Zasadzka na trasie do Krakowa

twojacena.pl 1 tydzień temu

Nazywam się Robert Kalinowski i przez osiemnaście lat wiozłem ludzi tą samą trasą – z Miechowa do Krakowa, dworzec autobusowy przy Bosackiej. O piątej dwadzieścia rano prawie zawsze wiozłem tych samych ludzi: pielęgniarkę z drugiej zmiany, dwóch chłopaków z hurtowni budowlanej, staruszkę, która jeździła do córki. Znałem tę drogę na pamięć – każdy zakręt za Słomnikami, każdą wyrwę koło lasu pod Michałowicami, gdzie zawsze zwalniałem, bo resory już nie te.

Tamtego dnia nic nie zapowiadało kłopotów. W autobusie siedziało może osiemnaście osób. Z przodu jechała kobieta z reklamówką pełną słoików – jechała chyba na targ. Dwóch mężczyzn w bluzach roboczych drzemało przy oknie. Z tyłu, tak jak zawsze, usiadł starszy pan w za dużej czapce, który udawał, iż śpi, choć wiedziałem, iż słucha radia w słuchawce. Nikt nie zwracał na nikogo uwagi. Zwykły poranek, zapach kawy z termosu, ktoś przeglądał wiadomości w telefonie.

Las się skończył, droga zwęziła, i wtedy w lusterku zobaczyłem czarne bmw, które wyskoczyło zza zakrętu jakby znikąd. Wjechało na pas przeciwny, wyprzedziło mnie i zahamowało tuż przed maską. Musiałem gwałtownie hamować – autobus szarpnął, ktoś krzyknął z tyłu, torba ze słoikami poleciała na podłogę i jeden słoik pękł, poczułem zapach ogórków kiszonych, głupie, ale to akurat zapamiętałem najwyraźniej.

– Co on odwala? – ktoś zapytał z tyłu.

Nie odpowiedziałem. Patrzyłem na to bmw i już wiedziałem, iż to nie przypadek. Samochód stał w poprzek drogi, nie dało się go objechać ani z lewej, ani z prawej. Otworzyły się wszystkie cztery drzwi i wysiadło czterech mężczyzn. Dwóch w kominiarkach, dwóch bez – choćby się nie kryli. W rękach mieli łomy i kije bejsbolowe.

Wiedziałem, o co chodzi. Od miesiąca w radiu mówili o bandzie, która blokuje autobusy międzymiastowe na trasach pod Krakowem, wybija szyby i okrada pasażerów. Dwa tygodnie wcześniej podobno pobili kierowcę spod Wieliczki, bo nie chciał otworzyć drzwi wystarczająco szybko. Zamknąłem centralny zamek, wyłączyłem silnik i powiedziałem najspokojniej, jak umiałem:

– Nikt nie wstaje z miejsc. Drzwi są zamknięte. Siedźcie po prostu.

Jeden z mężczyzn w środku, w grubej kurtce, odwrócił się do mnie z fotela.

– Panie kierowco, te drzwi wytrzymają?

– Są wzmocnione. Ale długo nie pociągną.

I wtedy pierwszy cios trafił w przednią szybę. Trzask, i przez szkło pobiegła długa pęknięta linia jak pajęczyna. Kilka osób schowało się między siedzeniami. Kobieta ze słoikami zasłoniła głowę torbą – tą samą, z której już wyleciał ogórek.

– Otwieraj, ku*wa, autobus! – wrzasnął ten z łomem przy drzwiach. – Otwieraj, bo sami wejdziemy!

Nie odezwałem się. Nie miałem nic do powiedzenia człowiekowi z łomem.

– Ostatni raz mówię!

Zaczęli walić we wszystkie szyby naraz. Łomy uderzały w boczne okna, szkło sypało się na jezdnię, huk odbijał się od blachy karoserii. Jeden rozbił lusterko, drugi wybił reflektor, trzeci okładał drzwi przednie. Działali sprawnie, jakby wcześniej ćwiczyli – jakby dokładnie wiedzieli, gdzie stanąć i ile czasu im to zajmie.

Spojrzałem w lusterko wsteczne. Mimo hałasu i szkła sypiącego się na podłogę, pasażerowie zachowywali się dziwnie opanowanie. Nikt nie krzyczał histerycznie, nikt nie błagał mnie o otwarcie drzwi. Kilku mężczyzn siedziało nieruchomo, obserwując wszystko z uwagą, jakby czekali na coś konkretnego. Przestraszona wyglądała tylko starsza pani w środkowym rzędzie. Mężczyzna obok niej – ten w za dużej czapce z tyłu, teraz przesiadł się bliżej – pochylił się i powiedział cicho:

– Niech się pani nie martwi. Proszę się schylić i odsunąć od okna.

Powiedział to tak, iż kobieta posłuchała bez pytania.

Na zewnątrz robiło się coraz gorzej. Jeden z napastników wskoczył na przedni zderzak i zaczął walić młotem w przednią szybę. Po kilku uderzeniach zrobiła się w niej dziura wielkości pięści, a odłamki poleciały do środka autobusu.

– Ostrzegam cię ostatni raz! – wrzasnął ten, co dowodził. – Otwieraj, bo wyciągniemy cię przez tę dziurę!

Zrozumiałem, iż dalej czekać się nie da. Jeszcze jedno uderzenie i ktoś z pasażerów mógł oberwać szkłem w twarz. Odblokowałem drzwi. Weszli do środka – czterech, z łomami i kijami, pewni siebie, głośni, śmierdzący papierosami i czymś jeszcze, chyba paliwem z bagażnika bmw.

To, co zobaczyli chwilę później, odebrało im tę pewność siebie w ułamku sekundy.

Bo ten "starszy pan z tyłu" nie spał i nie drzemał. To był Sławomir Duda, emerytowany policjant z wydziału antyterrorystycznego, jadący do córki na urodziny wnuka, a te słuchawki na uszach to była łączność z trzema innymi pasażerami – funkcjonariuszami z tej samej trasy, którzy od tygodnia jeździli tym kursem jako przynęta, bo dyżurny z komendy w Krakowie wcześniej ustalił, iż banda uderzy właśnie tu, bo trzy poprzednie napady miały ten sam schemat czasowy i tę samą trasę objazdową przez las.

Gdy drzwi się otworzyły, mężczyzna w za dużej czapce zerwał ją z głowy razem ze słuchawką i krzyknął jedno słowo: "Teraz!" W tej samej chwili dwóch "śpiących" robotników z przodu poderwało się z foteli, a "starsza pani" – wcale nie taka przestraszona, jak grała – wyciągnęła spod fotela kajdanki. Bandyci, którzy spodziewali się bezbronnych cywilów, w ciągu dziesięciu sekund leżeli twarzami na podłodze autobusu, dociskani kolanami do wykładziny między siedzeniami.

Ja przez cały czas siedziałem za kierownicą i trzęsłam się rękami trzymając kluczyk w stacyjce, bo mimo wszystko strach nie znika tylko dlatego, iż wiadomo, jak się skończy. Dopiero gdy Duda kazał mi otworzyć drzwi bagażowe, żeby wpuścić dwóch umundurowanych, którzy nadjechali od strony Słomnik – widać czekali w zasadzce kawałek dalej – poczułem, iż mogę puścić ten kluczyk.

Bmw okazało się kraść z Bochni tydzień wcześniej. W bagażniku znaleźli telefony i biżuterię z trzech poprzednich napadów, w tym obrączkę, którą jedna z ofiar spod Wieliczki opisywała na policji jako "jedyną pamiątkę po mężu". Kobieta ze słoikami, gdy już wszystko się uspokoiło, zebrała z podłogi rozbity słoik i powiedziała tylko: "no i ogórki przepadły" – i to rozśmieszyło chyba wszystkich bardziej, niż powinno, biorąc pod uwagę, co się przed chwilą działo.

Ja szybę wymieniłem na koszt firmy dopiero po trzech dniach, bo warsztat w Miechowie miał kolejkę, więc jeszcze tydzień woziłem ludzi z folią zamiast przedniej szyby i dziurą po młocie zaklejoną taśmą. Nikt się nie skarżył. Duda przysłał mi później zaproszenie na komunię wnuka – tego samego, do którego wtedy jechał – i do dziś mam je w schowku przy kierownicy, obok mandatów, których nigdy nie dostałem, bo jak twierdzi komenda w Krakowie, "kierowca, który nie spanikował, zasłużył na czyste konto".

Idź do oryginalnego materiału