naskoczyła, pokręciła głową i prychnęła przez nos. Ktoś z tyłu rzucił:
— Serio, „zaraz wysiadam” to złota formuła. Zero obrażania, zero tłumaczenia.
Autobus podskoczył na torowisku. Złapałem się uchwytu i pomyślałem, iż to chore. Nie ustąpisz — cham. Ustąpisz — sugerujesz, iż ktoś ledwo zipie. Ciekawe, jak ustąpić, żeby nikt nie poczuł się urażony. Może faktycznie tylko to zdanie: „ja zaraz wysiadam i proszę zająć miejsce po mnie”. Kłamstwo, ale miłosierne.
AUTOBUS linii 80 w Bydgoszczy ma to do siebie, iż w piątek po szesnastej wszyscy wracają z galerii, z urzędu, z chemii. Ściśnięci jak śledzie. Wysiadłem na Kapuściskach i wtedy ta starsza kobieta w berecie wysiadła zaraz za mną. Przytrzymała mi drzwi, chociaż wcale nie musiała.
— Młody człowieku — powiedziała. — A pan tej kobiecie nie ustąpił za wygląd.
— Wiem — odparłem, chociaż nic nie wiedziałem.
— Ustąpił pan, bo zobaczył pan, iż ledwo stoi na nogach. Ludzie nie patrzą na nogi. Patrzą na to, co im się wydaje.
Nie wiedziałem, co odpowiedzieć. Stałem pod wiatą z rozkładem jazdy, a ona odeszła w stronę bloku z praniem na balkonie. Wtedy zrozumiałem jedno: iż można zrobić dokładnie to, co należy, i i tak przegrać. Został mi po tym niesmak jak po zimnej kawie — niby napiłeś się, a żołądek ciężki.
Przez tydzień myślałem o tej scenie. Serio. Fryzjerka, z którą rozmawiam, bo tniemy się od trzech lat, powiedziała mi przy myciu głowy:
— Może cię po prostu zawstydziła, bo miała gorszy dzień. Ustępujesz kobiecie z siatką z Biedronki, to jej przypominasz, iż wygląda na zmęczoną. A jak masz być miły, to bądź miły tak, żeby ona nie musiała tego komentować.
— To znaczy jak?
— Zadzwoń po taksówkę istotną miną, powiedz, iż ktoś cię śledzi, i uciekaj.
Roześmiałem się. Ale coś w tym było. Czasem jedyne, co możesz zrobić, to zniknąć, zanim druga strona postawi cię w sytuacji bez dobrego wyjścia.
Tydzień później wydawało się, iż to ten sam dzień: deszcz, tłok, zaparowane okna. Wracałem z pracy, w torbie miałem laptopa i dwa słoiki ogórków od matki. Nie pytajcie, skąd w piątek słoiki. Matka dzwoniła: weź, bo ci przywiozłam i stoję pod klatką. Wziąłem.
Na przystanku przy Fordońskiej wsiadła ta sama kobieta. Bez selera tym razem, ale z tą samą torbą. Oczy zmęczone, pod pachą mokra ulotka, buty przemoczone. Zobaczyła mnie pierwsza. I zanim zdążyłem wstać — a już się podnosiłem, bo co miałem zrobić, siedzieć z tymi słoikami — powiedziała:
— Pan znowu?
— Ja zaraz wysiadam — rzuciłem szybko, bo stare kobiety w beretach gdzieś mi to w głowie zapisały.
A ona wybuchła śmiechem. Tak szczerze, iż aż kaszlnęła i musiała oprzeć rękę o szybę.
— Siadaj pan — powiedziała. — Nie wysiadaj przeze mnie. Ma pan te słoiki, jeszcze się stłuką.
— Ogórki — wyjaśniłem, jakby to cokolwiek zmieniało.
— No to siadaj pan z ogórkami. A ja postoję. Dziś nogi mam od prania, nie od schodów. Ale dziękuję, iż pan pamiętał.
Usiadłem. Postawiłem torbę na kolanach. Kobieta stała obok, a między nami zrobiło się jakoś normalnie. Nie tak jak za pierwszym razem. Zaczęliśmy rozmawiać. Nazywała się Grażyna, pracowała na pół etatu w sortowni na Glinkach i dorabiała roznoszeniem ulotek. Bo co z tego, iż mąż zarabia w fabryce mebli, skoro czynsz za mieszkanie na Wyżynach zjadł im pół wypłaty, a syn poszedł na studia do Poznania i co miesiąc prosi o doładowanie telefonu.
— A pan? — zapytała.
— Serwis klimatyzacji. Michał.
— No, Michał, to niech pan nie robi scen w autobusach, bo nerwy nie te.
Rozmawialiśmy jeszcze z dziesięć minut. O tym, iż na Bartodziejach kiedyś jeździł trolejbus, iż rogale świętomarcińskie to nie to samo co zwykłe rogale, iż w sobotę na targu przy Broniewskiego tanio kupi się jabłka na szarlotkę. Kobieta zwykła, uczciwa, żadna zołza. Po prostu tamtego pierwszego dnia pękła, bo była zmęczona, a moja uprzejmość trafiła w najczulszy punkt: w kobiecą dumę, która nie chce, by ktoś w autobusie liczył jej zmarszczki.
Grażyna wysiadła na Bartodziejach, a ja zauważyłem, iż zostawiła na siedzeniu mały, brązowy portfel. W środku: dowód, karta do bankomatu, zdrapka za cztery złote i dokładnie 47 złotych 60 groszy. Bez adresu. Tylko zdjęcie legitymacyjne sprzed lat, na którym miała sto mniej zmartwień.
Następnego dnia pojechałem pod adres z dowodu. Bo tak trzeba. Oddać to, co nie twoje.
DOM na Dąbrowskiego, trzecie piętro, klatka z szarą farbą łuszczącą się przy futrynie. Dzwonię do Grażyny. Otwiera mężczyzna w podkoszulku i klapkach, z papierosem w kąciku ust. Za nim w przedpokoju stoją kartony, jakby ktoś się pakował.
— Pan do kogo? — pyta.
— Do pani Grażyny. Znalazłem portfel. W autobusie.
Mężczyzna wyjmuje papierosa, zgniata go palcami, wrzuca do kieszeni.
— Grażyna w pracy. Co pan taki uczciwy?
— A co, miałem wyrzucić do Wisły?
Nie uśmiechnął się. Popatrzył na mnie ciężko, jakby mu ta moja uczciwość bruździła. I zrozumiałem: to nie jest mąż, który się cieszy, iż żonie oddadzą dowód. To jest mąż, który liczy każdy grosz i dla którego 47,60 to jednak suma. Zwłaszcza gdy w kartonach stoi toster, czajnik i opakowane w gazety szklanki, bo widać — przeprowadzka albo gorzej.
— Nie ma jej w domu — powtórzył.
— To ja przyjdę wieczorem.
— Niech pan lepiej nie przychodzi. Ja przekażę.
— Nie. — Pokręciłem głową. — Chcę oddać do ręki.
Wtedy usłyszałem coś, co kazało mi zostać na tej klatce dłużej, niż wypada. Z pokoju, zza uchylonych drzwi, dobiegł kobiecy głos. Znałem go. To była Grażyna. Tyle iż nie w pracy. Siedziała w pokoju i mówiła do kogoś przez telefon:
— Tak, jutro podpisuję. Do piętnastej muszę zwrócić klucz… Nie wiem, co z nim będzie. Od czterech lat pijemy z Romkiem kawę przy jednym stole, jakby nic. Ale powiedział, iż jak nie odejdę, to mnie z tego mostu zrzuci.
Zastygłem z ręką na framudze. Mężczyzna popchnął drzwi, żeby je zamknąć, ale zdążyłem zobaczyć przez szparę: siedziała przy kuchennym stole, przed nią telefon komórkowy, koło niej ich czarny, stary jamnik. Pies patrzył na mnie tymi ślepiami, jakby dokładnie wiedział, iż ja wiem.
— Idzie pan, czy mam wezwać policję? — zapytał mężczyzna.
— Weź pan wezwij — powiedziałem, wyciągając telefon. — Bo pan żonie mostem groził. To i policja się przyda.
Zrobił krok w moją stronę, tak blisko, iż poczułem dym z jego papierosa na kurtce. Był o głowę wyższy, ramiona miał jak od noszenia mebli w fabryce, a ja stałem z telefonem w ręce i palcem na ekranie, gotowy wybrać numer. Chwycił mnie za rękaw.
— Wypad stąd.
Nie puściłem telefonu. Powiedziałem tylko, patrząc mu prosto w oczy:
— Pan ją zrzuci z mostu, a ja to nagram i zaniosę na komisariat na Wojska Polskiego. Wybór należy do pana.
Trzymał mój rękaw jeszcze sekundę, dwie. Potem palce mu zwiotczały, jakby nagle zabrakło w nich siły, i cofnął rękę. Otarł usta wierzchem dłoni, spojrzał w stronę kuchni, gdzie było cicho.
Grażyna wyszła z kuchni, zobaczyła mnie i najpierw pobladła. Potem mężczyzna rzucił w nią ręcznikiem.
— To ten twój gach?
— Co? — powiedziała.
— Ja znalazłem pani portfel — wyjaśniłem, kładąc go na wąskiej półce obok różowej skarbonki z napisem „na wczasy”. — A przy okazji usłyszałem, co pani mówi przez telefon. I nigdzie stąd nie pójdę, dopóki nie powiem pani jednego.
Mężczyzna roześmiał się sucho. Każdy tak potrafi, gdy czuje, iż coś mu się sypie z rąk.
— Co ty, kurwa, powiesz? — syknął, ale już bez tamtego kroku naprzód, już z rękami wciśniętymi w kieszenie dresu.
Spojrzałem na Grażynę. Trzymała ten ręcznik w palcach i wykręcała go tak, jakby ktoś wkręcał śrubę prosto w jej nadgarstek.
— Pani Grażyno — powiedziałem. — Wiem, jak panią potraktowałem w autobusie. Jakby pani była stara, zmęczona, kiepska. Ale to nie znaczy, iż ma pani dawać sobie wmówić, iż jest słaba. Niech pani podpisze papiery, niech pani rzuci te kartony za siebie. I niech pani weźmie tego psa.
Grażyna podeszła do mnie, wzięła portfel, otworzyła go i wyjęła zdrapkę za cztery złote.
— Zawsze o nią chodziło? — zapytała.
— Nie. O dowód.
Rzuciła zdrapkę na podłogę, tuż przy stopie męża, obutej w klapek, i powiedziała:
— Wychodzę. A ty, Romek, oddaj klucz do piętnastej. Ale najpierw policz psu mokrą karmę, bo jutro rano jedzie ze mną do Poznania.
Mężczyzna chciał coś powiedzieć, ale Grażyna już otwierała szafę w przedpokoju, już wrzucała do torby papiery z dowodem, smycz, teczkę z niebieskiej folii. Nie płakała. Ja też nie. Za to jamnik się ożywił, jakby usłyszał słowo „karma”, i zaczął kręcić ogonem tak mocno, iż ogon walił w szafkę jak bęben.
Na dole, przy klatce, podała mi rękę. Miała zimne palce, ale uścisk mocny jak u magazyniera.
— Panie Michale — powiedziała. — A to „ja zaraz wysiadam” to dobre było.
— Stare kobiety w berecie tak radzą.
— To pozdrów pan te stare kobiety.
Wyciągnęła z torby skarbonkę z napisem „na wczasy”, wyjęła z niej dziesięć złotych, wcisnęła mi je w dłoń.
— Za gaz. Bo znalazł pan portfel i nie będzie pan biedniejszy przez cudzą rodzinę.
Nie zdążyłem odmówić. Wsiadła do taksówki, która właśnie podjechała, bo okazało się, iż Grażyna wezwała ją piętnaście minut wcześniej. Stałem na chodniku z dziesięcioma złotymi w garści i patrzyłem, jak samochód skręca w stronę ronda Toruńskiego.
Wieczorem dostałem SMS z obcego numeru:
„Jamnik po karmie. Ja po walizki. Niech pan już nikomu nie ustępuje miejsca, bo przy panu ludziom odbija.”
Odpisałem:
„Następnym razem mówię: zaraz wysiadam.”
A ona:
„A ja: bardzo proszę, ja też.”
Schowałem telefon do kieszeni, obok tej dziesiątki, która wciąż tam leżała, bo nie miałem gdzie jej wydać. Zza okna dobiegał szum przejeżdżającego autobusu — pewnie ta sama osiemdziesiątka, tyle iż teraz pusta, bez żadnej kobiety z selerem, bez portfela na siedzeniu, bez powodu, żeby ktokolwiek komuś ustępował miejsca.











