Wszystkich zgromadzę u siebie
Małgorzata Wiosenna odsunęła tablet i sięgnęła po telefon:
Babciu, jak się czujesz? Wszystko w porządku? A dziadek? Skoro smaży ziemniaki, to znaczy, iż czuje się dobrze. Skończyłam już pracę na dziś, odbiorę Damiana z treningu, zajedziemy do sklepu i niedługo będziemy w domu.
Potem Małgorzata wybrała kolejny numer:
Jarosław, cześć, wracam już do domu, Wy z Irminą też już jedziecie? Super, dziadek smaży kartofle, zjemy razem kolację.
Małgorzata podniosła się i spakowała to, co było potrzebne, do torebki. Zawołała do współpracowników:
Do widzenia wszystkim, wychodzę, do jutra!
Na razie, Małgosia, miłego wieczoru!
Szybko zmieniła buty pod biurkiem, narzuciła płaszcz i zerknęła machinalnie w przyciemnione okno. Był ciepły, jesienny wieczór. Migotały przyjazne światełka, ludzie spieszyli do domów po pracy. Małgorzata zobaczyła swoje odbicie i uśmiechnęła się do siebie nigdy by nie uwierzyła, iż sama też kiedyś będzie prowadzić zwyczajne, normalne życie. Że będzie miała rodzinę i iż tak jak inni, będzie wieczorem gnać do domu, gdzie ktoś na nią czeka. Przecież była pewna, jeszcze całkiem niedawno, iż jej to nigdy nie spotka.
Tak, jej rodzina nie jest może typowa, ale są bardzo szczęśliwi i kochają się szczerze. Jej matka porzuciła ją zaraz po porodzie. W krótkim dokumencie z domu dziecka był wpis matka nieznana, bez dokumentów, ojca brak. Dziewczynka dostała imię i nazwisko od obcych ludzi. Nazwisko Wiosenna, bo przyszła na świat wiosną. Skąd Małgorzata? Nikt nie wiedział. Zawsze trzymała się z chłopakami. Najlepszym jej przyjacielem był Jarek, starszy o rok. On też został Wiosenny z tego samego powodu. Małgorzata uczyła się wzorowo, była grzeczna, pracowita i pomocna bardzo chciała, by ktoś ją wziął do rodziny. O tym, jak żyją dzieci w domach, widziała tylko w filmach. Może była zbyt kanciasta, chuda, może po prostu nie miała szczęścia.
Gdy Jarka adoptowano, Małgorzata całą noc płakała. Nie z zawiści, po prostu została sama bez przyjaciela. On patrzył wtedy na nią zza grubych okularów:
Małgosia chcesz, żebym odmówił? spytał szeptem.
Ty głupku, Jarek. Taka szansa, wyjeżdżaj. Każdy ma własny los.
Znajdę cię, obiecuję!
Małgorzata tylko parsknęła: Nie wysilaj się, nie trzeba.
Skończyła liceum, poszła do technikum budowlanego, mieszkała w internacie. Po szkole jako sierota dostała własne M1 na peryferiach Warszawy, ale była szczęśliwa! Zatrudniła się w biurze projektowym, zaczęło się prawdziwe, dorosłe życie. Przyjaciółki z pracy, na rodzinę uznała, iż jeszcze czas.
Marzyła zawsze o dużym domu, kochającym mężu, dzieciach dwójka, może trójka. Biegają, bawią się, wszędzie słychać: mama, tata! Bardzo chciała, by te słowa u niej rozbrzmiewały: mama i tata ciepłe, a dla niej trochę obce. Otwierasz drzwi, a dzieci wbiegają z krzykiem: Mama! Tata przyszedł! Jak w bajce.
Pewnego wieczoru podchodzi pod blok, a tu nagle z bramy wylatuje chłopak, prawie ją przewraca z siatką w ręce. Wchodzi do klatki, a na schodach starsza pani leży.
Emerytura siatkę popchnął mnie, okulary nie widzę!
Małgorzata natychmiast ruszyła za złodziejem, ale śladu po nim nie było. Pomogła starszej pani wstać, szczęśliwie nic groźnego się nie stało.
Jak tak można, córko za co? pani Zofia płakała. Odprowadziła babcię do mieszkania, gdzie leżał jej ciężko chory mąż. Zaczęła do nich przychodzić, robić zakupy przecież pieniądze skradzione. Zgłosili sprawę, ale chuligana nie znaleziono. Za kilka dni torbę z dokumentami znaleziono pod blokiem Bogu dzięki.
Małgorzata coraz częściej wpadała do babci Zofii. Dziadka Andrzeja leczyli lekarze, po terapii starsi rozchmurzyli się. Nazwali Małgorzatę wnuczką, zapraszali do siebie nie mieli nikogo.
Pewnego dnia, w autobusie, Małgorzata poznała chłopaka. Czuła, iż się jej przygląda i się uśmiecha:
Pani ma bardzo znajomą twarz. Nie spotkaliśmy się gdzieś?
Małgorzata się zaśmiała:
Chyba nie.
Chłopak był sympatyczny, przez całą drogę do domu rozmawiali. Okazało się, iż nazywa się Gienek, mieszka z mamą, pracuje. Wydał się jej dziwnie znajomy.
Gienek zaczął ją odprowadzać po pracy. W końcu zaprosiła go do mieszkania dała herbatę, kanapki, choćby opowiedziała o swoim dzieciństwie w domu dziecka. Gienek patrzył na Małgorzatę, jakby chciał coś dodać, ale milczał. Może jej współczuł. Był jej bliski, ale coś ją niepokoiło.
Następnym razem zdarzyło się coś strasznego. Gienek przyszedł, gdy Małgorzata stawiała czajnik na herbatę. Pochylił się nad nią, objął ją mocno. Poprosiła:
Gienku, może się nie spieszmy?
On tylko mocniej ją ścisnął, po czym… Małgorzata krzyczała, a on wrogo syknął:
Przez ciebie mnie prawie wsypali! Wiedziałem, iż jesteś z sierocińca, widziałem twój portret pamięciowy, ledwo się wyplątałem. Teraz się nie odezwiesz, bo pożałujesz. Nikomu nie powiesz, nikomu na tobie nie zależy. Inaczej będzie gorzej!
Małgorzata nie zgłosiła tego. Bała się rozgłosu. Miesiąc później trafiła prosto z pracy do szpitala ciąża pozamaciczna, krwotok, lekarze powiedzieli: może nigdy nie zostać matką.
Babcia Zofia pielęgnowała ją, szeptała słowa otuchy, poiła rosołem, żeby wróciły siły. Leczyła także ziołami. Małgorzata po wyjściu ze szpitala była przybita nie wiedziała, po co ma żyć. Zamknęła się w sobie, aż pewnego wieczoru zawędrowała pod klasztor na warszawskim Mokotowie. Jesień, niebo wysokie, błękitne, złote kopuły lśnią. Dzwony niosą się wysoko, ogrodnicy grabili przekwitłe kwiaty, wszędzie zapach ziemi.
Wiosenna, Małgorzata? nagle usłyszała.
Obróciła się jeden z braci uśmiechał się szeroko:
Małgosia, szukałem Cię!
Jarek, to Ty?!
Rozpoznała go po chwili. Rzuciła mu się w ramiona i długo płakała. On ocierał jej łzy:
Chodźmy do refektarza. Kasza dziś wyśmienita, będą i pierogi, i herbata. Pogadamy potem.
Małgorzata już nie pamiętała, jak wylała przed Jarkiem całą swoją historię a on swoją. Jak go adoptowano, jak ojczym bił go za wszystko. Jak w końcu uciekł, połamał nogę, błąkał się po Polsce, aż w końcu trafił do klasztoru jako pomocnik.
Wracała do domu, myślała, iż los się do niej uśmiechnął. Po spotkaniu z Jarosławem choćby nie chciała wracać do siebie, kilka dni spędziła na rozmowach w klasztorze. Tam wszystko się wykrystalizowało. Babcia Zofia i dziadek Andrzej od dawna chcieli przepisać jej mieszkanie, ale Małgorzata i Jarosław wymyślili coś lepszego.
Starsi byli szczęśliwi, iż zamieszkają wszyscy razem nigdy nie marzyli, iż ktoś weźmie ich pod swój dach, do rodziny. I tak Małgorzata i Jarosław Wiosenni są już pięć lat po ślubie. Przeprowadzili się z całą rodziną pod Warszawę do dużego mieszkania. Babcia Zofia i dziadek Andrzej mają u nich swoje miejsce, czują się potrzebni, są najważniejsi bo wreszcie nie są sami. Mają rodzinę.
Dwa lata temu spełniło się największe marzenie Małgorzaty adoptowali dwójkę dzieci, Damiana i Irminę, prosto z tego samego domu dziecka, w którym sami kiedyś dorastali.
Jarek, pamiętasz, jak czekaliśmy, żeby ktoś nas adoptował, żeby mieć swój dom? szczebiotała Małgorzata szczęśliwa. Spójrz im w oczy i przysięgnijmy, iż będziemy takimi rodzicami, o których sami marzyliśmy.
A teraz:
Mamo, gdzie tata? Babciu, chodź zobacz, co zbudowaliśmy z dziadkiem!
Małgorzata nie chce już wracać myślami do złych chwil. Tylko babcia Zofia raz szepnęła jej, iż tamtego krzywdziciela złapano. Znów wpakował się w kłopoty, poszedł siedzieć. Na długo chyba.
Bo każdemu będzie oddane według jego uczynków. I w tym życiu, i w wieczności.










