Zegar z kukułką w Łomży

polregion.pl 1 tydzień temu

Wszystko zaczęło się od tego, iż zabrakło mi pięciuset złotych na czynsz. Nie zabrakło w portfelu — zabrakło na koncie, z którego od piętnastu lat schodziła co miesiąc ta sama kwota. Patrzyłem na ekran telefonu w kuchni, a woda na herbatę zdążyła wystygnąć. Obok stała nieumyta patelnia po jajecznicy i leżało pismo z administracji, iż od stycznia opłaty idą w górę o osiemnaście procent.

Teściowa mieszka dziewięćset metrów ode mnie. Osiem minut pieszo, przez skrzyżowanie koło Biedronki i wzdłuż blaszanego parkanu, na którym od wiosny wisi czyjaś zielona rękawica ogrodowa. Chodzę tam w każdą niedzielę od jedenastu lat, odkąd umarła moja żona. Niosę to, co akurat mam: słoik ogórków od matki, ciasto z osiedlowej piekarni, czasem tylko mandarynki. Siadam przy stole, który stoi tam, gdzie stał, zanim się urodziłem, i słucham.

Ona zawsze mówi tak, jakby kontynuowała rozmowę, którą ktoś inny przerwał przed chwilą. Nie pozdrawia, nie pyta, jak dojechałem. Zaczyna od środka zdania. Tym razem — od zegara.

— Ten zegar z kukułką — powiedziała, wskazując łyżeczką ścianę za moimi plecami. — To jedyna rzecz po ojcu, która ma jakąś wartość. Dwa tysiące w antykwariacie na Starym Rynku. Chcę, żebyś go wziął.

Nie patrzyłem na zegar. Patrzyłem na łyżeczkę: była ze starej plaży w Jastrzębiej Górze, z błękitnego kompletu, z którego została już chyba tylko ona. Moja żona piła z takiego samego zestawu kakao, kiedy była mała.

— Po co mi zegar — powiedziałem.

— Żeby nie stał tutaj. Przeszkadza mi. Tik, tak, tik, tak. Nie mogę spać.

Zegar z kukułką nie chodził od czterech lat. Stanął po pogrzebie i już nikt go nie nakręcał.

Nie powiedziałem tego. Powiedziałem, iż nie mam ściany, na której mógłbym go powiesić, bo w kawalerce wszystkie zajęte. Teściowa odstawiła szklankę z herbatą na obrus i wtedy zobaczyłem, iż obrus jest ten sam, w czerwone grzyby, co zawsze. Tylko bardziej wytarty na rogu, tam, gdzie ona codziennie kładzie łokieć przy czytaniu gazety.

— To może jednak masz ścianę — powiedziała cicho. — Jak się urządzisz.

Nie rozumiałem przez dobrą chwilę. Myślałem o łazience, w której od tygodnia kapie kran, i o tym, iż nie zdążyłem wezwać hydraulika. A ona tymczasem wyciągnęła spod talerzyka z ciastem kopertę.

Zaklejoną, bez znaczka.

— Twój szwagier był w notariacie — oznajmiła. — Okazuje się, iż to mieszkanie może przepisać na mnie. Że to możliwe. Że po córce… po niej… iż tobie wcale nie należy się tak dużo, jak myślałeś.

Szwagier. To on musiał ją do tego podpuścić. Zięć idealny, ten od niedzielnych obiadów u siebie, od Mercedesów, od działki nad Narwią. Nie znosiłem go od dnia, kiedy na stypę przyszedł w rozpinanym swetrze i z telefonem przy uchu. Ale to nie z nim siedziałem przy tym stole. To nie jemu mówiłem, ile dokładnie dni minęło, odkąd szafa w sypialni pachnie już tylko naftaliną.

— Nie możesz mi tego zrobić — powiedziałem i sam usłyszałem, iż mój głos brzmi jak z cudzej garderoby: o rozmiar za ciasny.

Teściowa rozprostowała kopertę palcami. Na obrusie został mokry ślad po szklance, dokładnie w kształcie zielonej grzyby.

— Ja ci nic nie robię — odparła. — Ja ci uświadamiam. Mieszkanie nie jest twoje. Było jej. A jej nie ma. I ja mam do niego prawo. Do całości.

Pięćset złotych. Tyle, ile brakowało mi rano, to była jedna czwarta czynszu za mieszkanie, w którym mieszkałem po tym, jak oddałem teściowej jej część po śmierci żony. Miałem trzydzieści siedem lat, pracowałem w hurtowni materiałów budowlanych na Magazynowej i co miesiąc przelewałem teściowej tysiąc dwieście złotych „za córkę”, jak mówiła. Miałem też trzynaście tysięcy długu po remoncie łazienki, który zaczęliśmy jeszcze razem.

— Proszę, nie rób tego przy nim — powiedziałem, chociaż szwagra nie było w pokoju. Był w tym mieszkaniu zawsze, choćby kiedy go w nim nie było.

Nie podniosłem głosu. Zdjąłem kubek z haka pod szafką i nalałem sobie wody z kranu, bo zaschło mi w ustach. Pamiętam, iż woda miała smak starej rury i iż nie umyłem szklanki, zanim nalałem.

Koperta pozostała na stole. Teściowa wstała, podeszła do okna i poprawiła firankę, chociaż wisiała idealnie prosto.

— Wiesz, ile lat nie byłam na cmentarzu z tobą w Zaduszki? — zapytała. — Nie pytaj, czy wolno mi mówić o prawach. Ty pytaj, co ty zrobiłeś z tym wszystkim oprócz tej swojej żałoby.

Wyszedłem po dwudziestu minutach. Kukułka za moimi plecami milczała, ale do dziś pamiętam, jak w tym mieszkaniu ktoś jeszcze czekał, aż się odezwie.

Na klatce pachniało kiszoną kapustą. Sąsiadka z naprzeciwka, pani Alina, wystawiła rower dziecięcy za drzwi i tamten rower stał tam chyba od wiosny, z przebitą oponą. W sieni było ciemno, bo żarówka na drugim piętrze migała już od Wielkanocy, a nikt nie zadzwonił do spółdzielni. Zszedłem po schodach, licząc stopnie po to tylko, żeby nie myśleć o kopercie.

Mój telefon zadzwonił, zanim doszedłem do furtki. Szwagier.

— Przyjmij to spokojnie — powiedział, jakby obwieszczał nowinę sportową. — To nie jest wojna. Po prostu mama chce to poukładać do końca. Lepiej dla ciebie będzie, jeżeli pójdziesz na ugodę. Co ty w ogóle masz poza tym miejscem?

Nie odpowiedziałem. Zakończyłem połączenie klawiszem, którego obudowa odklejała się od pół roku.

I wtedy, na rogu Biedronki i przystanku, pierwszy raz nie poszedłem w lewo, do siebie. Poszedłem prosto, wzdłuż parkanu z rękawicą, w stronę sklepów na Starym Rynku. Deszcz zaczął padać jakoś bez przekonania, drobny, taki, co nie wie, czy mokry, czy nie. Wszedłem do antykwariatu.

Za ladą siedział chłopak w powyciąganym swetrze i oglądał coś na laptopie. Kiedy zapytałem o zegary, uniósł brew, jakbym go obudził.

— Z kukułką? — upewnił się. — Jakie?

— Czarne, sosnowe, z ciężarkami — powiedziałem. — Z okolic Białegostoku. Z lat sześćdziesiątych może.

— Takiego nie mam. Ale mogę podać kontakt do kolegi z Białegostoku, on się zna. Tylko ceny u niego jak u jubilera. Po co panu?

Nie wiedziałem, jak to powiedzieć. Że ten zegar jeszcze przed chwilą wisiał w mieszkaniu, które pół dnia temu było moje, a teraz było znowu czyjeś. Że zepsuł się tego samego dnia, kiedy ostatni raz słyszałem ją w kuchni. Że chcę go nakręcić.

Wyszedłem bez odpowiedzi. Deszcz przestał padać, zostawił tylko zapach mokrego asfaltu i taką czerń na niebie, jakiej nie ma latem, tylko w listopadzie, między Wszystkimi Świętymi a Świętem Niepodległości.

Minęły dwa tygodnie.

Pozew przyszedł listem poleconym do skrzynki, do której od lat nie wkładano nic prócz rachunków i ulotek pizzerii. Otworzyłem go w windzie, przy migającym świetle, i przeczytałem tylko początek: „Powódka wnosi o stwierdzenie, iż wchodzi w skład spadku po…” — dalej nie czytałem, bo winda stanęła, a za drzwiami stała sąsiadka z psem. Pies obwąchał mi nogawkę, jakby na niej został zapach tamtego mieszkania.

Szwagier przez te dwa tygodnie napisał do mnie sześć wiadomości. Wszystkie zaczynały się jak ogłoszenia parafialne: „Mama uważa”, „Mama sugeruje”, „Mama jest gotowa”. Nie odpowiedziałem na żadną.

Mój adwokat kosztował trzy i pół tysiąca za samo wejście w sprawę. Pieniądze pożyczyłem od kumpla z hurtowni, tego, który w magazynie zawsze chodzi w rękawicach bez palców, choćby latem. Oddałem mu po dziesięciu dniach, bo okazało się, iż do sprawy w ogóle nie warto wchodzić głębiej, skoro nie mam dowodów, iż to ja opłacałem ten czynsz, iż to ja zrobiłem remont, iż to ja trzymałem tam jej szczoteczkę do zębów przez cztery miesiące po pogrzebie, zanim zdjąłem ją z kubka.

Teściowa miała testament. adekwatnie to nie miała — miała projekt testamentu, niepodpisany, w teczce z napisem „Maszynopis”. Ale szwagier miał notariusza, a notariusz, jak mi powiedział adwokat, widział już niejedną niepodpisaną kartkę, która w sądzie zyskiwała moc dokumentu, jeżeli córka zmarła nagle i nie było czasu dopełnić formalności.

— Nagła śmierć — powtórzył mój adwokat, patrząc na mnie znad okularów tak, jakby to słowo kosztowało go dodatkowe dwieście złotych. — W tym sęk. Nagła śmierć to zawsze kredyt zaufania u sędziego. Pan tu jest przybysz. Oni są rodziną.

Nie jestem przybyszem, chciałem powiedzieć. Jedenaście lat w tym mieście, osiem z nią, cztery po jej śmierci sam.

Sędzina była drobna, miała krótkie siwe włosy i długie kolczyki, które przy każdym ruchu głowy dzwoniły jak monety. Teściowa siedziała po lewej, szwagier tuż za nią, z teczką, z której nie wyjął nic przez całą sprawę. Mnie reprezentował adwokat, ale z każdą minutą czułem się bardziej jak rekwizyt, jak człowiek, który wszedł do teatru w trakcie drugiego aktu.

— Pan nie kwestionuje, iż mieszkanie należało do zmarłej żony? — zapytała sędzina.

Szwagier zrobił notatkę, chociaż nie miał po co.

— Wnoszę o zawarcie ugody — powiedział jego prawnik. — Rodzina jest gotowa zaproponować panu rekompensatę.

— Jaką rekompensatę? — usłyszałem własny głos.

Prawnik spojrzał w papiery.

— Dwadzieścia tysięcy złotych tytułem zwrotu nakładów na remont. Nadto: prawo do zabrania z mieszkania rzeczy, które pan wnosił, w terminie trzydziestu dni.

„Rzeczy, które pan wnosił.” Zabrzmiało to tak, jakbym raz przyjechał z walizką na weekend.

— Nie wchodzę w to — powiedziałem.

Sędzina uniosła jedną brew. Kolczyki zadzwoniły.

— Panie Kowalski — powiedziała — w pana własnym interesie warto rozważyć. Proszę pomyśleć, zanim zrezygnuje pan z tego, co już jest na stole.

Na stole. Obrus w grzyby. Pamiętałem dokładnie, jak pachnie parafina ze świecy, którą teściowa zapala w każde Boże Narodzenie. Pamiętałem, jak moja żona zdejmuje buty w przedpokoju, podpierając się o starą szafę na buciki, i jak raz spadła z haka ta mała łyżeczka do obuwia.

— Nie wchodzę w to — powtórzyłem.

Rozprawa trwała do trzynastej dwadzieścia. W przerwie szwagier podszedł do mnie przy automacie z kawą, wsadził dwie monety, podał mi papierowy kubek.

— Weź to — powiedział. — Musisz coś wypić. — A potem, zupełnie innym tonem, jakby zwracał się do kogoś w słuchawce: — Ona ma siedemdziesiąt cztery lata. Ty masz czas, ona nie. Pomyśl w kategoriach ludzkich.

Wziąłem kawę, bo nie miałem siły odmówić. Wylałem ją do kosza, zanim wystygła.

Wyrok zapadł po miesiącu. Mieszkanie należało się teściowej. Mnie zasądzono osiemnaście tysięcy złotych tytułem zwrotu „udokumentowanych nakładów” i wyznaczono termin eksmisji do końca lutego.

Skończyło się trzydziestego stycznia, w czwartek, w dzień targowy. Spakowałem wszystko do ośmiu kartonów po bananach, które wziąłem z warzywniaka. Osiem kartonów, jedenaście lat. Kołdra, patelnia, jej kubek, mój żel do golenia, książki, jej szczotka, której nigdy nie wyrzuciłem, a która wciąż miała trzy włosy, wkręcone w plastik, i płyta z nagraniem deszczu, którą włączała, gdy nie mogła spać.

Najtrudniej było zdjąć firankę. Nie dlatego, iż była brudna, tylko dlatego, iż zawiesiła ją w Wielkanoc, w tym samym tygodniu, w którym się rozchorowała. Stałem na taborecie i majtałem się z tymi żabkami, a zza okna dochodziło bicie dzwonów z kościoła na Bronowicach.

Do teściowej zszedłem po schodach, bo winda znowu jeździła jak chciała. Stała w drzwiach już ubrana, w płaszczu, jakby wybierała się na spacer.

— Zostawiłem klucze na parapecie — powiedziałem.

— A nie chcesz nic… — zaczęła.

— Nie — przerwałem. — Chcę ten zegar.

Patrzyła na mnie dłuższą chwilę. Wreszcie cofnęła się w głąb przedpokoju, wsunęła stopy w kapcie i podeszła do ściany. Zdjęła kukułkę z haczyka. Podała mi ją oburącz, jakby to była świeża pisanka, nie stare, pęknięte na narożniku drewno.

— Wisiał tu od dnia, kiedy zmarł ojciec — powiedziała. — Wiesz, iż on go kupił w 1964 roku? Na jarmarku. Dał za niego równowartość czterech worków ziemniaków.

Wziąłem zegar i zaniosłem do samochodu. Położyłem go na tylnym siedzeniu, między kartonami a starym kocem, i dopiero kiedy ruszyłem z piskiem opon na łuku, zrozumiałem jedną rzecz: ten zegar to nie była jej pamiątka. To była moja. To był jedyny dowód na to, iż w tym domu istniała jeszcze jedna osoba, o której wszyscy zdążyli zapomnieć.

Byłem mniej więcej na wysokości Lublina, gdy zadzwonił telefon. Szwagier.

— Słuchaj — powiedział. — Jesteś już po eksmisji, tak? To dobrze. Mama mówi, iż możesz przyjść w sobotę, jak wywiozą resztę. Zebrali tam po tobie jakieś głupoty. Ładowarka, sznurówki. Mówi, iż też ta twoja kawa z orzeszkami została w lodówce.

Nie mówiłem nic. Siedziałem w aucie z komórką w dłoni i patrzyłem na zegar na tylnym siedzeniu, na kukułkę, która milczała.

— Jesteś tam? — zapytał.

— Słucham cię — powiedziałem.

— No właśnie. To przyjedziesz czy nie?

— Nie — odparłem. — Nie przyjadę. Zabrałem, co moje. Reszta jest wasza, i to mieszkanie też jest wasze. Skończyliśmy.

— Co? — nie zrozumiał, ale ja już nie słuchałem.

Rozłączyłem się.

Zjechałem na stację benzynową i kupiłem czekoladę na wagę, bo od rana nie jadłem nic poza ciasteczkiem z automatu w sądzie, i usiadłem na ławce, która stała tuż przy wjeździe, tak iż mogłem patrzeć na samochód. Telefon leżał na sąsiednim siedzeniu, wciąż ciepły.

Nie zadzwoniłem już do nikogo. Rozłamałem czekoladę na kawałki, jeden po drugim, i jadłem, patrząc na zegar przez szybę auta. Myślałem o tym, iż przez jedenaście lat wchodziłem do tamtego mieszkania jak do swojego domu, a wychodziłem z niego z ośmioma kartonami i starym zegarem, który choćby nie chodzi. Myślałem też, iż to i tak więcej, niż miałem po ślubie, kiedy przyszedłem tam z jedną walizką.

Do Gdańska jechałem jeszcze pięć godzin. Zegar podskakiwał na tylnym siedzeniu przy każdym wyboju, a ja co jakiś czas zerkałem w tylne lusterko, jakby się bałem, iż kukułka wyskoczy sama, bez mojej zgody.

Mieszkanie w Gdańsku wynająłem od kolegi z pracy, dwa pokoje na Przymorzu, blisko morza tak, iż w wietrzne dni czuć sól choćby przez zamknięte okno. Zegar zawiozłem najpierw do zegarmistrza na Wrzeszczu, starszego pana, który obejrzał mechanizm przez lupę i powiedział, iż brakuje jednej sprężynki, ale poza tym „drewno zdrowe, konstrukcja solidna, taki zegar może chodzić jeszcze pięćdziesiąt lat”. Zapłaciłem sto dwadzieścia złotych i czekałem dziesięć dni.

Kiedy przyniosłem go do domu i zawiesiłem na ścianie w nowym salonie, długo stałem z ręką na ciężarkach, zanim je pociągnąłem. Bałem się, iż mechanizm zgrzytnie i zamilknie na dobre. Ale kukułka wyszła z okienka punktualnie, zakukała pięć razy, bo była piąta, i wróciła do siebie.

Nie napisałem więcej do szwagra. Nie odpisałem na życzenia świąteczne, które przyszły w grudniu od teściowej, jedna linijka bez podpisu. Zamiast tego w Wigilię zadzwoniłem do siostrzeńca, tego, który miał jedenaście lat i raz przyniósł mojej żonie bukiet skręconych traw z ogrodu. Miał już szesnaście, głos mu się zmienił, ale pamiętał mnie od razu.

— Ten zegar chodzi? — zapytał, bo pamiętał, iż kiedyś stał martwy w przedpokoju babci.

— Chodzi — powiedziałem. — Przyjedź kiedyś, sam usłyszysz.

Zegar do dziś wisi u mnie w Gdańsku. Kukułka wychyla się co pół godziny, a ja za każdym razem, gdy ją słyszę, wiem, iż to nie jest pamiątka po teściowej ani po jej ojcu. To jest to, co zostało po mnie samym z tamtych jedenastu lat — jedyna rzecz, którą zdążyłem wynieść, zanim drzwi zamknęły się na dobre.

Idź do oryginalnego materiału