Puściłam sobie na głowę
Tato, co to za nowe drobiazgi? Okradłeś jakiś sklep z antykami? Justyna zmarszczyła brwi, patrząc z niedowierzaniem na białą, manualnie robioną serwetę na swoim komodzie. Nie wiedziałam, iż lubisz takie starocie. Twój gust naprawdę przypomina babcię Zofię…
O, Justynko, ty tutaj? Czemu nie zadzwoniłaś? Marian Kowalski wyszedł z kuchni, wyraźnie się zmieszał. Ja… to znaczy my… nie spodziewaliśmy się ciebie…
Ojciec próbował udawać pogodę ducha, ale w oczach miał wymownie przygaszony, winny błysk.
Widzę, iż się nie spodziewaliście burknęła Justyna, ruszając do salonu, gdzie czekały ją kolejne niespodzianki. Tato… Skąd to wszystko? Co tutaj się dzieje?
Justyna niemal nie poznawała własnego mieszkania.
Gdy odziedziczyła je po babci, wyglądało żałośnie stare PRL-owskie meble, przysadzisty telewizor na sfatygowanej meblościance, zardzewiałe kaloryfery, odklejające się tapety… Ale to było jej miejsce. Ze swoich oszczędności przeprowadziła solidny remont. Postawiła na skandynawski styl jasne kolory, minimalizm; dzięki temu dwupokojowe mieszkanie wydawało się przestronne. Z namysłem dobierała detale, wybierała odpowiednie zasłony, układała puszyste dywany…
A teraz zamiast jej grubych, zaciemniających zasłon wisiał tandetny, nylonowy tiul. Włoska kanapa była przykryta syntetycznym kocem z warczącym tygrysem, a na stoliku stała różowa plastikowa waza z sztucznymi, jaskrawo-różowymi różami.
Ale to był tylko początek. Najgorszy był zapach z kuchni dobiegało smażenie i mocny rybi „aromat”. Do tego zapach papierosów, chociaż ojciec przecież nie palił…
Justynko, musisz zrozumieć… odezwał się wreszcie Marian. Sprawa jest trochę… skomplikowana. Nie żyję tutaj sam, chciałem ci powiedzieć wcześniej, ale jakoś się nie złożyło.
Jak to, nie sam? Justyna była zaskoczona. Tato, nie tak się umawialiśmy!
Kochanie, przecież moja historia z twoją mamą już się dawno skończyła. Ja jestem jeszcze w miarę młody, choćby emerytura mnie nie dotyczy. Czy nie mam prawa do szczęścia?
Justyna zbaraniała, bo w gruncie rzeczy ojciec miał prawo spotykać się z kim chce. Ale przecież nie w jej mieszkaniu!
Rok temu jej rodzice się rozwiedli. Mama przyjęła zdradę męża spokojnie jakby zrzuciła z siebie ciężar i zanurzyła się w kursach, książkach, spotkaniach. Miała tyle koleżanek, iż nie było mowy o nudzie czy smutku.
Za to Marian był załamany. Wrócił do swojego starego mieszkania, które przez dziesięć lat wynajmował. Ostatni lokator zasnął z papierosem w ręku, wywołując pożar. Na remont nie było środków i ojciec o swojej kawalerce niemal zapomniał. Sprzedać jej nie chciał, ale i mieszkać nie zamierzał.
Tam naprawdę nie dało się żyć ściany okopcone, powybijane okna, grzyb na parapecie… Wyglądało to raczej jak scenografia z horroru niż dom.
Nie wiem, Justynko, jak sobie poradzę… jęczał wtedy Marian, ze smutkiem wzdychając. Tutaj mieszkać nie sposób, a remontu przed zimą nie zrobię. choćby nie mam na to pieniędzy. Może zamarznę… westchnął. Widać taki los.
Serce Justyny się wtedy zmiękczyło nie mogła pozwolić, by ojciec mieszkał w takich warunkach. Co by było, gdyby coś stało się jej tacie? A jej mieszkanie przecież stało pustką, bo niedawno wyszła za mąż, wprowadzając się do domu męża. Po tym, co spotkało ojca z najemcami, nie chciała ryzykować z ponownym wynajmowaniem…
Tato, zostań u mnie. Wszystko tam jest, wygodnie, spokojnie. Zrobisz remont powoli, potem się przeniesiesz. Ale jedno zastrzeżenie: żadnych gości!
Naprawdę mogę? Marian nie wierzył własnym uszom. Justynko, uratowałaś mi życie! Obiecuję, będzie spokój i porządek!
Spokój…
Ledwie Justyna przypomniała sobie tę rozmowę, z łazienki wyszedł kłąb pachnącej pary. Wypłynęła w nim kobieta w wieku pięćdziesięciu lat. Miała na sobie frotowy szlafrok Justyny. Ulubiony. Teraz ledwo zakrywał jej obfite kształty.
O, Marianek, mamy gości? zapytała kobieta ochrypłym, przepalonym głosem, uśmiechając się z pobłażaniem. Mógłbyś uprzedzać, przecież jestem w domowym stroju.
A pani kim adekwatnie jest? zmrużyła oczy Justyna. I dlaczego ma na sobie mój szlafrok?
Ja jestem Brygida, ukochana twojego ojca. A ty dlaczego się tak denerwujesz? Wzięłam szlafrok, bo wisiał nieużywany.
Justynie aż krew uderzyła do głowy.
Proszę go natychmiast zdjąć wymusiła przez zaciśnięte zęby.
Justyna! błagał Marian, stając między nimi. Nie rób sceny! Brygidka tylko…
Brygidka tylko założyła cudzą rzecz w cudzym domu! przerwała Justyna. Tato, nie poznaję cię. Przyniosłeś tutaj swoją kochankę i pozwoliłeś jej grzebać w moich rzeczach bez pytania?!
Brygida ostentacyjnie przewróciła oczami i usiadła ciężko na kocu w tygrysy w salonie.
Co za bezczelność oświadczyła. Jakbym była Marianem, nauczyłabym cię szacunku, choćby pasem. Jak możesz tak traktować ojca? To, iż mieszka z inną kobietą, to jego sprawa, a nie twoja.
Justyna osłupiała. Jakaś obca kobieta pouczała ją w jej własnym domu.
Owszem, to jego sprawa zgodziła się chłodno dopóki nie dzieje się to w moim mieszkaniu.
W twoim? Brygida spojrzała pytająco na Mariana.
Ojciec stał przy ścianie, garbiąc się i wodząc oczami między rozgniewaną córką a arogancką kochanką. Wyglądał, jakby liczył, iż cała burza sama minie, ale atmosfera tylko się pogarszała.
Ach, tatusiu nie powiedział? lodowato uśmiechnęła się Justyna. Więc powiem ja. On jest tu gościem. To moje mieszkanie, wszystko kupiłam za swoje pieniądze. Pozwoliłam mu się zatrzymać, ale nie myślałam, iż będzie tu sprowadzał swoje miłości.
Policzki Brygidy poczerwieniały.
Marian… jej ton zrobił się lodowaty. Co ona wygaduje? Powiedziałeś mi, iż to twoje mieszkanie. Okłamałeś mnie?
Ojciec zbił się jeszcze bardziej w ścianę, uszy płonęły mu ze wstydu.
Brygidko, nie tak miałaś mnie rozumieć Mam swoje mieszkanie, tylko nie to Nie chciałem cię zanudzać szczegółami.
Nie chciałeś zanudzać?! Pięknie! Teraz przez ciebie ktoś mi wygaduje, co myśli!
Justynie skończyła się cierpliwość.
Proszę wyjść powiedziała cicho.
Co? Brygida się zacięła.
Wynocha. Oboje. Daję wam godzinę. o ile nie wyjdziecie, będziemy rozmawiać przez adwokata. Puściłam was do domu…
Justyna ruszyła do drzwi, ale Marian nagle odlepił się od ściany i podbiegł do niej.
Córciu! Przecież nie wyrzucisz własnego ojca na ulicę? Wiesz, co tam się dzieje! Ja tam zmarznę!
Złapał ją za rękaw, a serce Justyny ścisnęło się z żalu. Wspomnienia z dzieciństwa, poczucie obowiązku, współczucie wszystko naraz. Miała łzy w oczach.
Ale spojrzała na Brygidę.
Ta siedziała w jej szlafroku, z nogą na nodze, patrząc na Justynę z zaciętą nienawiścią. Wątpliwości zniknęły. jeżeli teraz odpuści, kobieta jutro wymieni zamki i naklei nowe tapety.
Tato, jesteś dorosły. Wynajmij mieszkanie powiedziała stanowczo, wyrywając rękaw. Sam jesteś winny. Umówiliśmy się, iż mieszkasz sam, a ty sprowadziłeś tutaj obcą osobę, pozwoliłeś jej używać moich rzeczy i zapaskudzić mój dom…
A żebyś się udławiła tym mieszkaniem! przerwała Brygida. Chodź, Marian. Nie poniżaj się. Wychowała niewdzięcznicę…
Pół godziny pakowania i sprawa się rozstrzygnęła. Ojciec wychodził w milczeniu, skulony, niczym bezdomny pies. W pamięci Justyny został jego wzrok taki jak u psa, którego wyrzucono na deszcz. Ale Justyna wytrzymała, choćby nie drgnęła.
Gdy wyszli, pierwsze co zrobiła, to otworzyła okna, by przewietrzyć rybi, papierosowy i perfumowy odor. Spakowała szlafrok, koc i wszystko, co zostawiła Brygida śmieci. Następnego dnia zamówiła sprzątanie i wymianę zamków. Ciężko było jej dotykać rzeczy, których użyła tamta kobieta.
Minęły cztery dni.
Teraz w mieszkaniu Justyny było czysto, a w powietrzu tylko świeżość. Choć mieszkała z mężem, miała spokój w duszy.
Z ojcem nie rozmawiała. Czwartego dnia zadzwonił sam.
Halo powiedziała niechętnie.
Justyna… odezwał się ojciec pijanym głosem. Zadowolona? Brygida odeszła. Zostawiła mnie…
Doprawdy? Justyna nie kryła ironii. Daj zgadnąć, poszło o twoje prawdziwe mieszkanie, które trzeba mocno remontować?
Ojciec pociągnął nosem.
Tak Kupiłem grzejnik, spałem na materacu. Wytrzymała trzy dni, potem powiedziała, iż jestem nędzarzem i kłamcą. Spakowała rzeczy i pojechała do siostry. Zmarnowałem jej czas Ale my się przecież kochaliśmy!
Gdzie tam miłość Ty chciałeś wygodnie się ulokować, ona też. Po prostu wam się nie powiodło.
Zapadła cisza. Ojciec nie kończył.
Źle mi tu samemu, córciu Tu strasznie. Mogę wrócić? Będę mieszkał sam, przysięgam!
Justyna spuściła wzrok. Jej ojciec siedział w ruinie i zimnie, którą sam sobie zgotował: najpierw zdradził matkę, potem oszukał córkę, a później Brygidę.
Owszem, było jej żal ojca. ale to współczucie mogłoby zatruć ich oboje.
Nie, tato. Nie wpuszczę cię odparła stanowczo Justyna. Zatrudnij ekipę, zrób remont. Naucz się żyć tak, jak sobie sam wybrałeś. Jedyne, czym mogę pomóc, to polecić dobrych fachowców. Potrzebujesz napisz.
Odłożyła słuchawkę.
Brutalne? Może. Ale Justyna już wiedziała, iż nie wolno pozwalać komuś plamić swojej duszy i rzeczy. Nie każdą brudną sprawę da się wyczyścić czasem wystarczy jej w ogóle nie wpuścić do swojego życia.
Bo czasem prawdziwą troską jest nauczyć bliskich odpowiedzialności za własne wybory.















