Zegar u notariusza pokazywał 17:41, a ja trzeci raz sprawdzałam tę samą pieczątkę, bo klientka wciąż nie podpisywała dokumentu. Pani Irena patrzyła przez okno na Mokotów jakby liczyła samochody na Puławskiej. Siedziała naprzeciwko mnie, miała ciemny płaszcz, włosy związane w ciasny kok i na policzku ślad, którego nie przykrył puder. W sali obok jej mąż rozmawiał głośno przez telefon o jakiejś spółce i o tym, iż „dwa lata przygotowań”. Wróciłam do dokumentów, bo to była moja robota: sprawdzić podpisy, zgody, załączniki. I wtedy ona powiedziała coś, czego nie powinnam była słyszeć, bo powiedziała to ciszej, niż powinna.

twojacena.pl 2 dni temu

— Obywatele, których pan reprezentuje, kupili tę spółkę trzy lata temu — mówiła do słuchawki, ale tak, jakby w ogóle nie dzwoniła, tylko podsumowywała rachunek. — A mój ojciec siedzi w radzie. Pozdrów go, jak będziesz w Lucernie.

Położyła komórkę na biurku ekranem do dołu. Dopiero wtedy sięgnęła po długopis.

Pracuję w kancelarii notarialnej na warszawskim Żoliborzu od dwunastu lat, prowadzę księgi, segregatory, repertorium A. Widziałam różne rzeczy: testamenty, darowizny, pełnomocnictwa, sterty ludzi, którzy wchodzą do tego pokoju i podpisują coś, czego za dziesięć lat nie będą pamiętać. Ale tę kobietę zapamiętałam, bo podpisała akt, jakby zamykała książkę, którą ktoś inny czytał na głos. Żadnych łez, żadnych przerw na chusteczki. Tylko sprawdziła datę, przyłożyła parafkę przy każdym punkcie i złożyła podpis tak czysto, iż aż miło było patrzeć.

Mąż, Álvaro, stał pod oknem, bębnił palcami w parapet i mówił, iż liczy się tempo, bo w środę inwestorzy ze Zurychu mają podpisać wejście do zarządu spółki Vértice Cargo. Obok niego kręciła się jego asystentka, kobieta w jasnym kostiumie, z teczką pod pachą. Chwilę wcześniej w sekretariacie zapytała, czy papiery są „na pewno niepodważalne”, a nasza aplikantka aż się roześmiała, bo myślała, iż to żart.

Po podpisach Álvaro podszedł do biurka i rozłożył oddzielną kartkę. Wyglądała jak zaproszenie, ale to był aneks: zrzeczenie się roszczeń do mieszkania, do udziałów, do rachunków, do wszystkiego, co można wpisać w punktory. Pani Irena przeczytała to raz, drugi raz i trzeci. Ja w tym czasie sprawdzałam jej dowód osobisty, bo wpisywałam dane do protokołu. Powiedziała: „Proszę o żelazną pieczątkę.” Nasza pieczęć jest metalowa, jeszcze z czasów, kiedy kancelarię zakładał mecenas Krajewski, i robi taki głęboki tłok, iż widać go choćby przez dwie kartki. Odbiła na każdym egzemplarzu.

— I co teraz? — zapytał Álvaro, chowając swoją kopię do skórzanej teczki. — Do widzenia? Autobusem? Bo chyba nie chcesz, żebym ci oddał auto.

Pani Irena nie odpowiedziała od razu. Wstała, zapięła płaszcz pod szyją i wyjęła z torebki dyktafon wielkości pudełka zapałek. Postawiła go na biurku, dokładnie między nami, i nacisnęła play.

Popłynął głos Álvara, nagrany najwyraźniej dzień wcześniej, mówiący komuś, iż „konto premiowe dla szwagra trzeba domknąć, zanim wejdzie audyt”, iż „siedem zobowiązań się nie pokazuje inwestorowi, bo wtedy wycena spada o jedną trzecią”. Nagranie trwało niecałe dwadzieścia sekund. Álvaro sięgnął ręką, żeby je wyłączyć, ale pani Irena przycisnęła dyktafon dłonią do blatu.

— To był twój szwagier, który ci to powtórzył słowo w słowo, żebyś sprawdził, czy dobrze pamięta tekst na jutrzejsze spotkanie z Zurychem — powiedziała spokojnym, urzędowym tonem, jakby czytała punkt aktu. — Nie wiedział, iż akurat wtedy rozmawiał ze mną przez głośnik w twoim aucie, bo telefon leżał na desce rozdzielczej, a ja siedziałam z tyłu i niby spałam.

Álvaro nic nie powiedział. Patrzył na dyktafon jak na coś, co samo urosło na biurku.

— Mój ojciec zna tego inwestora ze Zurychu od piętnastu lat, dłużej niż ja znam ciebie — mówiła dalej, zdejmując rękę z dyktafonu i chowając go z powrotem do torebki, powoli, jakby nic się nie stało. — Wystarczy mu jeden telefon w środę rano, żeby zapytał, dlaczego wycena nie uwzględnia tych siedmiu zobowiązań. Nie musi choćby mówić, skąd wie. Fundusz sam się wycofa, bo nie lubi niespodzianek.

Asystentka w jasnym kostiumie postawiła teczkę na krześle i odsunęła się o krok, jakby nagle przestała mieć z tym cokolwiek wspólnego. Álvaro spojrzał na nią, potem na aneks, który przed chwilą podpisał, i zrozumiał, iż nagranie to jedno, ale prawdziwym problemem jest to, iż transakcja w środę już nie dojdzie do skutku, bo ktoś, kto ma prawo zadać jedno pytanie, je zada.

— To czego ty adekwatnie chcesz — zapytał w końcu, cicho, bez tej pewności, z jaką mówił jeszcze piętnaście minut wcześniej.

— Żebyś przestał udawać, iż to ja tu czegoś nie rozumiem — odpowiedziała pani Irena. Wzięła z biurka egzemplarz aneksu z żelazną pieczęcią, złożyła go na pół i włożyła do torebki. — Resztę załatwi mój pełnomocnik. Ty w środę będziesz miał inne zmartwienia.

Wyszła głównym wejściem, nie oglądając się na asystentkę, która wciąż stała przy krześle z teczką, jakby nie wiedziała, czy jeszcze jest komuś potrzebna. Na parapecie została niedopita herbata w papierowym kubku z logo kancelarii. Wróciłam po niego dopiero po osiemnastej, ale pani Ireny już nie było.

Kilka tygodni później do kancelarii przyszedł mężczyzna z brodą, w marynarce z rozcięciem przy kieszeni. Przedstawił się jako pełnomocnik pani Ireny w sprawie spółki Vértice Cargo. Przyniósł wypis z Krajowego Rejestru Sądowego, z którego wynikało, iż zmieniono zarząd, a Álvaro został z niego odwołany uchwałą wspólników. Poprosił o odpis naszego aktu notarialnego, bo był potrzebny do sprawy o wykluczenie wspólnika.

Zapytałam, co się stało z inwestorem ze Zurychu. Powiedział, iż fundusz wycofał się w środę, dokładnie tak, jak zapowiedziała pani Irena, i iż zrobił to bez podania przyczyny, jednym pismem podpisanym przez prezesa. Wtedy właśnie Álvaro, zamiast czekać spokojnie na dalszy bieg sprawy, sam przyniósł do naszej kancelarii kopię załącznika do umowy inwestycyjnej z numerem konta premiowego i siedmioma parafkami szwagra przy każdej pozycji zobowiązań. Chciał, żebyśmy dołączyli to do akt jako dowód, iż pani Irena o wszystkim wiedziała wcześniej i działała w złej wierze, podpisując aneks. Nie zauważył, albo nie chciał zauważyć, iż tym samym dostarczał jedyny pisemny dowód na to, co dotąd istniało tylko jako nagranie z auta — iż zobowiązania rzeczywiście ukryto przed inwestorem, i iż robił to świadomie, z podpisem szwagra na każdej stronie. Mecenas Krajewski przyjął dokument, opieczętował, wpisał do repertorium i doradził Álvarowi, żeby zanim złoży kolejny wniosek, skonsultował się z adwokatem. Álvaro wyszedł bez słowa.

Pełnomocnik pokazał mi jeszcze jedno pismo: sąd rejestrowy zabezpieczył udziały Álvara w spółce do czasu rozstrzygnięcia sprawy o wykluczenie. Asystentka w jasnym kostiumie, jak się dowiedziałam, złożyła zeznania jako świadek po stronie pani Ireny — powiedziała, iż to ona na polecenie Álvara prowadziła tabelę z kontem premiowym, i iż robiła to, bo bała się stracić pracę, jeżeli odmówi.

Dom w Konstancinie, o którym mówiono w kancelarii, rzeczywiście istnieje — widziałam akt notarialny jego zakupu, bo trafił do nas rok później, kiedy pani Irena kupowała go za gotówkę, bez kredytu. Podpisała ten dokument równie spokojnie jak tamten pierwszy, sprawdziła datę, przyłożyła parafki, poprosiła o żelazną pieczątkę.

Od tamtej pory herbata w papierowym kubku nie stoi u nas na parapecie dłużej niż godzinę. A ja zawsze po podpisaniu sprawdzam, czy klient ma swój długopis. Bo niektórzy podpisują cudzym, a potem mówią, iż to nie oni. Tyle mi z tamtego wieczoru zostało.

Idź do oryginalnego materiału