– Zatrzymamy się u ciebie na jakiś czas, bo nie mamy pieniędzy na wynajęcie własnego mieszkania! – wyznała mi moja przyjaciółka z Warszawy.

polregion.pl 4 godzin temu

Zatrzymaj nas na jakiś czas, bo nie stać nas na własne mieszkanie! rzekła mi moja przyjaciółka.

Jestem żwawą kobietą. Mimo iż mam 65 lat, wciąż zwiedzam różne zakątki i spotykam niezwykłych ludzi. Z euforią i nutą smutku wspominam młodość, kiedy można było wakacje spędzać, gdzie tylko dusza zapragnęła. Nad Bałtykiem, w górach, na namiotowym biwaku z przyjaciółmi czy w rejsie po Wiśle wszystko to kosztowało niewiele, wystarczyło kilka złotych.

Te czasy już minęły. Zawsze uwielbiałam poznawać ludzi na plaży w Sopocie, w teatrze w Krakowie, w kawiarniach w Warszawie. Niektóre znajomości trwały lata.

Pewnego lata w Zakopanem spotkałam kobietę o imieniu Stanisława. Mieszkałyśmy razem w jednym pensjonacie i po wakacjach rozstałyśmy się jako przyjaciółki. Lata mijały, od czasu do czasu pisałyśmy listy świąteczne. Pewnego dnia otrzymałam nieoznaczony telegram z prostym zdaniem: O trzeciej nad ranem przyjedzie pociąg. Czekaj na mnie na stacji w Krakowie!. Nie wiedziałam, kto mógł to wysłać. Oczywiście z mężem Markiem nie planowaliśmy żadnych wyjazdów.

Czwartej nad ranem zadzwonił ktoś do drzwi. Otworzyłam i zamarłam ze zdumienia. Na progu stała Stanisława, dwie nastoletnie dziewczyny Klara i Jadwiga, staruszka oraz mężczyzna o imieniu Jan. Trzymali ogromną torbę pełną rzeczy. Marek i ja patrzyliśmy na nich jak na zjawy. Wpuściliśmy ich do mieszkania, a Stanisława zapytała:

Dlaczego nie wyjechałaś po nas? Wysłałam ci telegram! A tak przy okazji, taksówka kosztuje 30 zł!

Przepraszam, nie wiedziałam, kto to napisał odpowiedziałam.

Miałam twój adres, więc przyjechałam odparła.

Myślałam, iż będziemy pisać jedynie listy dodałam.

Stanisława wyjaśniła, iż jedna z dziewczyn, Jadwiga, właśnie skończyła szkołę i rusza na studia. Reszta rodziny przyjechała ją wesprzeć.

Będziemy mieszkać u ciebie! Nie stać nas na wynajem, a ty mieszkasz blisko centrum! nalegali.

Byłam w szoku. Nie byliśmy ze sobą spokrewnieni, a już mieliśmy karmić ich trzy razy dziennie. Przynosili trochę jedzenia, ale nie gotowali nic sami. Musiałam wszystkimi się zajmować. Po trzech dniach nie wytrzymałam i poprosiłam Stanisławę i jej krewnych, by się wyprowadzili. Nie obchodziło mnie, dokąd pojedą. Wyrzuciła to wywołało skandal; Stanisława zaczęła tłuc naczynia i krzyczeć histerycznie. Byłam przerażona jej zachowaniem. W końcu wyszli, ale przy odchodzie ukradli mój szlafrok, kilka ręczników i, jakimś cudem, duży garnek z kapustą, który po prostu zniknął.

Tak zakończyła się nasza przyjaźń i cieszę się, iż już o niej nie słyszałam. Teraz, gdy spotykam nowych ludzi, zachowuję większą ostrożność, bo doświadczenie nauczyło mnie, iż dobroć nie musi iść w parze z bezkrytycznym zaufaniem. Lepiej słuchać serca, ale nie zapominać o zdrowym rozsądku.

Idź do oryginalnego materiału