Nazywam się Damian Kot, mam trzydzieści cztery lata i przez osiem lat jeździłem miejskim autobusem linii 14 w Ostrowcu Świętokrzyskim. Ludzie mnie znali, wiedzieli, iż o szóstej dwadzieścia wysiadam z zajezdni i o szóstej pięćdziesiąt jestem na przystanku przy szpitalu. Ta historia zaczęła się we wtorek, w połowie października, kiedy mgła nad polami koło Częstocic była tak gęsta, iż światła mijania adekwatnie nic nie dawały.
Tamtego ranka mieliśmy tylko trzynastu pasażerów – mniej niż zwykle, bo w kolejowej poczekalni robili remont i część ludzi wolała czekać w cieple. Pamiętam kobietę w czerwonym płaszczu, która wiozła w koszyku bochenek chleba jeszcze ciepłego, bo cała klatka schodowa pachniała drożdżami, kiedy szła na przystanek. Był też starszy pan z gazetą sportową, złożoną tak, żeby czytać krzyżówkę, chłopak w bluzie z kapturem, który cały czas ściskał w ręku telefon, jakby czekał na wiadomość, i trzech mężczyzn w podobnych granatowych kurtkach, siedzących osobno, którzy przez całą drogę nie zamienili ze sobą ani słowa. Wzięłem ich za robotników jadących na budowę obwodnicy.
Dzień wcześniej dzielnicowy, sierżant Malik, z którym pijam czasem kawę na zajezdni, spytał mnie mimochodem, czy nie zauważyłem ostatnio na trasie jakichś nieoznakowanych aut, które kręcą się bez sensu w okolicy lasu za Częstocicami. Powiedział, iż w województwie od paru miesięcy ktoś napada busy i autobusy międzymiastowe, zawsze na pustych odcinkach, i iż komenda szykuje coś na tej trasie. Nie tłumaczył więcej, a ja nie pytałem – pomyślałem tylko, iż jak zobaczę coś dziwnego, to zadzwonię.
Droga za Częstocicami robi się pusta – po obu stronach las, najbliższe zabudowania kilka kilometrów dalej. Tego ranka, jeszcze przed wiaduktem, minąłem na poboczu szare kombi z zapalonym silnikiem, stojące bez powodu przy pustym polu. Zapamiętałem je, bo kierowca odwrócił twarz, kiedy przejeżdżałem, jakby nie chciał, żebym go rozpoznał. Kawałek dalej, na prostym odcinku przed wiaduktem, zobaczyłem w lusterku czarne subaru, które wyprzedzało mnie z piskiem opon po mokrym asfalcie. Pomyślałem od razu o słowach Malika i o tamtym kombi na poboczu – to nie był przypadek. Subaru zajechało mi drogę i zahamowało gwałtownie, tak iż musiałem stanąć jak wryty. Autobus szarpnęło, torba z pieczywem spadła kobiecie z kolan, ktoś krzyknął.
Z subaru wysiadło dwóch mężczyzn. Jeden w kominiarce, drugi bez – jakby mu było wszystko jedno, czy go rozpoznają. W rękach mieli łomy i coś, co wyglądało jak młotek murarski. Zablokowałem drzwi centralnym zamkiem, wyłączyłem silnik i sięgnąłem po radiotelefon pod deską rozdzielczą, żeby wysłać sygnał do dyspozytora – trzy krótkie naciśnięcia, umówiony znak awaryjny, o którym Malik mi kiedyś wspomniał, iż dyspozytorzy mają zgłaszać prosto na komendę. Powiedziałem do wszystkich, żeby siedzieli spokojnie, bo drzwi są wzmocnione.
– Otwieraj, kurwa, bo powybijamy wszystko! – wrzasnął ten w kominiarce, walnąwszy łomem w przednią szybę.
Pierwsze pęknięcie rozeszło się przez całą szybę jak pajęczyna. Kobieta w czerwonym płaszczu zasłoniła głowę koszykiem, chłopak z telefonem zsunął się z siedzenia na podłogę. Trzej mężczyźni w granatowych kurtkach nie ruszyli się z miejsc, tylko wymienili między sobą krótkie spojrzenia, jakby czekali na sygnał. Starszy pan z gazetą złożył krzyżówkę i odłożył ją na siedzenie obok, spokojnym ruchem, jakby przygotowywał się na coś zupełnie innego niż strach.
Napastnicy walili młotkiem po szybie, aż zrobiła się w niej dziura wielkości pięści. Odłamki szkła sypały się na fotele. Ten z łomem wdrapał się na zderzak i krzyknął jeszcze raz, iż wyciągnie mnie przez okno, jeżeli nie otworzę. Wiedziałem, iż dłużej czekać nie mogę – ktoś mógł oberwać odłamkiem albo gorzej – ale wiedziałem też, iż sygnał poszedł, a szare kombi z poboczu było jedyną drogą ucieczki, którą napastnicy mieli za plecami. Otworzyłem drzwi, trzymając rękę na klaksonie, żeby dać dodatkowy znak, gdyby ktoś na zewnątrz mógł go usłyszeć.
To, co się wydarzyło zaraz potem, pamiętam do dziś, choć minęło już prawie pół roku. Napastnicy wpadli do środka, jeden z pałką w ręku, drugi krzycząc, żeby wszyscy oddawali telefony i portfele. I wtedy starszy pan z gazetą wstał ze swojego miejsca – bez pośpiechu – i powiedział niskim głosem: „Panowie, chyba pomyliliście autobus". Trzej mężczyźni w granatowych kurtkach zerwali się z siedzeń jednocześnie, wyciągając zza pazuch odznaki. Byli funkcjonariuszami z komendy w Ostrowcu, jadącymi tego dnia po cywilnemu specjalnie na tę trasę – starszy pan, jak się później okazało, był ich przełożonym i przez cały kurs udawał zwykłego pasażera z gazetą.
Zanim napastnicy zdążyli się zorientować, co się dzieje, jeden z policjantów przygniótł tego z pałką do podłogi między siedzeniami. Drugi rzucił łom i próbował uciekać przez wybitą szybę, ale utknął w niej po pas – szarpnąłem wtedy za dźwignię drzwi, blokując mu odwrót z tyłu, żeby nie mógł się wywinąć na zewnątrz, a policjant złapał go za kurtkę i ściągnął z powrotem do środka. Ruszyłem autobusem o metr do przodu, dociskając zderzakiem tył subaru, tak iż kierowca w środku nie mógł już otworzyć drzwi po swojej stronie i wyjść.
Na miejsce przyjechał patrol z Bałtowa, bo to najbliższy posterunek, a chwilę później drugi radiowóz z Ostrowca, wezwany przez dyspozytora, który odebrał mój sygnał. Szare kombi z poboczu okazało się trzecim ogniwem tej samej grupy – kierowca próbował odjechać, gdy tylko usłyszał syreny, ale drogę zajechał mu już nieoznakowany wóz policyjny, ten sam, który krążył od rana w pobliżu lasu, czekając razem z resztą ekipy Malika na ruch napastników.
Cała grupa trafiła do aresztu w Ostrowcu, a jak się potem dowiedziałem z akt sprawy – bo wezwano mnie na przesłuchanie jako świadka – byli odpowiedzialni za co najmniej pięć podobnych napadów na trasach międzymiastowych w województwie świętokrzyskim w ciągu ostatnich czterech miesięcy, na łączną kwotę ponad sto dwadzieścia tysięcy złotych skradzionego mienia.
Firma przewozowa, dla której jeżdżę, wymieniła mi przednią szybę i lusterko w ciągu trzech dni, a ja dostałem tydzień płatnego urlopu, na który zresztą się nie wybrałem – wolałem wrócić za kółko od razu, bo w domu tylko bym się nakręcał, myśląc o tej dziurze w szybie. Kobieta w czerwonym płaszczu, pani Barbara, jak się później okazało, przynosi mi teraz raz w miesiącu bochenek tego samego chleba, bo mówi, iż to jedyne, czym może podziękować. Stoi na przystanku przy szpitalu, macha do mnie ręką z daleka, a ja zatrzymuję się na chwilę dłużej niż powinienem, żeby zdążyła wsiąść i podać mi torebkę przez drzwi kierowcy.













