Zazdrość na krawędzi

newsempire24.com 9 godzin temu

Zazdrość na krawędzi

21 sierpnia

Tak, to właśnie to! On nigdy się nie zorientuje, iż patrzy nie na swoją narzeczoną

Stałem przed lustrem, przyglądając się swojemu odbiciu. Uniosłem rękę i poprawiłem niesforny kosmyk, który uciekł zza ucha. Serce biło mi mocniej efekt przerósł moje oczekiwania! Makijaż, fryzura, wyraz twarzy każdy szczegół perfekcyjnie odwzorowany. Z trudem powstrzymałem oddech: gdybym jeszcze założył ulubioną sukienkę siostry, choćby mama miałaby problem, żeby nas natychmiast rozróżnić.

Uśmiechnąłem się pod nosem, jednak od razu opamiętałem się i rzuciłem szybkie spojrzenie na zegar stojący na półce. Kolejne minuty nieubłaganie zbliżały mnie do umówionej godziny za dwadzieścia minut miał się zjawić Szymon. Poczułem lekkie napięcie. Wszystko musi pójść idealnie, nie wolno mi się potknąć! jeżeli Szymon przez chwilę się domyśli, cały misterny plan runie, a wtedy Iwona jak zwykle będzie na wygranej pozycji.

Wziąłem kilka głębokich wdechów, próbując uspokoić drżące nieco palce i ruszyłem w stronę drzwi. W tej samej chwili zadzwonił dzwonek już stałem gotów, by zacząć swój teatrzyk. Otworzyłem drzwi i na widok Szymona natychmiast przyjąłem odpowiednią maskę rozpromieniony uśmiech, iskrzące się oczy.

Szyniu, cześć powiedziałem miękko, trochę tłumiąc głos, jakbym każde słowo miał starannie wypolerowane.

Nie czekając na jego reakcję, wspiąłem się lekko na palce i musnąłem ustami jego policzek. Całe powitanie musiało się idealnie zgadzać z tym, co podpatrzyłem: ani kapki więcej, ani mniej.

Wchodź, chcesz kawy? zagadnąłem, zapraszając go do środka. W moim tonie rozbrzmiewała swoboda, jakby to był zwyczajny, leniwy wieczór, a nie perfekcyjnie ukartowana akcja.

Chłopak na moment zmarszczył brwi, niby próbując wyczuć, czy coś się nie zgadza, ale już po chwili lekki uśmieszek rozjaśnił jego twarz najwyraźniej zrozumiał, o co tu chodzi. Co szalona siostra narzeczonej znowu wymyśliła? Po co udaje Iwonę? Zaintrygowany, ale nie chcąc się zdradzić, skinął głową i poszedł za mną do mieszkania.

Zacząłem krzątać się po kuchni. Policzki już mnie bolały od tej sztucznie przyklejonej, pogodnej miny, którą musiałem trzymać cały czas. Byłem lekko roztrzęsiony, stawiałem filiżanki i spodeczki, zerkałem co chwilę na butelkę wykwintnego wina ukrytą w kącie czekała na odpowiedni moment. Wiedziałem, iż Szymon raczej nie pije dużo, jego organizm bardzo tego nie lubi, ale we właściwym towarzystwie, przy pogaduszkach jeden kieliszek potrafił go rozluźnić. I o to właśnie chodziło: trochę rozkojarzenia, mniej czujności wtedy łatwiej zrealizować plan.

Sypałem kawę do filiżanki pod uważnym spojrzeniem Szymona, który usiadł już przy stole, skrzyżował ramiona i z lekkim rozbawieniem śledził moje ruchy. W końcu sam nie wytrzymał ciszy:

Ola, po co ci to wszystko? zapytał spokojnie. I gdzie jest Iwona? jeżeli to jakiś żart, to nie powiem, żeby błyszczał inteligencją.

Zamarłem. Przez chwilę szukałem odpowiednich słów, a potem posłałem mu krzywy uśmiech, udając luz:

Skąd wiedziałeś? I nie, to nie żart eksperyment raczej. Iwona nic nie wie.

Szymon tylko uniósł brwi, kręcąc w palcach filiżankę. Interesowało go, do czego zmierzam, ale nie chciał okazać podniecenia.

Przecież jesteście zupełnie różne, choć bliźniaczki powiedział, przechylając głowę. Jak można się w was pomylić?

Nie doczekując się odpowiedzi, sięgnął po telefon i wysłał Iwonie krótką wiadomość z pytaniem, gdzie jest. Ekran na chwilę rozświetlił jego twarz, potem zgasł.

To w czym sedno tego eksperymentu? powtórzył, chowając telefon do kieszeni.

Pokręciłem się chwilę na krześle, sięgnąłem po filiżankę herbaty; upiłem łyk, i dopiero wtedy odparłem, z nieoczekiwanym entuzjazmem:

Wszyscy nas mylą. Mówisz, iż jesteśmy inne, ale choćby mama zgubiłaby się, gdybyśmy wyglądały identycznie. Zakładamy to samo, robimy podobne fryzury i już, jak dwie krople wody.

Zamilkłem na chwilę, wspominając niezręczne chwile z przeszłości, po czym ciągnąłem dalej:

To bywa męczące. Zwłaszcza, gdy sprawa dotyczy uczuć. Tyle razy było niezręcznie, bo ktoś się pomylił. Kiedyś mój chłopak zaprosił mnie na randkę, a zamiast mnie podszedł do Iwony była bliżej. Albo odwrotnie: Iwona chciała zagadać do twojego kumpla, a on wziął ją za mnie i palnął coś, czego ona nie chciała słyszeć.

A nie prościej by było zmienić fryzurę? spytał Szymon, przechylając lekko głowę. Wiedziałem, iż Iwona wspominała mu, iż jestem uparta, nie chcę zmian w wyglądzie. Lubiłem te zamienności, a siostra godziła się na moje fanaberie.

Westchnąłem i uśmiechnąłem się pogodnie, jak gdyby w odpowiedzi na coś kwaśnego.

To by było nudne pokręciłem głową. Obiecaliśmy sobie nie zmieniać wyglądu przed końcem studiów. Taki mamy układ. Poza tym czasem daje to korzyści. choćby wykładowcy nie zawsze wiedzą, która to która.

Zaśmiałem się krótko, dumy nie kryjąc.

Jasne, rozumiem mruknął Szymon. W tym momencie rozległ się sygnał wiadomości. Spojrzał na telefon, przeczytał i przytaknął sam sobie. Iwona czeka na mnie w naszej kawiarni. Chyba nie ma pojęcia, gdzie jestem.

Spojrzał na mnie i zobaczyłem w jego oczach cień współczucia.

Nie bój się, nie pisnę słówka o eksperymencie. Rozumiem, iż martwisz się o siostrę. Nie chcę mieszać między wami.

Rozluźniłem się, z ulgą dziękując mu w myślach.

Dzięki, Szyniu. Jesteś naprawdę spoko facetem.

No to idę, żeby Iwona nie zaczęła się martwić powiedział, wstając.

Drzwi zamknęły się cicho, a ja zostałem sam. Nagle cisza w mieszkaniu wydała mi się za ciężka. Wróciłem do kuchni, usiadłem i chwyciłem brzeg stołu. Dlaczego wszystko nie wyszło? Dlaczego on od razu się zorientował? Cały misterny plan, cała staranność wszystko rozsypało się w kilka minut.

Myśli wracały do pierwszego spotkania z Szymonem. To wtedy, jego uśmiech, bezpośredniość i pewność siebie od razu trafiły mnie prosto w serce. Za każdym razem, gdy był w pobliżu, ręce mi słabły, miałem suchy język i próbowałem w głowie wyćwiczyć rozmowę na wypadek przypadkowego spotkania. Nigdy się nie odważyłem. Strach przed odrzuceniem był silniejszy.

A Iwona? Ona zawsze działała. Po prostu przyprowadziła Szymona do domu. Poznajcie się, to Szymon powiedziała, a rodzice prędko się zachwycili, iż ich córka znalazła takiego chłopaka.

Pamiętam tamten wieczór dokładnie. Stałem w progu salonu, gdy Szymon swobodnie rozmawiał z rodziną, śmiał się z żartów taty i grzecznie odpowiadał mamie na pytania. Trzymałem maskę spokoju, mimo iż w środku aż kipiało.

On miał być mój! Przecież ja pierwsza go zauważyłem i pomyślałem o nim jak o kimś więcej! To ja śniłem o długich rozmowach i wspólnych spacerach. Marzenia prysły, gdy Iwona po prostu go zdobyła, nie licząc się z moimi uczuciami.

Zacisnąłem pięści. Wiem, iż muszę się ogarnąć, ale trudno powstrzymać to uczucie krzywdy.

Iwona zawsze miała łatwość przyciągania ludzi. Była jak promyk słońca otwarta, dowcipna, promienista. Kochała imprezy, miała mnóstwo znajomych, a jednocześnie nigdy nie miała problemów na studiach, jakby wszystko jej przychodziło z łatwością.

Patrzyłem na nią z cieniem żalu. Byłem z charakteru odwrotny zamknięty, poważny, wolałem książki niż tłumy. Gdy Iwona zapraszała mnie na spotkania, zwykle odmawiałem. Teraz się zastanawiam: może powinienem był choć raz się przełamać? Być może wtedy Szymon zwróciłby uwagę na mnie tego rozważnego, statecznego, a nie na wulkan energii…

Wiedziałem jednak, iż chodzi nie tylko o styl życia. Iwona po prostu była sobą i to wystarczyło nikt nie był w stanie jej nie zauważyć. Ja zawsze analizowałem, myślałem, czy czegoś nie zepsuję. Efekt: wiecznie w tle.

Często powtarzałem sobie, iż kiedyś to moje podejście przyniesie efekty. Ale wieczorami, gdy do mieszkania wdzierała się cisza, wyobrażałem sobie, jak mogłoby być inaczej.

Kiedy Iwona z rozpromienioną twarzą ogłosiła przy kolacji, iż wychodzi za mąż, w środku mnie coś pękło. Uśmiechnąłem się, pogratulowałem, przytuliłem ją, ale w głowie tylko jedna myśl: to nie może być prawda! Wieczór przeczekałem, pozornie wesoły, wyśmiewając się i żartując, a wewnątrz byłem pusty.

Przez kolejne dni nie spałem. Scenariusze w głowie, szukanie wyjścia, rozważania. Ostatecznie wpadłem na plan idealny.

Jeśli Szymon zobaczy we mnie Iwonę, jeżeli mu się spodoba… a ona nas przyłapie będzie po wszystkim. Nigdy nie wybaczy jej zdrady. Szymon nie będzie już mógł być z żadną z nas. To jedyne sprawiedliwe.

Każdy szczegół miałem dopracowany. Wino takie, które rozluźnia. Oświetlenie, rozmowy, gesty, choćby ślady cieni na ścianach. Przed lustrem ćwiczyłem uśmiechy, mimikę, gestykulację siostry lekki przechył głowy, ruch ręką, swobodna poza.

Nadszedł dzień akcji. Byłem zdenerwowany, spocone dłonie i wyschnięte gardło. Wszystko szło według planu do momentu, gdy Szymon rozpoznał mnie prawie od razu.

Katastrofa totalna. Zamiast ulec urokowi, Szymon zorientował się błyskawicznie, elegancko zakończył spotkanie i pojechał do prawdziwej narzeczonej.

Siedziałem potem w pokoju, gapiąc się w jeden punkt. Plan idealny okazał się kompletną klapą. Czas leciał, ślub za pasem, a ja dalej nie miałem pomysłu, jak to wszystko odmienić.

Muszę wymyślić coś nowego, dopóki nie jest za późno. Nerwowo ściskałem brzeg obrusu. Gdyby teraz się nie udało, nie będzie już więcej okazji

***

Kilka tygodni później Iwona, promieniejąc, zebrała nas wszystkich przy stole i ogłosiła radosną nowinę spodziewa się dziecka. Jej oczy błyszczały szczęściem, głos łamał się od wzruszenia, gdy opowiadała, jak długo na to czekali. Rodzice byli w siódmym niebie.

A ja milczałem z filiżanką herbaty w ręku, której już choćby nie czułem. Z całych sił próbowałem zachować neutralną minę, uśmiechałem się, kiwałem głową. W środku ból niemal fizyczny. Każde słowo siostry, każdy pełen dumy uśmiech rodziców wbijał się we mnie jak kolec.

Widziałem, jak się zmieni nasza rodzina regularne zjazdy, gdzie Szymon będzie już nieodłącznym elementem, rodzinne święta, gdzie będzie dmuchał na ciążowy brzuszek Iwony, cieszył się kolejnymi etapami. Wizje te nachodziły mnie jedna po drugiej każda bolała bardziej.

Nie mogłem dłużej tego znosić. Myśl, iż trzeba działać, narastała. I wtedy pojawił się nowy pomysł. Okrutny, ale logiczny. Co może silniej rozbić szczęście, niż strata oczekiwanego dziecka? Przerażająca myśl, ale wydawała mi się jedyną szansą.

Zobaczyłem spojrzenie Iwony ciepłe, ufne, pełne miłości do nienarodzonego dziecka. Przez moment zaswędziało mnie sumienie, ale gwałtownie je stłumiłem. Znałem lekarza, który za odpowiedni przelew wydałby potrzebny środek wywołujący powikłania. Nic nielegalnego, po prostu lek, który… miałby swoje skutki.

Zaśmiałem się cicho zduszony dźwięk, pełen zimnej determinacji. Iwona odwróciła się na ten śmieszek i uśmiechnęła się, myśląc, iż dzielę jej radość.

Wasze szczęście nie potrwa długo powtarzałem sobie patrząc na przyszłych rodziców. W oczach miałem stalowy chłód kogoś, kto właśnie się zdecydował

***

Napijesz się soku? zapytałem naturalnie Iwonę, starając się zabrzmieć zwyczajnie. Uśmiechnąłem się, tak jak setki razy ćwiczyłem przed lustrem. Kupiłem twój ulubiony.

Dzięki, to przemiłe odpowiedziała od razu, jej twarz zalała fala ciepłego, szczerego uśmiechu. Pociągnęła za rękę i lekko ją ścisnęła. Jesteś najlepszym bratem na świecie!

Zamarłem na ułamek sekundy. Jednak już się opanowałem.

Zaraz ci przyniosę starałem się odpowiedzieć spokojnie.

Na kuchni wyjąłem sok, dolałem do szklanki. Ręką sięgnąłem do kieszeni po małą tabletkę. Zacisnąłem ją w dłoni i wtedy mnie tknęło.

Co ja adekwatnie robię? Spojrzałem raz na szklankę, raz na tabletkę. Przed oczami przelatywały mi obrazy: szczęśliwa Iwona, pokładająca plany na przyszłość; rodzice rozpierani dumą; Szymon, troskliwy i zadowolony.

Naprawdę jestem zdolny do czegoś takiego? Do zniszczenia tego szczęścia tylko dlatego, iż coś mi nie wyszło? Poczułem w środku dreszcz zgrozy.

Nie! To nie jestem ja. To szaleństwo. Nie mogę stać się kimś takim.

Otworzyłem dłoń tabletka upadła na blat. Wziąłem głęboki wdech.

Ola? Co się dzieje? Głos Iwony rozległ się w drzwiach. Stała już w kuchni, patrząc na mnie z troską. Jakiś blady jesteś. Zadzwonić po lekarza?

Podniosłem na nią wzrok. Nagle, po raz pierwszy od dawna, zobaczyłem całą prawdę jej szczerość, jej miłość, dziecięcą radość, jaką czerpie z mojej obecności. To było prawdziwe i bezcenne.

Nic mi nie jest, tylko na moment zakręciło mi się w głowie wymusiłem uśmiech. Już nalewam ci soku. Zaraz zrobię sobie herbatę i pogadamy.

Odwróciłem się do zlewu, puściłem wodę, stawiając kubek pod kran. Palce lekko mi drżały, ale nie dbałem już o to. Każda czynność przeciągała się, jakbym szedł przez mgłę.

W środku cały czas kołatała się refleksja: ledwo nie zrobiłem czegoś, co zniszczyłoby nas wszystkich. Tak łatwo popaść w obsesję, jeżeli pozwolić jej rosnąć jak chwast.

Wsypałem herbatę, zalałem wrzątkiem i mieszałem powoli, czując kojący aromat. Spojrzałem na Iwonę, wciąż zadowoloną i uśmiechniętą. Słuchałem jej, czasem przytakując. Czułem w sobie nie ulgę, ale silną nową determinację.

Nie pozwolę już, aby zazdrość mną rządziła! Nie dam się zniszczyć zawiści i wyrzutom! Wiem, co jest dla mnie ważne: więź z rodziną, spokój duszy, przyszłość.

Teraz pierwszy krok to przyznać się potrzebuję wsparcia. Nie można się tego wstydzić. Trzeba umieć powiedzieć: Nie radzę sobie. Potrzebuję pomocy.

***

Gdy przyszła na świat córka Iwony śliczna, rumiana Jagódka cała rodzina oszalała na jej punkcie. Mała przyszła na świat spokojnej, czerwcowej nocy, a rano wszyscy mogli ją zobaczyć przez szybę szpitala. Malutka, z czarną czuprynką i długimi rzęsami, spała słodko w kocyku, a każdemu robiło się ciepło na sercu.

Pierwsze dni w domu były ciągiem wzruszających chwil. Iwona z Szymonem na zmianę wstawali do łóżeczka, uczyli się przewijać, karmić, usypiać. Rodzice z torbami pieluszek i zabawek przychodzili w odwiedziny, babcia szydełkowała maleńkie buciki, a dziadek z dumą chwalił się wszystkim sąsiadom wnuczką.

A ja Przełamałem się. Od tamtego dnia zacząłem częściej odwiedzać siostrę. Na początku bardziej z obowiązku, ale niedługo zakochałem się w tej małej istotce. Z każdym dniem spędzałem z nią coraz więcej czasu: tuliłem, przewijałem, kupowałem śliczne ubranka i cieszyłem się z jej pierwszych uśmiechów. Gdy zaczęła stawiać pierwsze kroki, zawsze podtrzymywałem ją za rękę, cieszyłem się każdym jej osiągnięciem.

Byłem dla niej nie tylko wujkiem, ale i przyjacielem. Razem układaliśmy wieże z klocków, czytaliśmy bajki, śmialiśmy się do łez. Iwona zauważyła tę więź i pewnego wieczoru szepnęła mi z czułością:

Dziękuję. Wiem, jak bardzo ją kochasz. To dla niej najważniejsze mieć takiego wujka.

Oblałem się rumieńcem. Nie spodziewałem się, iż opieka nad kimś może mi przynieść tyle radości. Dzięki temu odnalazłem zagubione poczucie sensu, ciepła, bezwarunkowej miłości.

Patrząc dziś na rozbrykaną Jagódkę, wiem jedno: czasem los daje nam nieoczekiwane prezenty. I właśnie przez troskę o innych odnajdujemy własny spokój, pogodzenie z losem i szczęście.

Tego dnia zrozumiałem cokolwiek się zdarzy, najważniejsze to nie dać się zżreć zazdrości. Kochając i pomagając innym, daję też coś samemu sobie i czuję, iż jestem dokładnie tam, gdzie być powinienem.

Idź do oryginalnego materiału