Mateusz Kiszka: Na waszej stronie internetowej pojawia się historia o pierwszym „zleceniu”: weselu starszego brata. Mieliście wtedy siedem i jedenaście lat. To był rzeczywisty początek czy raczej rodzinna legenda?
Waldek Stube: To zdecydowanie bardziej anegdota niż realny start, ale coś wtedy się wydarzyło. Na weselu starszego brata pojawił się aparat – Smiena – i lampa, która nie miała akumulatorów. Każde zdjęcie oznaczało podejście do gniazdka, podłączenie kabla, zrobienie zdjęcia i odłączenie. Dzisiaj się z tego śmiejemy, iż na jednej kliszy zrobiliśmy chyba tysiąc zdjęć.
Dawid Stube: Najbardziej niezwykłe jest to, iż nie było żadnego innego fotografa. My byliśmy jedyni. Jedna klisza na całe wesele. Do dziś nie wiemy, czy coś z tego wyszło, bo tych zdjęć nigdy nie widzieliśmy. Ale samą sytuację pamiętamy bardzo dokładnie: ludzi, ustawianie do zdjęć, atmosferę. Zdjęć nie ma, ale pamięć została. To doświadczenie – choć dziecięce i chaotyczne – okazuje się dziś znaczące. Fotografia od początku wiązała się tu nie tyle z obrazem, ile z byciem w środku wydarzenia.
MK: Po tym epizodzie mija kilkanaście lat do momentu gdy postanowiliście związać swoją drogę zawodową z fotografią. Co się działo w tym okresie?
WS: Po tych pierwszych weselach Dawid fotografował dalej, a ja poszedłem na studia w innym kierunku. Trafiłem do studenckiej gazety – najpierw pisałem teksty, później ktoś zaproponował, żebym robił do nich zdjęcia. Aparatu nie miałem, więc korzystałem z uczelnianego.

fot. M. Kiszka
To jeszcze nie był moment przełomu, raczej próbowanie. Ten moment przyszedł dopiero w Anglii. Pracowałem w szpitalu i w Burger Kingu. Codziennie, idąc do pracy, mijałem sklep fotograficzny. Na wystawie stał Nikon D50. W pewnym momencie pomyślałem: „jak skończę tę pracę, kupię go”.
Po powrocie do Polski wydałem na aparat ogromne pieniądze, jak na tamte czasy – trzy i pół tysiąca złotych. Wszyscy mówili, iż zwariowałem, ale ja po prostu chciałem go mieć.
DS: U mnie fotografia od początku była związana z ludźmi. Zbierałem autografy – aktorów, muzyków, polityków. To była prawdziwa pasja. Żeby zdobyć podpis, trzeba było podejść do człowieka, przełamać dystans, wejść w sytuację, która często była niekomfortowa. Czasem ktoś mówił „nie”, czasem trzeba było poczekać, czasem spróbować inną drogą. Dziś widzę w tym pierwszą szkołę reportażu. To nauczyło mnie uważności, cierpliwości i tego, iż najważniejsze rzeczy dzieją się wtedy, kiedy człowiek jest gotowy, ale nie narzuca się rzeczywistości.
WS: Po powrocie z Anglii starszy brat powiedział swoim klientom, iż przyjadę zrobić zdjęcia na chrzcinach. Ja choćby nie znałem jeszcze dobrze aparatu. Byłem przerażony. Potem była komunia i seria przypadkowych spotkań z pewnym kamerzystą, który gdy mnie widział pytał: „robisz śluby?”. Za którymś razem powiedziałem: „jak będziesz miał jakieś zlecenie, zadzwoń”.
Wtedy pracowałem w banku. Osiem godzin za biurkiem, sprzedaż kredytów. Strasznie mnie to męczyło. I znowu przypadek: byłem w kinie, znowu spotkałem tego samego kamerzystę, padło to samo pytanie. Dopiero z perspektywy czasu widzę, iż to wcale nie było takie przypadkowe.
MK: Ów kamerzysta namówił was do wspólnego obsługiwania ślubów. Rozumiem, iż wtedy był ten impuls, iż chcecie to robić na poważnie. Opowiedzcie o tym okresie.
DS: Prawda, robiliśmy śluby dla kogoś innego. To było dobre doświadczenie, ale w pewnym momencie poczuliśmy, iż chcemy innego kontaktu z ludźmi, innego tempa, innej odpowiedzialności. Zaproponowałem, żebyśmy zrobili coś swojego.
WS: Rzuciłem pracę w banku.

fot. M. Kiszka
Trafiła się możliwość wynajęcia lokalu. Tak powstało studio. Początki były trudne i chaotyczne. Uczyliśmy się wszystkiego w biegu.
Ogromnie pomogli nam ludzie z branży – fotograf, który pokazał mi, jak działa zakład, jak funkcjonuje lab, jakich decyzji się nie da uniknąć.
Studio bardzo gwałtownie stało się czymś więcej niż miejscem usług. Ludzie przychodzili porozmawiać, czasem w ogóle nie pytali o zdjęcia. Te rozmowy miały ogromny wpływ na to, jak później pracowaliśmy z ludźmi podczas sesji.
MK: Często wspominacie jak istotny jest dla was kontakt z klientem. Jak to przekłada się na wasz sposób pracy przy fotografii ślubnej?
WS: Nigdy nie traktowaliśmy fotografii ślubnej jak chałtury czy kolejnego „tematu do odhaczenia”. To jest dla nas długie spotkanie z ludźmi, często zaczynające się dużo wcześniej niż sam dzień ceremonii. Zanim w ogóle weźmiemy aparat do ręki, chcemy poznać parę, zrozumieć, kim są i czego oczekują. Bardzo często to są rozmowy, które nie mają nic wspólnego z fotografią: o pracy, o rodzinie, o tym, jak się poznali. Dopiero z tego buduje się zaufanie. A bez zaufania nie da się zrobić uczciwego zdjęcia.
DS: To też dlatego nasze reportaże ślubne są raczej dokumentem niż inscenizacją.

fot. M. Kiszka
Nie interesuje nas reżyserowanie ludzi. Wolimy obserwować. Być blisko, ale nie wchodzić w kadr. jeżeli para po latach wraca do albumu i mówi, iż „dokładnie tak to pamiętają”, to znaczy, iż to zadziałało.
MK: Od początku FOTOSTUBE działa w Gnieźnie, staliście się swoistą marką na tym rynku. Jak wyglądają wasze relacje z innymi lokalnymi fotografami?
WS: Zawsze mieliśmy zasadę, iż nie traktujemy innych jak konkurencji. Raczej jak środowisko. Spotkania, rozmowy, współpraca. Wielokrotnie mogliśmy na siebie liczyć i to działało w obie strony.
DS: Nie mieliśmy poczucia monopolu. Byliśmy widoczni, bo robiliśmy dużo rzeczy naraz: śluby, studio, reportaże, warsztaty, działania społeczne. To dawało rozpoznawalność, ale nigdy nie było strategią dominacji.
MK: Ważnym elementem waszej drogi stały konkursy fotograficzne, jesteście na nich zauważani i nagradzani. Jak podchodzicie do tego elementu światka fotograficznego?
WS: Zawsze wysyłałem zdjęcia, które już istniały. Powstały przy okazji zlecenia albo realizacji jakiegoś tematu. Często było tak, iż Dawid mówił: „do jutra jest termin, masz coś?”. I nagle okazywało się, iż tak. Konkursy były raczej motywacją niż celem.
DS: Mnie konkursy interesowały od dawna.

fot. M. Kiszka
Pisałem o nich pracę magisterską, analizowałem je. Ale najważniejsze były długoterminowe historie. Reportaże, w które się wchodzi na lata.
To mnie nauczyło cierpliwości i odpowiedzialności za obraz.
MK: telefony, sztuczna inteligencja, zmiany obyczajowe – fotografia bardzo się zmienia. Czy to widzicie w tym zagrożenie dla waszej działalności?
DS: Sztuczna inteligencja mnie niepokoi. Coraz trudniej odróżnić obraz prawdziwy od wygenerowanego. Są już sytuacje, w których nie ma ani fotografa, ani modelki. To zmienia zasady gry.
WS: Mnie też to niepokoi, ale jednocześnie wierzę, iż ludzie przez cały czas będą potrzebować spotkania. Najważniejsze momenty w mojej pracy to te, kiedy rozmowa trwa długo, a zdjęcie powstaje w jednej chwili.
MK: Na koniec pytanie, którego nie da się pominąć: praca razem, bracia, wspólna firma. Jak się dogadujecie?
WS: Oczywiście zdarzają się spięcia. Zmęczenie, nadmiar pracy. Ale to raczej konstruktywne tarcie. gwałtownie wracamy do rozmowy.
DS: Inspirujemy się nawzajem. Nie konkurujemy.

fot. M. Kiszka
Wspólnie omawiamy zdjęcia, konkursy, decyzje. Jesteśmy braćmi i nie oddzielamy tego grubą kreską od pracy.
WS: I chyba dlatego to działa. Bo fotografia nigdy nie była dla nas tylko usługą. Zawsze była relacją.
MK: Nad czym w tej chwili pracujecie poza codzienną pracą studia, czy są jakieś tematy, które w tym momencie rozwijacie?
WS: Poprzedni rok to przede wszystkim praca przy wydarzeniach, które miały miejsce w Gnieźnie i były związane z Koronacją Królewską. Dlatego też chcielibyśmy, żeby został z teko namacalny i trwały ślad. Mamy plan wydać z tego album. Szukamy wsparcia w tym przedsięwzięciu, ale wierzymy, iż uda nam się je znaleźć.




