Dawno temu, choć zdaje się, jakby to było wczoraj, Witalis wygodnie usiadł za swoim biurkiem z laptopem i filiżanką mocnej kawy. Czekało go trochę zaległej pracy. Spokój przerwał nagły telefon numer zupełnie nieznany.
Halo, słucham?
Pan Witalis Domański? Dzwonię ze szpitala położniczego. Czy zna pan Zofię Annę Malanowską? głos w słuchawce miał wyraźnie starszy męski tembr.
Nie, nie znam żadnej Zofii Anny Malanowskiej. O co w ogóle chodzi? zdziwił się Witalis.
Otóż pani Anna zmarła wczoraj przy porodzie. Skontaktowaliśmy się z jej matką. Powiedziała, iż jest pan ojcem dziecka zapadło milczenie, jakby rozmówca czekał na odpowiedź.
Jakiego dziecka? Jakim ojcem? Nic nie rozumiem! głos mu drżał od niepokoju.
Anna urodziła dziewczynkę. Wczoraj. A pan jest jej ojcem. jeżeli pan to rzeczywiście Witalis Domański. Proszę jutro przyjechać do szpitala na ul. Ordona, trzeba podjąć decyzję mężczyzna mówił powoli i stanowczo.
Jaką decyzję? Witalis był coraz bardziej zdezorientowany.
Proszę jutro zapytać o doktora Stanisława Krasuckiego. To ja. Wszystko ustalimy na miejscu.
Witalis długo jeszcze słuchał sygnału w słuchawce. Potem odłożył telefon i próbował przełknąć to, co właśnie usłyszał.
Anna Jaka Anna? mruczał pod nosem, przechadzając się po pokoju. Nie znam żadnej Anny… Ale muszę to jakoś rozgryźć. Kobieta jest w ciąży dziewięć miesięcy… Jest maj, więc dziewięć miesięcy temu był wrzesień… Co wtedy robiłem?
Spojrzał na kawę, którą wciąż ściskał w dłoniach, skrzywił się i odstawił ją na stół. Teraz przydałoby się coś mocniejszego, ale
We wrześniu byłem w Sopocie, olśnienie rozświetliło pamięć Dwa tygodnie. To ona! Zosia!
Twór jej twarzy był zamazany w jego wspomnieniach Jasne włosy, błękitne oczy Ile takich Zosiek miał w życiu? Przecież wszystkich nie zapamięta. Ani razu się nie ożenił, choćby nie myślał o małżeństwie, a już na pewno nigdy nie pragnął dzieci. Miał swoje wygodne życie i nie chciał nic w nim zmieniać przez jakąś Zosię…
Przecież ona nie żyje… przypomniało mu się nagle, jakby młotkiem uderzył go w skroń.
Jak to możliwe, iż zmarła? wyszeptał, patrząc w sufit, jakby tam czekała odpowiedź. Ile mogła mieć lat? Dwadzieścia… ledwo…
Zatęsknił za papierosem, ale przecież rzucił. W głębi duszy zakiełkowało obce uczucie współczucie? zamęt? żal?
Dziecko mruknął, jakby rozmawiał z samym sobą. Niech matka Zosi zabierze dziecko do siebie. Przecież to babcia. A zresztą kto wie, może to choćby nie moje?
Witalis już niemal wszystko postanowił. Pojedzie jutro do szpitala, spotka się z lekarzem, podpisze zrzeczenie się praw do dziecka i wróci do swojego dawnego życia.
Ale długo nie mógł zasnąć, mimo iż decyzję uznał za nieodwołalną. Myśli plątały się w głowie, a w piersi nie dawało mu spokoju dziwne uczucie…
To zimne, martwe ciało przecież nie mogło być Zosi! Próbował przełknąć narastający w gardle ścisk… nie umiał. Złość, żal i nieokreślone myśli wylewały się w jego wnętrzu. Zobaczył przed oczami jej uśmiech, jak biegała brzegiem Bałtyku, patrząc na niego zakochanymi oczami. Śmieszna dziewczyna, którą zapomniał od razu po powrocie do domu. A teraz to ona leży w chłodni… To na jej ciało patrzy…
Witalis wybiegł na korytarz. Kiwnął, by doktor Krasucki dał mu chwilę.
Od znajomego poprosił papierosa, żarłocznie zaciągnął się na schodach przed szpitalem, odrzucił niedopałek i szerokim krokiem wrócił do gabinetu ordynatora.
Chce pan zobaczyć córkę? zapytał doktor Krasucki.
Nie teraz. Najpierw chcę porozmawiać z matką Zosi. Gdzie ją znajdę? rzucił pytająco.
Siedzi na korytarzu. Przeszedł pan obok niej.
Zaraz wrócę Witalis wyszedł pospiesznie z gabinetu.
Od razu zauważył drobną kobietę w czarnej chustce. Siedziała dalej na krzesełku.
Dzień dobry… wydusił z siebie Witalis.
Pani spojrzała na niego smutnymi, pełnymi bólu oczami.
Jak ona bardzo przypomina Zosię, pomyślał jakby to była sama Zosia…
Mam na imię Maria. Maria Malanowska wyszeptała cicho Jestem mamą Zosieńki.
Ja Witalis. Też Domański dodał bez sensu.
Wiem. Córka mi o panu opowiadała. Teraz już nigdy nie opowie… załkała Maria.
Witalis poczuł się kompletnie zagubiony. Nie wiedział, co zrobić ani jak się zachować.
Maria otarła łzy i błagalnym tonem powiedziała:
Proszę, nie zrzekaj się córeczki! Nie pozwolę, żeby moja kruszynka trafiła do domu dziecka! Rozumiesz?
Ale przecież pani jest babcią. Oddadzą ją pani! próbował uspokoić Marię. Ale w duchu myślał: Wygląda młodo, może być moją rówieśnicą
Nie oddadzą… Mam orzeczenie wada serca Proszę, tylko ją uznaj! A ja się już nią zajmę, nie będziemy ci przeszkadzać. Maria wyciągnęła błagalnie ręce.
Chodźmy! niemal odruchowo pociągnął ją do gabinetu.
Doktor Krasucki odłożył papiery.
Co potrzeba do uznania ojcostwa? niezręcznie spytał Witalis.
Badanie DNA padła odpowiedź. I jak chcecie ją nazwać?
Kogo nazwać? znowu się pogubił Witalis.
Dziewczynkę, córkę państwa uśmiechnął się ordynator.
Nie chce pan na nią spojrzeć? dopytywał lekarz.
Witalis westchnął, spojrzał na Marię i niemal szeptem powiedział:
Nie. Nie teraz.
Formalności poszły szybko. Wyniki potwierdziły dziecko rzeczywiście było jego. Witalis nie miał pojęcia, jak teraz pokierować swoim życiem. Nie potrafił jeszcze powiedzieć na głos córka. W głowie miał: dziecko.
Będę im pomagać w miarę możliwości. Przeleję pieniądze, kupię wózek, wszystko, co trzeba… postanowił przed wyjściem dziecka ze szpitala.
Gdy, nadszedł dzień wypisu, podeszła pielęgniarka z zawiniątkiem spowitym w róż, koronki i kokardki, Witalis poczuł suchość w ustach.
Maria odebrała maleństwo, odchyliła rąbek kocyka i spytała:
Chcesz zobaczyć Zuzannę?
Na odpowiedź nie było czasu drzwi gabinetu otworzyły się i doktor Krasucki poprosił Marię do środka.
Zwinęła dziecko w ramiona Witalisa i weszła do gabinetu.
Witalis zaniemówił. Zawiniątko grzało mu ramiona słodkim, nieznanym ciepłem. Nagle niemowlę zachrumkało, wydało odgłos jak miauknięcie kocięcia i rozpłakało się rozpaczliwie. Przestraszony Witalis spojrzał na dziewczynkę i… zobaczył siebie! Własną twarz w tym maleńkim stworzeniu.
Nogami nie czując podłogi, usiadł na krześle, delikatnie pobujał maleństwo. Ono ucichło i spojrzało mu prosto w oczy. Może choćby się uśmiechnęło?
Po chwili Maria wróciła.
Dawaj, wezmę ją Maria wyciągnęła ramiona do wnuczki.
Zostaw, ja sam wypalił Witalis. Właśnie się do mnie uśmiechnęła! i rozjaśnił się promiennym uśmiechem. Jedziemy do domu, Mario, powiedział cicho, ale pewnie Wszyscy razem, do naszego domu!








