Na łączach
Poranki u Bożeny Stanisławówny wyglądały zawsze tak samo. Czajnik na gazie, dwie czubate łyżeczki herbaty do grubego, obitego imbryka, który trzymała na specjalne okazje jeszcze od czasów, gdy jej dzieci były małe i wydawało się, iż całe życie przed nią. Gdy woda zaczynała szumieć, włączała w kuchni radio i jednym uchem podsłuchiwała wiadomości. Głosy spikerów były jej bardziej znajome niż niejedna twarz.
Na ścianie wisiał zegar z żółtymi wskazówkami. Wskazówki pracowały dzielnie, ale dzwonek stacjonarnego telefonu tuż pod nimi odzywał się coraz rzadziej. Kiedyś terkotał co wieczór to koleżanki dzwoniły wymienić się opiniami o serialu czy ciśnieniu. Teraz koleżanki częściej chorowały, wyjeżdżały do dzieci do Krakowa lub Poznania, albo po prostu odchodziły już na zawsze. Telefon stał w rogu, ciężki, z słuchawką dobrze leżącą w dłoni. Bożena od czasu do czasu gładziła go po głowie, mijając jakby sprawdzała, czy wciąż działa ten sposób łączności ze światem.
Dzieci dzwoniły do siebie komórkami. To znaczy, Bożena wiedziała, iż dzwonią, bo jak przyjeżdżali, to komórki mieli wprawione w dłoń niczym widelec podczas obiadu. Syn potrafił w środku rozmowy nagle zamilknąć, zapatrzyć się w ekran, mruknąć: Chwila i zacząć stukać w szkło. Wnuczka, chuda dziewczynka z długim końskim ogonem, wcale praktycznie nie wypuszczała telefonu z rąk. Miała tam całą szkołę, przyjaciół, piosenki, choćby lekcje. Wszystko tam, tylko nie tu.
Jej samej został stary, poczciwy telefon z klapką. Kupił go syn, jak pierwszy raz trafiła do szpitala z ciśnieniem.
Żebyśmy zawsze mogli się dodzwonić powiedział wtedy poważnie.
Telefon leżał w szarym etui w przedpokoju. Często zapominała go ładować. Często leżał na dnie torebki, pod chustkami i paragonami z Biedronki. Dzwonił rzadko, a jak już zadzwonił, Bożena zwykle zdążyła zgubić się w guziczkach i potem wyrzucała sobie powolność jeszcze pół dnia.
Tego dnia skończyła siedemdziesiąt pięć lat. Cyfra brzmiała jakby nie jej. W środku czuła się na jakieś dziesięć, góra piętnaście lat mniej. Ale dowód nie kłamie. Poranek przeszedł standardowym torem: herbata, radio, krótka gimnastyka stawów według rozpiski od lekarza z przychodni. Potem wyjąła z lodówki sałatkę przygotowaną dzień wcześniej i położyła na stół drożdżówkę. Dzieci zapowiedziały się na czternastą.
Wciąż nie mogła wyjść z podziwu, iż teraz urodziny ustala się nie przez telefon, tylko przez jakiś czat. Syn wytłumaczył kiedyś:
Z Tosią wszystko ogarniamy na czacie rodzinnym. Pokażę Ci kiedyś.
Ale jakoś nie pokazał. Dla niej czat brzmiał jak z innego świata miejsca, gdzie ludzie mieszczą się w kolorowych okienkach i gadają do siebie literkami.
Przyszli równo o czternastej. Najpierw wpadł wnuk Bartek z plecakiem i słuchawkami na szyi, za nim cicho przemknęła wnuczka Jagna, potem już syn z synową, objuczeni siatkami z marketu. W mieszkaniu momentalnie zrobiło się ciasno i gwarno. Pachniało ciastem z cukierni, perfumami synowej i czymś świeżym, co trudno było nazwać.
Mamusiu, wszystkiego najlepszego! syn przytulił ją mocno, pośpiesznym gestem, jakby zaraz miał wybiec dalej.
Prezenty wylądowały na stole, kwiaty w wazonie. Jagna pierwsze co pyta o hasło do internetu. Syn, krzywiąc się, wygrzebuje kartkę z kieszeni i dyktuje litery i cyfry tak, iż Bożenie zaczęło szumieć w głowie.
Babciu, a dlaczego Ty nie jesteś w czacie? zagaduje Bartek, zdejmując adidasy. Tam przecież cała rodzina działa.
A na co mi ten czat wzrusza ramionami, podsuwając mu kawałek drożdżówki. Ten telefon mi wystarcza.
Mamusiu włącza się synowa adekwatnie z tej okazji wymienia z synem porozumiewawcze spojrzenie mamy dla Ciebie prezent.
Syn wyciąga z siatki eleganckie, białe pudełko z połyskującym nadrukiem. Bożena natychmiast poczuła, jak rośnie jej niepokój. Już wiedziała, co tam jest.
telefon obwieścił, jakby stawiał diagnozę. Zwykły, nie najdroższy, ale solidny. Jest kamera, internet, wszystko.
Na co mi to? spytała, trzymając głos w ryzach.
Mamo, będziesz mogła rozmawiać z nami przez wideo synowa jak automat, przekonująco, choć Bożenie uszy więdły od jej pewności. Na czacie rodzinnym wstawiamy zdjęcia, newsy. Teraz wszystko załatwia się online choćby do lekarza zapisać się można, rachunki podejrzeć. Sama narzekałaś na te kolejki w przychodni.
Jakoś sobie poradzę zaczyna, ale widzi, jak syn delikatnie wzdycha.
Mamusiu, nam będzie spokojniej. Jak coś napiszesz od razu. Albo my napiszemy. Bez szukania Twojego klapka i szukania tej zielonej słuchawki.
Uśmiechnął się, próbując zmiękczyć słowa. Ale i tak poczuła ukłucie. Zielona słuchawka jakby już do niczego się nie nadawała.
No dobrze spojrzała na pudełko. Skoro tak chcecie.
Pudełko rozpakowywali wszyscy razem, jak dawniej zabawki pod choinką. Tyle iż teraz dzieci były dorosłe, a ona w ich środku czuła się raczej jak uczennica, niż bohaterka dnia. Wyjęli z wnętrza cienki czarny prostokąt. Był zimny i śliski. Na ekranie nie było ani jednego guzika.
Tu wszystko działa dotykowo wyjaśnia Bartek. Wystarczy musnąć, o tak.
Przesunął palcem po szkle i ekran rozbłysnął kolorowymi znaczkami. Bożena aż drgnęła. Wydawało jej się, iż to jakaś chytra maszynka, która zaraz zacznie żądać hasła, loginu ani diabli wiedzą, czego jeszcze.
Nie bój się odezwała się niespodziewanie miękko Jagna. My wszystko ustawimy. Tylko nic nie klikaj sama, zanim nie pokażemy.
Te słowa zabolały najmocniej. Nic nie klikaj sama jak do pięciolatka, który zaraz potłucze wazę z kredensu.
Po obiedzie wszyscy przenieśli się do pokoju. Syn usiadł obok na kanapie, położył telefona na jej kolanach.
Popatrz zaczyna. To tu włączasz, trzymasz. Wyskakuje logo, potem blokada. Przeciągnij palcem. O, tutaj.
Pokazywał wszystko w takim tempie, iż Bożenie kręciło się w głowie. Klocki, blokady, tapety jakby mówił w obcym języku.
Poczekaj prosi. Po jednym, bo zaraz zgubię.
A dasz spokój! machnął ręką. Zobaczysz, samo pójdzie.
Kiwnęła głową, choć wiedziała, iż u niej tak łatwo nie będzie. Jej trzeba czasu, żeby pogodzić się z tym, iż świat mieści się w takich prostokątach i jeszcze trzeba się nauczyć tam wejść.
Do wieczora w telefonie zapisane były już numery dzieci, wnuków, sąsiadki Krysi z czwartego piętra i lekarza rodzinnego. Syn zainstalował komunikator, założył konto, wrzucił do rodzinnego czatu. Powiększył jej czcionkę, żeby nie musiała mrużyć oczu.
Spójrz pokazuje. To nasz czat. Tu piszemy. Napiszę coś na próbę.
Nabazgrał gwałtownie wiadomość. Pojawiło się na ekranie, za chwilę odpowiedź od synowej: Hurra, mama jest z nami! Potem od Jagny: seria kolorowych emotikonek.
A ja jak? zapytała nieśmiało. Jak ja mam napisać?
Tu stukasz syn pokazuje pole do wpisania. Wyskakuje klawiatura. Piszesz. A jak nie chcesz pisać, to możesz nagrywać głos. Wciskasz mikrofon i mówisz.
Spróbowała. Palce się trzęsły. Zamiast dziękuję wyszło coś w stylu dzienkuje. Syn zachichotał, synowa też. Jagna rozprawiła się z kolejną porcją uśmiechów.
Spokojnie powiedział syn, widząc jej spięcie. Każdemu na początku nie wychodzi.
Pokręciła głową, choć czuła się, jakby oblała podstawowy egzamin.
Gdy pojechali, znów zrobiło się cicho. Na stole zostały okruchy drożdżówki, kwiaty w wazoniku i białe pudełko ze telefonem. Sam aparat leżał obok, ekranem do stołu. Ostrożnie go przewróciła. Ekran był czarny. Nacisnęła boczny przycisk, jak pokazywał syn. Rozświetlił się łagodnym światłem. Widniała na nim fotografia rodziny postawiona przez Jagnę: wszyscy razem przy zeszłorocznym stole wigilijnym. Poznała się z profilu w granatowej sukience i z brwią lekko w górze, jakby już wtedy się wahała, czy ten tłumek dalej jest jej miejscem.
Przeciągnęła palcem jak uczyli. Pokazały się ikonki. Telefon, wiadomości, kamera, coś jeszcze Przypomniała sobie, jak syn mówił: Nie klikaj nic, czego nie znasz. No ale jak rozpoznać, czego nie zna?
Odłożyła telefona na stół i poszła umyć talerze. Niech sobie poleży. Niech przywyknie do tego mieszkania.
Następnego dnia wstała wcześniej niż zwykle. Pierwsze, na co spojrzała, to nowy telefon. Leżał jak obcy przybysz. Wczorajszy strach trochę osłabł. To w końcu tylko przedmiot. Przedmioty da się okiełznać. Jakoś nauczyła się obsługi mikrofalówki, chociaż bała się, iż wybuchnie.
Zrobiła herbatę, siadła przy stole, przyciągnęła sobie telefona. Włączyła. Dłoń była spocona. Znowu pojawiła się ta rodzinna fotografia. Przeciągnęła palcem. Znalazła zieloną słuchawkę nareszcie coś znajomego i wcisnęła.
Pokazała się lista kontaktów: syn, synowa, Jagna, Bartek, Krysia z czwartego piętra. Wybrała syna. Nacisnęła. Telefon zamruczał, pojawiły się kreski na ekranie. Przyłożyła do ucha jak zwykły telefon, czekała.
Halo? syn brzmiał lekko zaskoczony. Mamuś? Coś się stało?
Nic. Chciałam sprawdzić, czy działa.
No co Ty! zaśmiał się. Wiedziałem, iż dasz radę. Wiesz, można dzwonić przez komunikator taniej wyjdzie.
Jak to? zdębniała.
Pokażę później, teraz mam spotkanie.
Rozłączyła się, czerwoną słuchawką. Serce waliło jak po biegu. Ale w środku zrobiło się ciepło. Sama zadzwoniła. Nikogo nie prosiła.
Po kilku godzinach przyszła pierwsza wiadomość w rodzinnym czacie. Telefon mruknął, ekran zamigotał. Jagna: Babciu, jak się czujesz? Pod spodem migało małe pole do pisania.
Długo się przyglądała temu polu. W końcu kliknęła. Wyskoczyła klawiatura. Litery drobne, ale dało się rozczytać. Stukała pojedynczo. W nie trafiła. Wyszło E. Skasowała. Jeszcze raz. Ręce drżały. Pisała tę odpowiedź z dziesięć minut, zanim wyszło: Wszystko dobrze. Piję herbatę. W dobrze oczywiście błąd, ale nie poprawiała. Wysłała.
Po chwili ukazała się jej wiadomość, a zaraz potem odpowiedź Jagny: Super! Sama napisałaś? I serduszko.
Złapała się na tym, iż się uśmiecha. SAMA. Napisała. Jej słowa pojawiły się tam, gdzie zawsze krążyły tylko cudze.
Wieczorem wpadła sąsiadka Krysia, przyniosła słoik dżemu.
No Ty, słyszałam, młodzież Ci ten chytrus no ten najmądrzejszy telefon kupili zagadnęła, przebierając kapcie w przedpokoju.
telefon poprawiła ją Bożena. Słowo brzmiało w jej ustach dziwnie nowocześnie, ale choćby jej się spodobało.
I jak? Nie gryzie? uśmiechnęła się Krysia.
Na razie tylko popiskuje westchnęła Bożena. Zero guzików, wszystko inaczej.
Mój wnuk też mnie namawia. Mówi, iż bez tego ani rusz. Ale co mi po internetach, jestem za stara.
Za stara aż zabolało. Sama często tak mówiła. Ale teraz po pokoju leżała rzecz, która przekornie szeptała: Jeszcze nie za późno. Przynajmniej warto spróbować.
Parę dni później syn zadzwonił, iż zapisał ją do lekarza przez internet. Zdziwiła się.
Jak to przez internet?
Przez ePUAP tłumaczył. Teraz wszystko tam. Masz hasło i login na kartce w szufladzie pod telefonem.
Zajrzała faktycznie, leży karteluszek z ciągiem znaków. Spojrzała na niego jak na receptę: wszystko na oko jasne, ale co dalej nie wiadomo.
Następnego dnia zebrała się na odwagę. Włączyła telefona, znalazła przeglądarkę, którą syn raz pokazywał. Kliknęła. Pojawiło się białe pole i okienko na górze. Wpisała adres przepisując z kartki, symbol za symbolem i już dwa razy musiała kasować. W końcu strona się załadowała. Niebiesko-białe paski, jakieś guziki.
Wprowadź login przeczytała szeptem. Hasło.
Login jeszcze jakoś weszło. Z hasłem gorzej: litery, cyfry, wszystko się mieszało, ekran zmieniał klawiaturę raz na litery, raz na cyfry, raz uciekł cały tekst. Klnęła pod nosem na tę całą technologię. Ostatecznie odłożyła telefona i sięgnęła po stacjonarny.
Nic mi nie wychodzi! zameldowała synowi. Wasze hasła to jakiś sadystyczny wymysł.
Mamo, nie denerwuj się uspokajał. Wieczorem przyjdę, pokażę jeszcze raz.
Ty wiecznie przyjeżdżasz, pokazujesz i znikasz zaskoczyła samą siebie w tym narzekaniu. Potem znowu sama
Zapanowała cisza.
Rozumiem, ale mam pracę. Może z Bartkiem wpadniemy, jest lepszy w te wszystkie rzeczy.
Zgodziła się, ale po zakończonej rozmowie poczuła ciężar. Bez nich nic. Jak kula u nogi.
Wieczorem Bartek przyszedł, zdjął adidasy, wszedł do pokoju, siadł na kanapie.
Pokaż, babciu, co tam się nie zgadza.
Otworzyła stronę, podała mu telefon.
Wszystko tu jest trudne przyznała. Boję się, iż kliknę źle i zniknie.
Najwyżej cię wyloguje machnął ręką. Nic wielkiego, klikniemy znowu.
Gadał szybko, ale łagodnie. Pokazywał, co gdzie kliknąć, jak zmienić język, jak sprawdzić miejsce do lekarza.
Tu masz wizytę. Jakby coś, zawsze możesz odwołać, o tu.
A jak odwołam przypadkowo?
To znowu się zapiszesz. Luz.
Dla niego luz, dla niej droga przez mękę.
Jak wyszedł, długo siedziała z telefonem. Ten mały ekran nieźle ją hartował tu login, tam hasło, za chwilę błąd połączenia. Świat kiedyś był prostszy: dzwonisz, umawiasz, idziesz. Teraz trzeba jeszcze wiedzieć, którą kliknąć ikonkę.
Tydzień później była afera z wizytą. Obudziła się półżywa, ciśnienie szalało. Pamiętała, iż za dwa dni ma lekarza. Chciała sprawdzić godzinę, włączyła telefon, weszła na ePUAP. I nie widzi swojej wizyty.
Serca podeszło do gardła. Przewija, szuka nic. Wczoraj przecież nic nie ruszała a może, próbując, kliknęła nie tam?
Zaczęła panikować. Bez zapisów musiałaby do lekarza siedzieć w kolejce, dusić się w poczekalni, kaszlący tłum a jej już ciężko. Chciała zadzwonić do syna, ale miał trudny tydzień. Wyobraziła sobie, jak w pracy znowu odbiera telefon: Przepraszam, mama nie radzi sobie z telefonem.. Z tej myśli zrobiło się już nieprzyjemnie.
Wzięła się w garść. Posiedziała, pooddychała. Przypomniała sobie Bartka, ale u niego pewnie zajęcia. No i nie chciała znowu wołać ratunku.
Spojrzała na telefona. Ten mały czarny prostokącik Może on jakoś wyciągnie ją z kłopotu. Wolno weszła na stronę, znalazła zakładkę zapisów i faktycznie: pustka. Zebrała się na odwagę, kliknęła zapisz na wizytę. Wybrała lekarza, najbliższy termin dopiero za trzy dni. Trudno, lepsze to niż nic. Potwierdziła i zamarła.
Ekran przez chwilę myślał, po czym wyskoczyło: Jesteś zapisana. Jej nazwisko, data. Przeczytała ze cztery razy, pewności nabrać. Uff! Zrobiła to sama.
Dla pewności jeszcze jedno włączyła komunikator, odnalazła czat z lekarzem rodzinnym, który syn dodał do kontaktów. Długo zbierała się, ale w końcu nacisnęła mikrofon.
Dzień dobry, mówi Bożena Stanisławówna. Mam wysokie ciśnienie, zapisałam się na wizytę przez system na środę rano. Proszę zerknąć.
Wysłała, dreszcz ją przeszedł. Po chwili: Dobrze, widzę Panią w systemie. Proszę dzwonić jak się pogorszy odpowiedź doktora.
Poczuła, jak trochę ją puszcza. Jest zapis, lekarz wie. Wszystko przez ten mały ekran.
Wieczorem wpisała do rodzinnego czatu: Sama zapisałam się do lekarza przez internet. Błąd w zapisałam, ale już machnęła ręką. Sens najważniejszy.
Pierwsza odpowiedziała Jagna: Wow! Babciu, jesteś lepsza ode mnie! Zaraz synowa: Mamusiu, dumna jestem! Na końcu syn: A nie mówiłem? Wszystko dasz radę.
Czytała to i aż coś rozpierało ją w środku. Może i nie była mistrzynią memów i szybkiej wymiany, ale między nimi i nią pojawiła się jakaś nitka. Można pociągnąć i czuć odpowiedź.
Po spokojnej wizycie u lekarza postanowiła nauczyć się jeszcze czegoś. Jagna mówiła kiedyś, iż z koleżankami rzucają sobie fotki obiadu, kotów i różnych śmiesznych rzeczy. Wydawało się to Bożenie śmieszne i trochę głupie, ale czasem zazdrościła tego wspólnego obrazka dnia, a u niej tylko radio i widok na osiedle.
W jeden pogodny dzień, gdy na parapecie lśniły słoiki z rozsadą, otworzyła kamerę w telefonie. Na ekranie pojawiła się kuchnia zamknięta w ramce. Przesunęła telefon ku słoikom, nacisnęła kółko na dole. Cichy klik.
Zdjęcie trochę nieostre, ale znośne. Małe zielone kiełki i światło na stole. Przypominało jej samej siebie z tym telefonem też się pcha do światła, choć ziemia ciężka.
W rodzinny czat wysłała zdjęcie i napisała: Moje pomidory rosną. Wysłała.
Odpowiedzi nadeszły prawie od razu. Jagna zdjęcie pokoju z powodzią podręczników. Synowa talerz sałatki i podpis Uczę się od Pani. Syn selfie z biura z komentarzem: U mamy pomidory, u mnie raporty. Kto ma lepiej?
Śmiała się głośno. Kuchnia nagle przestała być pusta. Jakby wszyscy siedzieli przy stole, każdy w innym mieście, ale razem.
Czasem oczywiście nie wszystko szło gładko. Raz przez pomyłkę wysłała głosówkę do czatu rodzinnego, gdzie słychać było, jak gdera na telewizor i komentuje fakty. Wnuki miały ubaw po pachy, syn napisał: Mama, prowadzisz własny program!. Było jej głupio, ale i tak zaśmiała się. Przynajmniej było żywo.
Czasami myliła czaty, pytała publicznie, jak usunąć zdjęcie. Bartek łopatologicznie tłumaczył, Jagna odpisała ja też nie wiem, synowa wrzuciła mema: Mama, jesteś naszą influencerką.
Wciąż gubiła się w przyciskach i bała aktualizacji. Odśwież system to już brzmiało podejrzanie, jakby ktoś chciał zresetować dopiero, co wypracowane podstawy.
Ale każdego dnia bała się mniej. Zaczęła sama sprawdzać rozkład autobusów, pogodę już nie tylko z radia, choćby znalazła w internecie przepis na ciasto, które piekła jej mama. Wzruszyła się, widząc znajome składniki.
Nie chwaliła się nikomu, po prostu upiekła ciasto i wrzuciła zdjęcie w czat z podpisem: Pamiętam, jak robiła babcia. Wróciły serduszka, wykrzykniki, prośby o przepis. Pstryknęła kartkę z własnym, krzywym pismem i wysłała.
W pewnym momencie zauważyła, iż stacjonarny telefon coraz częściej pokrywa się kurzem. Wciąż wisiał, ale już nie był jedyną nitką do świata. Miała swój kabelek niewidzialny, ale mocny.
Któregoś wieczoru, gdy za oknem gasły światła w blokach, siedziała w fotelu ze telefonem i przeglądała rodzinny czat. Były tam zdjęcia z pracy syna, selfie Jagny z koleżankami, żarciki Bartka, wiadomości synowej o codziennych sprawach. Wśród nich już coraz mniej nieśmiałe wiadomości od niej: pomidory, głosówka z przepisem, pytanie o leki.
Nagle poczuła, iż nie jest już tylko biernym widzem zza szyby. Jasne, połowy tego, co piszą wnuki, przez cały czas nie łapała, nie sypała emotkami jak z rękawa. Ale na jej pytania odpowiadali, jej zdjęcia lajkowali. Jak mówiła Jagna.
Telefon cicho zapiszczał. Nowa wiadomość. Od Jagny: Babciu, jutro mam kartkówkę z matmy. Mogę do Ciebie zadzwonić po i ponarzekać?
Uśmiechnęła się i powoli napisała, uważnie stawiając litery: Dzwoń. Zawsze Cię posłucham. Wysłała.
Odłożyła telefona, obok postawiła kubek herbaty. W pokoju było cicho, ale ta cisza już nie była samotna. Gdzieś, na innych piętrach, w innych dzielnicach, czekały na nią telefony i wiadomości. Może nigdy nie zostanie królową internetowych czatów, ale znalazła swój własny zakątek w tej sieci prostokątów.
Dopiła herbatę, wyłączyła światło w kuchni, wyszła do pokoju, odruchowo rzuciła okiem na telefon. Mały czarny prostokącik spoczywał spokojnie na stole. Wiedziała, iż jeżeli zechce, wystarczy lekko dotknąć ekranu, by sięgnąć do swoich.
I to jej na ten moment w zupełności wystarczyło.













