Zbyszek zadzwonił w środę o ósmej rano — akurat kiedy Ada nalewała mleko do kawy i patrzyła, jak za oknem śmieciarka zgrzyta po oblodzonej ulicy. Telefon leżał na parapecie, wibrował i zsuwał się w stronę kaloryfera.

twojacena.pl 6 dni temu

— Musimy porozmawiać o mieszkaniu — powiedział, zanim zdążyła powiedzieć „halo”.

Ada oparła się o blat. Kubek postawiła obok zlewu, żeby nie tłuc szkła, gdyby ręce odmówiły posłuszeństwa.

— Słucham.

— Przerysowuję je na siebie. Tata by tak chciał. To w końcu jego mieszkanie, a ty… no wiesz.

Nie wiedziała. Ojciec Zbyszka, pan Kazimierz, zostawił im to M3 na Grochowie dwa lata temu. Spisał testament u notariusza przy placu Szembeka, Ada sama go tam wiozła, bo Kazimierz już wtedy ledwo wstawał z łóżka. Pamiętała, jak notariusz poprawiał okulary i pytał, czy na pewno zapisuje lokal synowej, a nie synowi.

— Pewnie, iż synowej — powiedział wtedy Kazimierz. — Bo syn to mi przez dziesięć lat nie przyniósł choćby herbaty.

Teraz Zbyszek mówił coś o tym, iż ojciec nie myślał trzeźwo, iż leki zaburzały ocenę, iż rodzina to rodzina. Ada słuchała i obracała w palcach klucz od piwnicy — stary, mosiężny, z przywiązanym kawałkiem czerwonej tasiemki.

— Przyjdź w sobotę — powiedział w końcu Zbyszek. — Podpiszemy dokumenty. Bez awantur.

— Nie przyjdę.

— To przyjdę do ciebie. Z prawnikiem.

Rozłączył się.

Ada odstawiła kubek do zlewu i patrzyła, jak mleko wypływa i mieszka się z kawą wokół odpływu. Potem wyjęła z szuflady segregator z dokumentami po Kazimierzu i położyła go na stole obok cudzego, niedopitego kakao — Kubuś, jej ośmiolatek, zostawił je rano, bo spieszył się na basen.

W sobotę Zbyszek przyszedł punktualnie, jak na pogrzeb. Zdjął buty w przedpokoju, a jego prawnik — chudy, z teczką ze sztucznej skóry — choćby się nie rozebrał. Stanął przy wieszaku i strzepnął śnieg z rękawa na wycieraczkę.

— To prosta sprawa — zaczął prawnik. — Pan Kazimierz był w zaawansowanym stadium choroby. Możemy dowieść, iż nie miał pełnej umiejętności świadomego rozporządzania majątkiem. Testament w takiej formie nie powinien się utrzymać przed sądem.

Ada wyjęła z segregatora kserokopię testamentu i położyła na stole.

— Proszę przeczytać paragraf trzeci.

Prawnik poprawił kołnierz i zaczął czytać, półgłosem. Przy trzecim zdaniu urwał. Zbyszek wychylił się przez jego ramię.

— „W wypadku gdyby zapisobierca dobrowolnie zrzekł się nieruchomości, lokal przechodzi na własność Fundacji Daj Szansę z siedzibą w Warszawie” — przeczytał na głos i zażartował: — No i co z tego? Zrzekniesz się i fundacja będzie miała. Ich strata.

— Twoja strata — powiedziała Ada. — Bo ja się nie zrzeknę.

Zbyszek zamrugał. Spojrzał na telefon, jakby chciał sprawdzić godzinę, chociaż zegarek miał na nadgarstku.

— To co, będziemy się sądzić lata? — zapytał. — Pieniędzy na adwokatów wystarczy?

— Siedemnaście tysięcy. Tyle Kazimierz zostawił w skarpecie na czarną godzinę. Mówił, iż jak przyjdzie co do czego, to żebym się nie bała. — Ada wyjęła z kieszeni fartucha złożoną kartkę. — A to pismo z urzędu skarbowego. Mieszkanie jest przepisane na mnie od marca. Formalności skończone, zanim ty w ogóle wróciłeś z Londynu.

Zbyszek zbladł. Prawnik złożył testament i oddał go Adzie.

— Nasz klient nie wiedział o zarejestrowanym przeniesieniu — powiedział cicho, jakby bronił nie Zbyszka, tylko samego siebie.

— Wiedział — powiedziała Ada. — Wiedział, bo dzwoniłam do niego w marcu. Powiedział, iż przyjedzie, jak skończy sezon w restauracji. A potem przyjechał dopiero na Wszystkich Świętych.

Zbyszek wciągnął powietrze. Ada zobaczyła, jak po jego skroni spływa kropla potu, chociaż w pokoju było chłodno; kaloryfer ledwie ciągnął.

— Ty to ukartowałaś — wyszeptał.

— Nie. Zaplanowałam tylko, żebyś nigdy nie wiedział, gdzie Kazimierz trzymał papiery. Resztę zrobił notariusz dwa lata temu. Trzeba było przyjść na święta.

Prawnik chrząknął i zaczął zawiązywać szalik. Zbyszek stał bez ruchu, z jedną ręką w kieszeni płaszcza, jakby szukał tam kluczy od mieszkania, które właśnie przestało być jego życiowym planem.

W drzwiach Zbyszek przystanął.

— Powiesz Kubusiowi, iż wyrzuciłaś ojca?

— Jesteś ojcem w akcie urodzenia — odpowiedziała Ada. — Wtedy, gdy go urodziłam, powiedziałeś „zobaczymy”. Teraz mówię to samo.

Zbyszek chwycił szalik z wieszaka, ale zawadził o parasolkę, która z hukiem upadła na podłogę. Nie podniósł jej.

— Nie skończyliśmy — rzucił i wyszedł razem z prawnikiem.

Ada podniosła parasolkę i oparła ją z powrotem o ścianę. Potem poszła do kuchni, odkręciła kran i zmyła z rąk lepki ślad po kawie — chociaż myła je już rano.

Zbyszek przez kolejne dwa tygodnie wydzwaniał z nieznanych numerów. Czasem zostawiał wiadomości, które zaczynały się od „ty chciwa” i kończyły na „jeszcze zobaczysz”. Ada nie oddzwaniała. Zgłosiła nękanie na policję, pan aspirant przyjął zgłoszenie i dał jej ulotkę o ochronie ofiar.

W końcu przyszedł list z kancelarii: „Wzywamy do ugodowego zrzeczenia się praw do lokalu”. Ada zaniosła list do tej samej kancelarii osobiscie, z załączoną kopią testamentu i potwierdzeniem, iż Fundacja Daj Szansę ma już wpis do księgi wieczystej jako ewentualny beneficjent wtórny.

— Rozumiemy — powiedziała młoda recepcjonistka, wzięła kopertę i schowała do szuflady.

Ada nie powiedziała nic więcej. Zjechała windą, minęła dwie kwiaciarnie i przystanek tramwajowy przy Rondzie Wiatraczna, i weszła do piekarni po bułki. Piekarka zapytała, czy to prawda, iż ceny prądu znów wzrosną. Ada wzruszyła ramionami i zapłaciła trzy czterdzieści.

Wieczorem, kiedy Kubuś odrabiał matematykę, Ada usiadła obok niego i położyła na stole klucz od mieszkania — do kompletu z tym mosiężnym od piwnicy.

— Co to? — zapytał Kubuś, podnosząc głowę znad zeszytu.

— Klucz do naszego domu — powiedziała. — Tylko nasz. Nikt inny go nie ma.

— A tato?

— Tato ma swój dom. — Ada przekręciła klucz w dłoni. — A my mamy ten.

Kubuś zerknął na klucz, potem na matkę. Przez chwilę obracał w palcach zielony gumowy brelok z logo jakiejś stacji paliw, który od lat wisiał na tym kluczu. Potem wrócił do równań.

Ada wzięła telefon i wysłała Zbyszkowi wiadomość. Krótką, bez złośliwości: „Mieszkanie jest moje. Kazimierz chciał, żeby Kubuś miał gdzie dorastać. Ty masz za co wracać do Londynu. Nie dzwoń więcej”.

Zbyszek odpowiedział po minucie. „Szmaty nie zostaną same na tym świecie”.

Ada usunęła wiadomość i zablokowała numer. Potem podeszła do okna i dotknęła dłonią zimnej szyby — na parapecie leżała stara, zniszczona szachownica Kazimierza, z pionkiem, który zawsze się przewracał, bo brakowało mu podstawki. Postawiła go prosto, chociaż i tak za chwilę miał się znów przewrócić.

Na korytarzu słychać było, jak sąsiadka z naprzeciwka wyciąga zamek i wchodzi do siebie. Pies na dole zaszczekał i umilkł.

Kubuś dokończył równanie, zamknął zeszyt i powiedział, iż jutro ma sprawdzian. Ada powiedziała, iż poćwiczą rano, po śniadaniu.

A potem wyłączyła światło w kuchni. Zostawiła tylko małą lampkę nad stołem, tam gdzie leżał klucz.

Idź do oryginalnego materiału