Dziś znów wracają do mnie wspomnienia sprzed kilku lat. To było w Krakowie, tuż po śmierci mojego męża Piotra. Trzy miesiące później dowiedziałam się, iż ktoś porzucił maleństwo w Oknie Życia przy Szpitalu Uniwersyteckim na Kopernika. Zawahałam się tylko przez chwilę. Samotność po śmierci Piotra była przytłaczająca, a myśl o tym, by ofiarować komuś nowy dom, dodawała mi sił.
Musiałam wziąć się w garść i jak najszybciej zgromadzić wszystkie potrzebne zaświadczenia, dokumenty i opinie. Urzędnicy zaglądali do każdego kąta mojego mieszkania na Kazimierzu. Przeprowadzono ze mną szczegółowe rozmowy, oceniano moje warunki i zdolności wychowawcze. Gdy otrzymałam pozytywną opinię kuratora, płakałam ze szczęścia. Kilka dni później synek był już ze mną. Od razu pokochałam go jak swoje własne dziecko. Dałam mu na imię Piotr, tak jak jego ukochanego ojca, bo chciałam, by pamięć o nim trwała. Usłyszeć to imię w domu było jak balsam na moją duszę.
Piotr dorastał, a życie nabrało nowych kolorów. Z czasem zaczął dopytywać o rodzeństwo. Wcale mnie to nie zdziwiło. Pracuję zdalnie jako księgowa mogę wszystko nadzorować z mojego laptopa, siedząc w kuchni przy kubku herbaty z miodem i cytryną. Dzięki temu mogłam w każdej chwili zaopiekować się kolejnym dzieckiem.
Pamiętam ten dzień, gdy znów zadzwonił telefon. Gdy przyszłam do Oknie Życia, pokazano mi drobną dziewczynkę w różowym kocyku, miała zaledwie trzy dni. Serce mi zmiękło na jej widok. Już wiedziałam: to nasza Zuzanna. Miłość do niej pojawiła się od pierwszego spojrzenia. Wiedziałam już, jakie urzędowe procedury nas czekają, więc tym razem wszystko udało się załatwić szybciej niż przypuszczałam.
Dziś w naszym małym mieszkaniu jesteśmy już w trójkę: ja, mój synek Piotr i córeczka Zuzanna. Choć życie w Polsce nie zawsze jest łatwe i czasem martwię się o rachunki czy ceny w sklepach, czuję się jak najszczęśliwsza kobieta na świecie. To właśnie moje dzieci nadają sens każdemu dniu.










