Robert latał dla LOT-u od trzynastu lat. Ignaś, nasz siedmiolatek, nigdy nie siedział w samolocie, którym dowodził jego ojciec. W domu mówił o tym codziennie przy śniadaniu.
— A tata leci dziś dużym?
— A pasażerowie wiedzą, iż to mój tata?
— A dzieci mogą zobaczyć, gdzie siedzą piloci?
Dlatego kiedy Robert wspomniał, iż w sobotę ma krótki rejs do Warszawy i wróci przed kolacją, od razu wiedziałam, co zrobimy. Polecimy z Ignasiem. Usiądziemy z tyłu. Niczego nie powiemy. A po lądowaniu zrobimy mu niespodziankę przy wyjściu z kokpitu.
Ignaś wszedł w rolę agenta szybciej, niż zdążyłam schować bilety do torebki. Spakował słuchawki, dwa opakowania żelków i plastikowy model embraera, który dostał od dziadka. Rysunek wsunął jako ostatni. Widziałam, jak go składa — trzy razy na pół, żeby się zmieścił w bocznej kieszeni. „NAJLEPSZY PILOT ŚWIATA” — napisał drukowanymi, krzywymi literami. Obok stał Robert w mundurze, z czarną walizką na kółkach.
Rano omal nie wpadliśmy jeszcze przed kontrolą bezpieczeństwa. Szliśmy w stronę bramek, kiedy Ignaś pociągnął mnie za rękaw.
— Mama.
Robert szedł przez terminal, jakieś dziesięć metrów od nas. Mundur, neseser w ręce, słuchawka na uchu. Serce podeszło mi do gardła. Wciągnęłam Ignasia do kiosku z prasą i schowaliśmy się za stojakiem z mapami drogowymi. Ja udawałam, iż czytam ceny zapalniczek, Ignaś dusił się ze śmiechu.
— To jest jak w filmie — wyszeptał.
— Za bardzo to przeżywasz — odszepnęłam.
Zanim weszliśmy na pokład, trzymałam go za rękę mocniej, niż trzeba. Usiedliśmy w dwunastym rzędzie, przy samym oknie, choć Robert i tak nie mógł nas stamtąd zobaczyć. Kabina była zamknięta.
— Myślisz, iż tata wie? — zapytał.
— Skąd.
— A mogę powiedzieć stewardessie?
— Nie.
— Jednej?
— Ignaś.
Zamknął usta na suwak i pokazał mi kciuk. Kiedy z głośników rozległ się głos Roberta, podskoczył na siedzeniu.
— To tata!
Wyciągnęłam telefon, żeby nagrać tę chwilę. Robert mówił standardowo: powitanie, pogoda w Warszawie, czas lotu. Potem dodał swój stary dowcip o turbulencjach, z którego śmiali się tylko pasażerowie w pierwszych rzędach. Ignaś i tak promieniał. Trzymał telefon razem ze mną, żeby kadr był prosty.
Robert zamilkł. Tylko na parę sekund. Nikt inny pewnie tego nie zauważył — ale ja tak. Kiedy znów się odezwał, jego głos był inny. Niższy. Jakby czytał z kartki.
— Zanim wyruszymy, chciałbym zrobić coś, czego nie robiłem nigdy wcześniej.
Ignaś szturchnął mnie łokciem.
— Wie, iż tu jesteśmy.
Przez jedną krótką chwilę też tak pomyślałam. Może ktoś z obsługi nas rozpoznał. Może Robert chciał nam oddać niespodziankę. A może — pomyślałam — zaraz powie moje imię i cały samolot będzie bił brawo.
Zamiast tego padło inne imię. Kobiece. Obce.
— Marta.
Ignaś przestał się uśmiechać. Ja powoli opuściłam telefon na kolana. Nie wyłączyłam nagrywania — po prostu zapomniałam, iż jeszcze działa.
— Marta wie, kim jest — mówił Robert. — Wie, iż latam w soboty do Warszawy. Wie też, iż od jakiegoś czasu to jedyne, na co czekam przez cały tydzień.
Wokół nas ludzie kiwali głowami. Ktoś z przodu się uśmiechnął. Pasażer w ósmym rzędzie uniósł telefon, żeby nagrać „romantyczny moment”. Tylko ja siedziałam z dłonią zaciśniętą na podłokietniku i patrzyłam w niebieski ekran telefonu, na którym wciąż szły sekundy nagrania.
— Dlatego chciałem zapytać — ciągnął Robert — czy zechciałabyś zejść ze mną z tego samolotu jako moja narzeczona. W Warszawie, przy wyjściu z terminala, czeka nasz wspólny znajomy. Z kwiatami. Przepraszam, iż tak przez głośnik. Ale chcę, żeby wszyscy wiedzieli.
Ignaś siedział zupełnie nieruchomo. W ręce trzymał nieotwarte żelki. Czekał, aż powiem, iż to żart. Że tata zaraz powie, iż to niespodzianka dla nas. Nie wiedziałam, co zrobić z twarzą, więc wstałam.
— Siedź tu — powiedziałam.
— Gdzie idziesz?
— Do toalety.
Nie poszłam. Zatrzymałam się przy stanowisku stewardess i poprosiłam o rozmowę z kapitanem. Kobieta zmierzyła mnie wzrokiem, ale coś w moim głosie sprawiło, iż zniknęła za zasłoną. Wróciła po minucie.
— Kapitan prosi, żeby pani usiadła. Porozmawiają państwo po lądowaniu.
— Powiedz mu, iż jego syn siedzi w dwunastym rzędzie i wszystko słyszał.
Stewardessa przestała się uśmiechać. Zniknęła znowu, tym razem na dłużej. Kiedy wróciła, miała zupełnie inną twarz. Wręczyła mi karteczkę złożoną na cztery. Robert pisał po męsku — trzy słowa, kąt ostry: „Zejdę do was zaraz.” Nie musiał schodzić. Zasłona do kokpitu odsunęła się, zanim zdążyłam wrócić na miejsce. Robert stał w przejściu, mundur, epolet, wszystko jak z rysunku Ignasia. Tylko twarz miał szarą jak skrzydło na tym rysunku.
Pasażerowie zaczęli szeptać. Ten z ósmego rzędu wciąż nagrywał.
Robert podszedł i powiedział cicho, prawie do mojego ucha:
— Anka, porozmawiajmy w Warszawie.
— Masz coś do powiedzenia synowi — odpowiedziałam.
Ignaś nie patrzył na ojca. Otworzył żelki i wsypywał je do kieszeni bluzy, jedna po drugiej, powoli. Tylko to robił. Nie płakał.
Robert kucnął przy siedzeniu.
— Synku, to nie tak, jak myślisz. Ja… ja nie wiedziałem, iż polecicie tym samolotem. Gdybym wiedział, nigdy bym…
— Nigdy byś czego? — zapytałam. — Nie zrobił tego w ogóle, czy nie zrobił tego przy nas?
Nie odpowiedział. To też była odpowiedź.
— A jak? — zapytał Ignaś, nie podnosząc wzroku.
— Porozmawiamy na ziemi. Obiecuję.
— Czy pani Marta też leci tym samolotem?
Robert znowu milczał.
W Warszawie wysiedliśmy ostatni. Przy wyjściu z terminala naprawdę stał mężczyzna z kwiatami — tuzin róż i mała kartka. Kiedy nas zobaczył, opuścił bukiet. Robert minął go bez słowa i poszedł za nami na parking. Ignaś przez całą drogę trzymał mnie za rękaw, a w drugiej ręce ściskał pustą torebkę po żelkach. Rysunek został w plecaku. Nie wyjął go ani razu.
W samochodzie Robert mówił. Że Marta to stewardessa z jego bazy. Że to trwało pół roku. Że w sobotę chciał to „wreszcie postawić na ostrzu noża” — tak się wyraził — i dlatego wybrał lot, na którym ona pracowała. Że nie planował, iż my to usłyszymy.
— Ale usłyszeliśmy — powiedziałam.
W lusterku widziałam Ignasia. Spał, z policzkiem przyciśniętym do szyby. Albo udawał, iż śpi. Nie wiem, co było gorsze.
W domu Robert wziął prysznic, jakby nic się nie stało. Woda leciała długo. Ja wyjęłam z torby laptop i usiadłam przy kuchennym stole. Przez godzinę klikałam w dokumenty, aż znalazłam to, czego szukałam: pełnomocnictwo do zarządzania jego udziałem w naszym mieszkaniu w Sopocie, które Robert podpisał w zeszłym roku, bo „za dużo latam, ogarnij papiery”. Wciąż było ważne. Nikt go nie odwołał.
Następnego dnia znalazłam w jego służbowej torbie drugi telefon. Nie szukałam długo — leżał pod słuchawkami, bez zabezpieczenia. Czat z Martą, trzydzieści osiem wiadomości od soboty rano. Kilka wcześniejszych, z sierpnia, mówiło o pożyczce — dziesięć tysięcy złotych, które Robert miał jej oddać „jak tylko rozliczy się z żoną”. Ostatnia wiadomość, napisana o 23:47, brzmiała: „Nie odzywaj się do mnie, dopóki nie załatwisz papierów i nie oddasz mi pieniędzy.” Więc chodziło nie tylko o oświadczyny.
Wieczorem Robert zapytał, czy może przenocować na kanapie. Głos miał już inny niż w samolocie — cichszy, proszący, jakby dotarło do niego, iż stracił coś, czego nie da się odzyskać publicznym oświadczeniem. Odpowiedziałam, iż nie ma sprawy. Kiedy zasnął, wyszłam z domu z kluczykami i pojechałam do mieszkania, które wynajmowaliśmy w Gdyni — tego, które kupiliśmy kilka lat temu z myślą o mojej siostrze, zanim wyjechała za granicę. Umowa najmu była na moje nazwisko, ale czynsz od soboty nie miał jak wpłynąć — bank zablokował nasze wspólne konto, bo Robert zablokował je sam, żebym „nie zrobiła nic głupiego”.
Najemca, młody architekt po rozwodzie, otworzył mi drzwi w dresie, zaskoczony wizytą o północy. Wytłumaczyłam, iż muszę zmienić numer konta do przelewu czynszu — iż dotychczasowe jest czasowo niedostępne. Podał mi gotówkę za bieżący miesiąc, bo akurat miał ją w domu, i obiecał, iż kolejne wpłaty prześle na nowy rachunek, który miałam założyć rano. Piliśmy herbatę przy jego kuchennym stole, jego syn układał na podłodze puzzle z mapą Europy. Wróciłam nad ranem z kopertą pieniędzy w torebce.
Rano pierwsze, co zrobiłam, to założyłam nowe konto w innym banku i pojechałam do notariusza, gdy tylko otworzyli kancelarię, żeby odwołać pełnomocnictwo. Robert spał jeszcze na kanapie, z włosami po jednej stronie, jak po najdłuższym locie w życiu. Zostawiłam mu na stole kartkę: „Pełnomocnictwo cofnięte. Twoja połowa mieszkania przez cały czas jest twoja — porozmawiamy o tym u prawnika. Ale to, co jesteś winien Marcie, to już nie mój problem.”
Dokładnie o 8:15 zadzwonił jego telefon. Widziałam na ekranie: „Marta”. Nie odebrałam. Położyłam telefon na parapecie, ekranem do dołu.
Ignaś siedział w kuchni i jadł płatki. Zapytał, czy pojedziemy dziś do babci na działkę. Powiedziałam, iż tak, zaraz po tym, jak sprawdzę pocztę.
W skrzynce znalazłam kopertę ze skrzydłem LOT-u. W środku było zaproszenie na szkolenie dla kadry, zaplanowane na wrzesień. Wyjęłam z plecaka rysunek Ignasia, złożony wciąż na trzy. Rozłożyłam go na stole. Litery się posypały, kredka starła się w zagięciach, ale dalej dało się przeczytać: „NAJLEPSZY PILOT ŚWIATA”.
Zabrałam go ze sobą, do babci. Ignaś w aucie zapytał tylko raz:
— A tata dalej lata w soboty?
— Lata — powiedziałam.
— To niedobrze — mruknął i włączył słuchawki z muzyką, choć telefon leżał w domu.
Po drodze zatrzymaliśmy się w Gdyni, na stacji benzynowej. Kupiłam mu żelki. Wziął opakowanie, popatrzył na nie i schował do kieszeni, nie otwierając, tak samo jak w samolocie.
U babci wyjął rysunek z plecaka i rozłożył go na stole ogrodowym, przyciskając rogi kamykami, żeby wiatr go nie zwinął. Babcia zapytała, czy to ma powiesić na lodówce. Ignaś pomyślał chwilę, złożył rysunek z powrotem na trzy i schował go do kieszeni bluzy, tam gdzie wcześniej trzymał żelki.












