Zawsze miałem wrażenie, iż to ja steruję swoim życiem. Praca w urzędzie miasta Krakowa, własny domek na spokojnym osiedlu pod Wieliczką, małżeństwo trwające już ponad dekadę, sąsiedzi, których znałem od dziecka. ale nikt, choćby ona, nie przeczuwał, iż sam prowadzę podwójne życie.
Od dawna miałem romanse. Bagatelizowałem je, przekonany, iż nie mają znaczenia, iż dopóki zbieram się i wracam do domu świat pozostaje nienaruszony. Nigdy nie czułem się zdemaskowany. choćby nie znałem prawdziwego wstydu. Pławiłem się w tej złudnej pewności kogoś, kto sądzi, iż zna reguły gry, w której nie przegrywa.
Moja żona, Wioletta, była osobą cichą. Jej dni płynęły ustalonym rytmem skrupulatne planowanie posiłków, serdeczne dzień dobry dla sąsiadów, klarowny i niemal banalny świat. Sąsiad z domu naprzeciw, pan Janusz, był typem człowieka, który zawsze się przewija w tle pożyczamy sobie śrubokręt, wystawiamy kubły na śmieci w tym samym czasie, czasem tylko krótkie cześć z podniesionej ręki. Nigdy nie widziałem w nim żadnego zagrożenia. Nie przychodziło mi do głowy, iż może przekroczyć tę granicę.
Wyjeżdżałem służbowo do Warszawy albo Poznania, wracałem przekonany, iż dom stoi nienaruszony, cichy i niezmienny.
Wszystko rozchwiało się pewnego popołudnia, gdy przez nasze osiedle przeszedł osobliwy ciąg kradzieży. Dzielnicowy zwołał zebranie, prosił, by sprawdzić monitoringi. Kierowany zwykłą ciekawością zasiadłem do naszego nagrania. Szukałem dziwności, nie rozmyślnej prawdy. Przewijałem w przód i w tył.
I przypadkiem zobaczyłem coś, czego nie chciałem widzieć.
Wioletta wchodzi drzwiami z garażu w godzinach, w których mnie nie było. Chwilę potem, jak cień ledwo odciśnięty w śniegu, pojawia się Janusz. Raz, drugi, trzeci. Tańczące cyferki dat i godzin. Cykliczność, powtarzalność. Wyraźny wzór.
Gapiłem się na to dalej.
Tam, gdzie sądziłem, iż jestem architektem tajemnic, ona również tkała swój własny splot. Różnica była taka, iż ból, który mnie przeszył, miał strukturę nierealną bardziej surrealną niż żałoba po śmierci ojca. Był inny, lepki, nieoswojony.
To był wstyd.
I upokorzenie.
Miałem wrażenie, iż całe moje poczucie godności krąży wśród tych zapętlonych nagrań z monitoringu, jakby dusiło się w czarnobiałym przenikaniu pikseli.
Postawiłem sprawę jasno daty, czasy, obrazki. Ona nie zaprzeczyła. Powiedziała, iż wszystko zaczęło się, gdy wycofałem się emocjonalnie, iż czuła się pusta, iż to po prostu się wydarzyło. Początkowo choćby nie przeprosiła. Błagała, by nie przykładać do tego miarki sądu.
I wtedy, jakby we śnie o krzywym lustrze, dotarła do mnie okrutna ironia tej historii:
nie miałem moralnego prawa jej oskarżać.
Przecież sam zdradzałem.
Sam kłamałem.
Ale ten fakt nie zmniejszał mojej udręki.
Najgorsza nie była sama zdrada. Najgorsze było dobitne olśnienie, iż dwóch ludzi może żyć dokładnie tą samą fikcją, w jednym domu, pod jednym dachem, z identycznym tupetem.
Myślałem, iż jestem sprytny, bo ukrywam to, czym żyję.
Byłem jedynie naiwny.
Zabolało mnie ego.
Zabolał mój wizerunek.
Zabolało najbardziej to, iż byłem ostatni, który dowiedział się, co naprawdę wydarza się w jego własnym domu.
Nie wiem, co stanie się z naszym małżeństwem. Nie zapisuję tu tego, by się tłumaczyć, ani ją oskarżać. Po prostu wiem już, iż są takie bóle, które są jak z innego świata niepodobne do niczego, co przeżyłem.
Czy powinienem wybaczyć?
Ona nie wie, iż też ją zdradzałem.








