Zdradziła pamięć ojca.

polregion.pl 6 godzin temu

Zdradziła pamięć ojca.

Lidia Szymonowna snuła się przez podwórka już od ponad godziny, choć od jej mieszkania do piekarni było zaledwie pięć minut drogi. Ten wieczór jednak miał w sobie szczególny ciężar taki szary, gęsty smutek osiadł jej na duszy, iż zupełnie nie miała ochoty wracać do pustego mieszkania, gdzie czekał ją tylko zimny czajnik, porządnie nieumyta podłoga i tłusty kot Borys, jej jedyny towarzysz od lat. Gdyby nie Borys i telewizor, który włączała od świtu i wyłączała dopiero na noc, miała wrażenie, iż już dawno by oszalała głosy prezenterów dawały choćby złudzenie obecności innych ludzi.

Stopy bolały, w kolanie dokuczliwy ból, pogoda była parszywa, a mimo to Lidia skręciła w stronę dziecięcego placu zabaw. Ławki i huśtawki pokrywały krople mżawki. Przysiadła na mokrej ławce pod wybrzuszonym grzybkiem, ciasno wsuwając dłonie w kieszenie swojego wiekowego, granatowego płaszcza z grubego sukna. Musiała nosić go już z osiem lat, ale na nowy żal jej było pieniędzy i po co, skoro i tak nie miałoby go kto podziwiać?

Za czasów męża, Józefa, życie wyglądało zupełnie inaczej gwarno, tłoczno, momentami wręcz za ciasno, bo w dwupokojowym mieszkaniu dorastało dwoje dzieci: starszy Romek i młodsza Hania. Teraz wszystko się zmieniło. Romek i Hania dawno opuścili rodziny dom, Józefa pochowali piętnaście lat temu, a dzieci, którym oddała całe życie, pofrunęły w świat i założyły własne gniazda bardzo daleko.

Romek z żoną i dwojgiem dzieci osiadł aż we Wrocławiu, a Hania wyjechała do Gdańska, wyszła za jakiegoś dobrze rokującego programistę, ciągle podróżują, tu delegacje, tam wakacje za granicą. O matce przypominają sobie głównie przy okazji świąt od niechcenia wysyłają wiadomości Sto lat, mamo, całuski i dorzucają zdjęcia wnuków, którzy z roku na rok stają się coraz bardziej obcy, jakby byli dziećmi sąsiadów, a nie jej. Nigdy nie przyjeżdżają na wakacje, bo mają już zaplanowane kursy językowe, Hiszpanię, lekcje z korepetytorami.

Lidia westchnęła, patrząc jak na mokrym asfalcie skacze gruba wrona w poszukiwaniu resztek. Kiedyś wydawało jej się, iż na starość dzieci będą jej podporą, wnuki będą ją otaczać, będą przyjeżdżać regularnie, dzwonić co wieczór. Rzeczywistość okazała się znacznie bardziej prozaiczna: Romek dzwonił raz w miesiącu, jeżeli nie zapomniał, i powtarzał wciąż to samo: Mamo, jak tam u ciebie? Wszystko dobrze? U nas robota, dzieci chore, rozumiesz, nie mam czasu. Hania uznawała, iż skoro przeleją jej trochę pieniędzy na konto, to tym samym spełnili obowiązek i mogą żyć spokojnie.

Tak więc jej emerycka codzienność przypominała dzień świstaka: rano telewizor, śniadanie, kot, potem znów telewizor, obiad, telewizja, wieczorny spacer, dalej telewizor, sen. Złapała się już na tym, iż zaczyna rozmawiać sama ze sobą, komentując programy i choćby kłócąc się z gospodarzami, gdy mówią coś głupiego. Borys wtedy patrzył na nią spod żółtego oka, machał ogonem i odchodził spać w fotelu.

Tego wieczoru wyjątkowo nie chciała wracać do pustki. choćby gdy zaczęła mżyć, nie ruszyła się z ławki. Owinęła się płaszczem jeszcze mocniej, wcisnęła głębiej na czoło wełnianą czapkę.

Lidia? usłyszała nagle głos z boku. Lidia, to pani?

Drgnęła. Obok stał wysoki, lekko pochylony mężczyzna w brązowym płaszczu i kaszkiecie, spod którego wyłaniały się siwe skronie i bystre, szare oczy. Od razu go poznała to był pan Gienek Petrowicz, sąsiad z klatki obok, który też wiecznie spacerował po podwórzu z laską. Zdarzało im się zamienić kilka słów w windzie albo przy śmietniku, ale na tym się kończyło.

Gienek? zdziwiła się Lidia Szymonowna. Po co pan tak na deszczu? Przeziębi się pan.

A pani? zaśmiał się, siadając obok na ławce, przykładając wcześniej na mokre miejsce wyciągniętą z kieszeni gazetę. Widzę, iż już drugi raz dziś tu panią widzę. Przyszedłem sprawdzić, czy wszystko w porządku. Może niedobrze się zrobiło?

Skądże, machnęła ręką Lidia. Tylko wracać nie chce się do domu. Smutek mnie dopadł, Gienek. Taki, iż aż wyje się chce.

Znam to, mruknął. Wyciągnął z kieszeni płaską piersiówkę. Koniak, wyjaśnił, łapiąc jej spojrzenie. Leki na tęsknotę. Panią poczęstować? Zwykle nie piję, ale czasem czterdzieści procent to jedyne, co rozgrzewa duszę.

Lidia powinna odmówić, ale po chwili w końcu nikt nie widzi wzięła łyk. Ciepły ogień rozlał się po niej. Uśmiechnęła się, oddając piersiówkę.

Dziękuję. A pan co, sam? Przecież miał pan żonę?

Miałem, westchnął Gienek i też się napił. Trzeci rok, jak zmarła. Synowie we Warszawie jeden na Ursynowie, drugi na Ochocie. Zajęci, rodziny swoje, praca. Na święta przyjadą może raz, zadzwonią w niedzielę. A tak, to samotność. U pani?

Dzieci daleko, rzadko dzwonią. Mąż dawno nie żyje.

No proszę, pokiwał głową. Dwa samotne buty, jak to się mówi. Dwie samotności.

Milczeli chwilę razem, słuchając uderzeń deszczu o kałuże. Ale to było dobre, ciepłe milczenie, jakby znali się całe życie.

Nagle Gienek przełknął ślinę i powiedział nieśmiało:

Zawsze na panią patrzyłem, Lidio… Taka pani elegancka, zadbana, codziennie spaceruje po podwórku, zawsze sama. Chciałem zagadać, ale jakoś odwagi brakowało. Dziś los dał znak, siedzi pani tu taka jak figura pod grzybkiem.

Lidia spojrzała na niego z zaskoczeniem.

Patrzył pan na mnie? Ale po co?

A co mam robić? zachichotał. Przez okno wypatruję, jak pani wychodzi. Zawsze w tej samej porze. Kiedy długo pani nie ma, martwię się nawet.

Lidii zrobiło się dziwnie ciepło. Uśmiechnęła się.

A ja nie wiedziałam.

Może od dziś razem będziemy spacerować? zaproponował nieśmiało. W dwójkę raźniej i bezpieczniej. Choćby z laską, to dam radę panię obronić.

Przed czym przed wroną? zaśmiała się po raz pierwszy od tygodni.

I przed wroną też! odwzajemnił uśmiech. Zgoda?

Zgoda, kiwnęła głową.

Od tego wieczoru wszystko się zmieniło. Rozmawiali codziennie wieczorami, wychodzili razem do parku za blokiem. Okazało się, iż Gienek był dawniej inżynierem, całe życie pracował w fabryce, teraz czytywał kroniki i publikował artykuły w lokalnej gazecie. Lidia, jako była księgowa, słuchała go z zainteresowaniem, choć nigdy za historią nie przepadała ale umiała zadawać dobre pytania. Gienek chętnie słuchał wspomnień o dzieciach, jak z Józefem na działce stawiali altanę, którą potem dzieci sprzedały za bezcen.

Często ich spotkania przeciągały się do nocy. Lidia łapała się, iż wraca do mieszkania z uśmiechem. Wieczorami piekła ciasto na podwieczorek dla Gienka. Kot Borys poczuł zmianę stał się łagodniejszy, częściej ocierał się o nogi, czując aromat świeżego jedzenia.

Po miesiącu, Gienek po raz pierwszy został u Lidii na noc. Tak wyszło: zasiedzieli się przy herbacie, patrzą już wpół do pierwszej. Lidia bez namysłu zaproponowała:

Zostań, Gienek. Rozłożę ci kanapę.

Nie będę przeszkadzał? zapytał. W oczach miał nadzieję.

Ależ skąd! machnęła ręką.

Tak zostało. Najpierw nocował raz, potem dwa razy w tygodniu, aż wprowadził kapcie, szczoteczkę do zębów i całą walizkę. Rano Lidia budziła się, słysząc jego kroki w kuchni, i pierwszy raz od lat czuła szczęście. Telewizor włączali już tylko do wiadomości albo wspólnie na dawne filmy największą euforia sprawiały im rozmowy. Kot Borys na początku zazdrośnie fukał, ale potem pozwalał się drapać i spał Gienkowi pod nogami.

Gienek, a zróbmy jutro gołąbki? zaproponowała któregoś dnia Lidia przy herbacie. Kupiłam wielką kapustę, a samej mi się nie chce.

Z przyjemnością, ja przyniosę mięso, a ty przygotuj kaszę.

I tak, gotowali razem w małej kuchni, a Lidia nie mogła uwierzyć, iż dostała taki dar na stare lata.

Tylko myśl o dzieciach kładła cień na tę idyllę. Bała się im powiedzieć o Gienku. Wiedziała, iż Romek i Hania idealizowali ojca, Józef był dla nich bohaterem bali się, iż nowy mężczyzna będzie zdradą. Upłynęło piętnaście lat, ale szczególnie Romek podczas każdej rozmowy powtarzał: Tata zrobiłby to inaczej, tata by cię wsparł.

Gienek nigdy nie naciskał:

Lidia, twoje dzieci twoja sprawa. Sama zdecydujesz, ja poczekam.

Ale zbliżały się urodziny Lidii, dzieci zapowiedziały wizytę. Romek napisał: Mamo, z Hanią chcemy przyjechać całą rodziną. Co ci kupić? Będziemy na trzy dni. Wszyscy. Czekaliśmy na ten jubileusz! Najpierw Lidia się ucieszyła. Potem ogarnęła ją panika. Chodziła po domu, obgryzając paznokcie, nie wiedząc, co zrobić.

Gienek, dzieci przyjeżdżają powiedziała wieczorem. Zostaną trzy dni, w komplecie z wnukami.

Dobrze, pokiwał głową. Poznamy się.

Ja nie wiem, Gienek… Oni mogą tego nie zrozumieć. Ojca stawiają za wzór…

Czego się boisz? podniósł na nią oczy. Lidia, my nie jesteśmy na wakacjach. Dwoje starych ludzi, co chcą się wspierać. Czego się wstydzić? To nie burza hormonów, tylko inne życie. Usiądziemy wspólnie przy stole, pogadamy. Oni muszą zrozumieć.

Boję się wyszeptała. Romek jest impulsywny nie wiem, co powie. Zróbmy tak, iż wrócisz na kilka dni do siebie, a ja sama ich przygotuję… Potem, następnego dnia, przyjdziesz w gości. Tak będzie spokojniej.

Gienek długo milczał.

Lidia, jestem dla ciebie kim kochankiem, którego ukrywasz przed dziećmi? Pół roku żyjemy razem, kocham cię, a teraz mam się wynieść, bo dzieci wpadły z wizytą?

Gienek, nie o to chodzi… Tylko na chwilę. Proszę cię…

Dobrze, zmęczonym głosem powiedział. Spakuję się jutro. Kocham cię, Lidia, ale nie chcę być tym, którego się wstydzisz.

Na zajutrz Gienek wyniósł rzeczy. Lidia została sama. Mieszkanie zrobiło się puste, choć kaloryfery grzały. Borys chodził, miauczał, szukając Gienka. Lidia głaskała kota i czekała na dzieci.

Przyjechali wcześnie rano: Romek z żoną Elą i dwójką chłopców, ośmiu i dziesięciu lat, Hania z mężem Arturem i pięcioletnią Klarą. W mieszkaniu zrobiło się gwarno, dzwonki śmiechu, zapach perfum i ścierających się w kuchni noży. Lidia kręciła się, podsuwała talerze, a sama zerkała nerwowo na szafę, gdzie schowała kapcie Gienka.

Wieczorem, gdy dzieci już jadły ostatnie kawałki sernika, a wnuki spały, Lidia zebrała siły i zaprosiła Romka i Hanię do kuchni. Drżały jej ręce.

Dzieci… mam coś ważnego do powiedzenia.

Co się dzieje, mamo? Romek zaniepokoił się.

Nie, nie jestem chora. Potarła czoło. Od pół roku jestem z Gienkiem Petrowiczem. Żyjemy razem.

W kuchni zapadła cisza. Romek zamarł z kubkiem kawy, Hania przesunęła dłonią po blacie.

Jak to żyjecie? zadrżał głos Hani. Mamo, ile ty masz lat?

Sześćdziesiąt pięć, odpowiedziała cicho. Ale przecież żyję, nie umarłam.

Przecież to mieszkanie kupowaliście z ojcem! W którym my dorastaliśmy! rzucił Romek. Z kimś obcym tu zamieszkałaś?

On nie jest obcy…

Przestań! wrzasnął Romek. Zdradziłaś tatę! Był dla ciebie wszystkim, a ty sprowadzasz tu kogoś takiego!

Nie mów o nim źle, choćby go nie znasz!

Znam? Żeby poznać, trzeba mieć z czym! ryknął brat. Mamo, wybierz: albo my, albo ten… Gienek. jeżeli z nim zostaniesz, nie mamy o czym rozmawiać. Żadnych spotkań, żadnych wnuków.

Dobrze. Hania pokiwała głową. Gdy jesteś z nim, dla nas cię nie ma. Rozumiemy, iż samotność, ale… To nie jest normalne!

Lidia opuściła głowę, słone łzy kapały jej na obrus. Próbowała powiedzieć, iż kocha ich i Gienka, ale oni już stali w drzwiach.

Nocą nie mogła zasnąć. Przewracała się w pustym łóżku; przypominała sobie, jak Gienek podsuwał jej herbatę, jak rozmawiali, jak głaskał kota. Widziała twarze dzieci twarde, chłodne.

Rano bolała ją głowa. Weszła do kuchni Romek już pił kawę, Ela smażyła jajka.

Mamo, jak się czujesz? zapytała Ela z troską.

Dobrze, burknęła.

Mamo, dzisiaj wyjeżdżamy. Nie chcemy świętować w takiej atmosferze powiedział surowo Romek.

Ale tak… Już? Ledwie wstała z fotela.

Tak. Podarunki zostawiliśmy w korytarzu. Potem się odezwiemy.

Po godzinie mieszkanie było puste. Lidia patrzyła na stos prezentów, czuła ból, jakby coś w niej umarło.

Resztę dnia siedziała w fotelu z wyłączonym telewizorem. Borys próbował ją pocieszyć, mruczał na kolanach, ale to nie pomagało. W końcu sięgnęła po telefon, zadzwoniła do Gienka.

Gienek… nie przychodź więcej. To koniec. Przepraszam cię wykrztusiła przez łzy.

Lidia, oni są przeciwko?

Bardzo. jeżeli będę z tobą, przestaną się do mnie odzywać. Wybrałam ich. Przepraszam, Gienek, wybacz.

Lidia, nie rób tego… Oni cię szantażują. Kocham cię, my jesteśmy rodziną!

Wiem, wyszeptała. Przepraszam. Żegnaj.

Rozłączyła się. Siedziała w fotelu, tuliła Borysa i płakała głośno jak dziecko choćby po śmierci Józefa tak nie płakała, bo wtedy miała dzieci, a teraz została zupełnie sama.

Minęły dwa miesiące. Lidia znów włączała telewizor na cały regulator, znów gotowała tylko dla siebie i znowu rozmawiała do ekranu. Borys coraz częściej siadał przy drzwiach i patrzył pytająco Gdzie Gienek?. Czasem chciała zadzwonić, ale przypominała sobie, iż obiecała dzieciom i odkładała słuchawkę. Dzieci odzywały się coraz rzadziej: Romek wysyłał krótkie smsy Jak tam, mamo? Ok?; Hania jeszcze rzadziej, czasem zdjęcie wnuczki. Życie płynęło swoim rytmem, Lidia czuła, iż jest dzieciom jeszcze bardziej obca i niepotrzebna niż kiedykolwiek.

Pewnego wieczora, wracając z zakupów, spotkała w windzie sąsiadkę, panią Zosię z czwartego piętra lokalną plotkarę.

Lidziu, a ja patrzę sama chodzisz? A gdzie ten Gienek? Dawno go nie widziałam.

Rozstaliśmy się, pani Zosiu odpowiedziała cicho.

Oj, szkoda… Byliście piękną parą! On ostatnio chory. Chudnie, ledwie się rusza. Syn do niego przyjechał, ale zaraz wrócił.

Chory? serce Lidii stanęło.

A któż tam wie… Ładnie nie wygląda.

Lidia wysiadła, stała długo na korytarzu, potem weszła do mieszkania, popatrzyła na telefon. Po chwili wykręciła numer. Słaby głos odebrał:

Tak?

Gienek, to ja.

Lidia? Dzieci pozwoliły zadzwonić?

Nie zaczynaj… Jesteś chory?

Po co mam cię obciążać? Zdecydowałaś już.

Głupi jesteś, Gienek. Idę do ciebie.

Naruciła płaszcz, złapała torbę i pobiegła do klatki Gienka. Stał w drzwiach, wychudzony i pobladły, ale na jej widok uśmiechnął się tym dawnym ciepłym uśmiechem.

Po co przyszłaś?

Bo jestem durna. Wybaczyłam dzieciom wszystko, a sobie nie wybaczę, jeżeli cię stracę!

Objęła go, długo stali razem. Potem usadziła Gienka w kuchni, zrobiła kolację.

Jutro zadzwonię do dzieci, powiem im, iż mają mnie przyjąć z tobą albo wcale. Już nie będę wybierać.

Nie kłóć się ze swoimi… zaczął.

Dość! Poświęciłam im całe życie, a oni mnie szantażują? Teraz wybieram siebie. Ty jesteś moim szczęściem!

Przygarnęła Gienka do łóżka i została na noc.

Rano zadzwoniła do Romka:

Słuchaj dokładnie: wybieram Gienka. Kocham was wszystkich, ale już nie będę was pytać o zgodę na swoje życie. Pamięci ojca nie zdradziłam, ale dość rządzenia moimi uczuciami.

Po długiej ciszy Romek westchnął:

Ostrzegaliśmy cię.

Dziękuję za ostrzeżenie powiedziała spokojnie. Ale od dziś żyję po swojemu. Kocham was, ale już nie pozwolę rządzić sobą przez telefon.

Odkładając słuchawkę, poczuła ogromną ulgę.

Po tygodniu dostała od Hani wiadomość: Mamo, rozumiemy twoją decyzję, choć nie pochwalamy. Przyjeżdżaj do wnuków, kiedy chcesz. Ale o Gienku nie wspominaj nam to przeszkadza.

Przeczytała, schowała telefon. Wiedziała, iż całkowitej akceptacji nie będzie, ale przynajmniej tyle. Najważniejsze, iż przy niej był Gienek i Borys mruczał mu na kolanach. Telewizor grał cicho w tle, ale już nie musiała go słuchać rozmów im nigdy nie brakowało.

Gienek, a może jutro razem zrobimy gołąbki? Mam świeżą kapustę.

Z radością, kochanie, a ja przyniosę mięso i na jego twarzy znów rozświetlił się uśmiech.

Idź do oryginalnego materiału