Zapasowe lotnisko

newsempire24.com 2 godzin temu

Zapasowe lotnisko

Słyszysz mnie? jego głos był cichy, prawie nieśmiały, ale nie do końca. Halino, mówię do ciebie, słyszysz mnie w ogóle?

Słyszałam. Zawsze go słyszałam. choćby kiedy milczał przez tygodnie, choćby kiedy nie dzwonił miesiącami, mimo wszystko czułam jakąś smugę jego obecności w powietrzu swojego mieszkania. Jakby coś zostawało: zapach jego kawy, ślad po kubku na parapecie, przesunięte krzesło przy kuchennym stole.

Słyszę cię, Witku.

To skąd ta cisza?

Zastanawiam się.

Westchnął. Dokładnie to westchnienie znałam na pamięć. Ciężkie, lekko świszczące, jakby powietrze przelatywało przez coś ściśniętego w środku. Witek zawsze tak wzdychał, kiedy chciał, by mu współczuć, ale nie umiał o to poprosić.

Nie mam już gdzie iść powiedział cicho. Wiesz? Zupełnie nie mam.

Stałam przy oknie i patrzyłam na ulicę. Marzec. Brudny śnieg przy krawężniku, mokre gołębie na mansardzie naprzeciw, kobieta z wózkiem, która nie mogła ominąć wielkiej kałuży. Zwykły poznański marzec, nic osobliwego. A we mnie powoli, nieuchronnie coś się przewracało. Jak kartka. Jak zamek w drzwiach.

Wejdź powiedziałam.

Tyle. Trzy sylaby. A wszystko znów zaczęło się od nowa.

Witek miał pięćdziesiąt trzy lata. Ja pięćdziesiąt jeden. Znaliśmy się od czasów, kiedy on nosił koszule w kratę i myślał, iż to modne, a ja chodziłam z grubym warkoczem i uważałam, iż bycie niezauważalną to cnota. Poznaliśmy się przez znajomych, na czyjejś kuchni, przy tanim winie i dyskusjach o książkach, których nikt nie dokończył czytać. Witek wtedy był głośny, śmiał się na cały korytarz, ciągle gestykulował i raz choćby zrzucił komuś talerz ze stołu. Zbierałam skorupki i myślałam: oto człowiek, który wypełnia całą przestrzeń. Ciekawe, jak to jest.

Ja byłam inna. Spokojna. Z tych, których nie zauważa się od razu, ale potem się ich nie zapomina. Przynajmniej bardzo chciałam w to wierzyć.

Wtedy zakochał się nie we mnie. Zakochał się w Marzenie. To było przewidywalne, nieuniknione, jak burza po długotrwałym upale. Marzena była wyrazista, mówiła szybko, śmiała się głośniej od niego, potrafiła wejść do pokoju tak, iż wszyscy się odwracali. Przy niej zawsze czułam się jak akwarela przy oleju. Nie gorsza, po prostu inna.

Zeszli się nagle i tak samo nagle zaczęli się kłócić. Oglądałam ich z dystansu długie lata. Rozchodzili się, schodzili na nowo, potem znów rozchodzili. Marzena urządzała sceny, Witek trzaskał drzwiami, potem wracał, potem znowu wychodził. To były niekończące się huśtawki.

A w przerwacach między huśtawkami byłam ja.

Pierwszy raz przyszedł do mnie po ich pierwszym poważnym rozstaniu. On miał trzydzieści pięć, ja trzydzieści trzy lata. Zadzwonił późnym wieczorem, ochrypły głos: mogę wpaść? Odpowiedziałam: oczywiście. Zaparzyłam herbatę z tymiankiem, postawiłam coś do jedzenia, siedzieliśmy aż do drugiej w nocy. On mówił, ja słuchałam. Nigdy nie miałam z tym kłopotu.

Potem zasnął na mojej kanapie. Rano napił się kawy, podziękował i wyszedł. Po dwóch tygodniach znowu pogodził się z Marzeną.

Nie obraziłam się. Zwinęłam koc, którego używał, wyprałam, odłożyłam. I żyłam dalej.

To się powtarzało. Raz, drugi, trzeci, dziesiąty. Straciłam rachubę. Wpadał po kłótniach, czasem na wieczór, czasem na kilka dni. Piliśmy herbatę z tymiankiem, rozmawialiśmy, on się wyciszał, oswajał i odchodził. Znowu do Marzeny. Zawsze do niej.

Nie nazywałam tego miłością. Bałam się tego słowa. Ale kiedy dzwonił do drzwi, coś ściskało mi się w piersi i natychmiast puszczało. Oto jest. Znów tu. Żywy, prawdziwy, mój. Na chwilę, ale mój.

Myślałam czasem o sobie: wieża kontroli lotów. Samoloty przylatują, lądują, tankują i odlatują. A wieża stoi. Zawsze czuwa, gotowa przyjąć.

Tym razem przyszedł pod koniec marca z wielką sportową niebieską torbą na ramieniu. Napis prawie starty. Spojrzałam na nią i od razu zrozumiałam. Nie na dzień, nie na dwa.

Zostaniesz długo? zapytałam, kiedy zdejmował kurtkę w przedpokoju.

Nie wiem odpowiedział szczerze. Przynajmniej tym nie kłamał nigdy. Może tydzień. Zobaczymy.

Dobrze. Zaparzę herbaty.

Postawiłam czajnik. Wyjęłam tymianek. Poszedł do kuchni, usiadł na swoim miejscu przy oknie, plecami do lodówki. Postawiłam mu kubek i pomyślałam: znów. I poczułam nie radość, nie gorycz coś pośrodku. Coś ciepłego i trochę smutnego zarazem.

Źle tam? zapytałam.

Gorzej być nie może powiedział, obejmując kubek obiema dłońmi. Ręce zawsze miał zimne. Powiedziała, iż ma dość. Że tak nie da się żyć. Że tylko niszczymy sobie nawzajem życie.

A ty?

Nie odpowiedziałem. Wziąłem tylko to skinął głową w stronę torby i wyszedłem.

Milczałam. Za oknem równomierne krople kapały z rynny, prawie jak metronom.

Halina… pierwszy raz spojrzał mi tego wieczoru prosto w oczy. Nie cieszysz się?

Cieszę odpowiedziałam. I była to prawda. Gorzka, trochę wstydliwa, ale prawda.

Pierwsze dni były dziwne. Nie złe, po prostu dziwne. Przyzwyczaiłam się do własnego rytmu, własnej ciszy. Wstawałam o siódmej, parzyłam kawę, pół godziny czytałam przy oknie, potem szłam do pracy. Wróciłam o szóstej, coś prostego do jedzenia, telewizor albo rozmowa telefoniczna z Dorota. Kładłam się o jedenastej.

Witek burzył rytm. Nie dlatego, by robić mi zło. Po prostu żył inaczej. Wstawał później, lubił rano pogadać, gdy ja byłam już myślami w biurze. Zostawiał rzeczy nie na miejscu. Telewizor grał za głośno. Długo okupował łazienkę.

Ale było i coś innego. Wieczorami siedzieliśmy razem przy stole i było dobrze. Po domowemu. Opowiadał jakieś zabawne historie, śmiałam się. Raz zrobiłam lazanię według przepisu z gazety, zjadł dwie porcje i powiedział, iż to najlepsze, co jadł od lat. Oglądaliśmy stare filmy, kłóciliśmy się o zakończenia. W niedzielę chodziliśmy na rynek, niósł ciężką torbę i to było tak oczywiste, iż zapierało mi dech.

Tydzień minął. Potem drugi. Potem miesiąc.

Pewnej nocy obudziłam się i w ciemności słuchałam jego spokojnego oddechu za ścianą. Myślałam: może to właśnie jest. Może to właśnie, co powinno być. Nie jesteśmy młodzi. Wiemy, co to samotność. Znamy się tak długo, iż nie zaskoczymy siebie. Może to właśnie szczęście. Nie głośne, nie jak z Marzeną, ale ciche, stałe, jak stary dom.

Powiedziałam o tym Dorocie. Spotkałyśmy się w kawiarni, piła latte i słuchała. Potem chwilę milczała.

Halina… zaczęła ostrożnie.

Wiem, co powiesz.

Naprawdę wiesz?

Że to nie na długo. Że znów pójdzie. Tak zawsze było.

Zakreśliła łyżką wzór po spodeczku.

Chciałam spytać czy teraz jesteś szczęśliwa? Nie za tydzień, nie w przyszłości, ale dziś?

Zamyśliłam się. Naprawdę.

Tak powiedziałam w końcu. Tak, właśnie teraz.

To żyj teraz powiedziała i napiła się kawy. Przestań wybiegać w przód.

Starałam się. Naprawdę.

Mieszkaliśmy razem cztery miesiące: kwiecień, maj, czerwiec, lipiec. Dziś pamiętam je niemal dzień po dniu. Jak zakwitł bez na podwórku i przyniósł mi gałązkę. Jak pokłóciliśmy się o bzdurę, już nie pamiętam jaką, i dwie godziny milczeliśmy, aż przyszedł powiedzieć przepraszam, to ja byłem winien. Jak pewnej soboty nigdzie nie wychodziliśmy, cały dzień czytałam, on dłubał na balkonie, a to wspólne milczenie było jak bliskość, której bałam się spłoszyć.

Zaczęłam myśleć w liczbie mnogiej. Nie jadę do sklepu, ale jedziemy. To przychodziło powoli, naturalnie. Nie hamowałam.

On też się zmieniał. Rzadziej mówił o Marzenie. Czasem patrzył inaczej. Z czymś ciepłym, czego wcześniej nie umiałam nazwać. Może właśnie tego słowa szukałam przez te wszystkie lata.

Poprosił o zapasowe klucze. Oddałam bez wahania. Zrobiłam kopię u ślusarza, położyłam mu na stole. Prosta, chłodna rzecz, a mnie zrobiło się ciepło.

To było na początku lipca.

W połowie lipca zadzwonił telefon.

Byłam w kuchni, on w pokoju oglądał coś na laptopie. Jego telefon zadzwonił gwałtownie. Nie reagowałam na początku. Potem w pokoju zrobiło się bardzo cicho. Tak cicho, iż aż dziwnie.

Weszłam. Stał pośrodku z telefonem opuszczonym. Patrzył w jeden punkt.

Witek? zawołałam.

Podniósł na mnie wzrok. I już wszystko wiedziałam. Nie rozumem. Czymś głębszym.

Marzena powiedział. Ma kłopoty. Poważne. Jest sama, potrzebuje pomocy.

Tyle. Żadnych wyjaśnień. Jedno słowo: Marzena.

Rozumiem powiedziałam.

Halina…

Idź.

Poczekaj, chcę wyjaśnić.

Nie trzeba odparłam cicho. Wszystko rozumiem. Idź.

Stał chwilę. Patrzył na mnie. Potem wyszedł do przedpokoju, wziął swoją niebieską torbę. Stała tam cały czas, jakby wiedziała, iż jej pora jeszcze przyjdzie.

Zadzwonię rzucił przez drzwi.

Dobrze odpowiedziałam.

Drzwi się zamknęły, zamek kliknął. Zostałam w tej samej ciszy, tylko teraz już bez niczego, prócz pustki.

Pierwsze trzy dni nie płakałam. To było dziwne. Spodziewałam się łez, szykowałam się na nie nie przyszły. Było coś innego. Jakby zniknął duży mebel, który stał latami, a została wyblakła plama na podłodze i dziwna lekkość w powietrzu. Nie ból. Jeszcze nie ból. Po prostu pustka o określonym kształcie.

W pracy grałam normalność. Pracowałam jako księgowa w małej firmie budowlanej, tam liczby nie pytają o humor, wymagają tylko się zgadzać.

Czwartego dnia upiekłam ową lazanię. Nie wiem po co. Po prostu. Te same składniki, ten sam przepis. Usiadłam do stołu. Zjadłam. Było pyszne. I to było nie do zniesienia. Wtedy przyszły łzy przy tej lasagni, sama przy stole. Płakałam długo i brzydko, jak dziecko. Potem przemyłam twarz, wypiłam herbatę i poszłam spać.

Nazajutrz Dorota przyszła bez zaproszenia. Zadzwoniła z dołu: otwórz, jestem pod klatką. Otworzyłam. Weszła z siatką, z której wystawał chleb i coś jeszcze. Postawiła na kuchni, objęła mnie. Trwałyśmy tak, i łez już nie było. Pewnie skończyły się na lazanii.

Opowiedz powiedziała.

Nie ma co. Sama wiesz.

Wiem. Ale masz opowiedzieć. Na głos trzeba.

Opowiedziałam. O lipcu, o telefonie, o niebieskiej torbie, o zadzwonię. Nie zadzwonił. Minął już ponad tydzień.

Będziesz czekać? spytała wprost.

Nie odparłam. I zdziwiłam się, jak lekko to zabrzmiało.

Naprawdę?

Nie. Jestem tym zmęczona. Całe życie czekałam. Nie pamiętam, kiedy to się zaczęło. Zawsze: kiedy zadzwoni, kiedy przyjdzie, kiedy wybierze. A nigdy nie wybierał. Po prostu wracał, gdy nie miał gdzie pójść. Wiesz, jak to nazwać?

Jak?

Zapasowe lotnisko. Byłam twoim zapasowym lotniskiem. Zawsze na miejscu, gotowa przyjąć, pas wolny, światła się palą. A ty latałeś tam i z powrotem. I wiedziałeś: jak coś, gdzieś wyląduję.

Spojrzała. Milczała chwilę.

Wiedziałaś to już wcześniej?

Wcześniej wiedziałam. Teraz rozumiem.

Jest różnica między wiedzieć a rozumieć. Można wiedzieć latami i żyć, jakby się nie wiedziało. Rozumie się wtedy, gdy nie da się już udawać.

Sierpień minął jak przez mgłę. Nie smutno, po prostu cicho. Praca, dom, czytanie, gotowanie. Czasem spacer po Malcie, aż nogi same prosiły się do domu. Patrzyłam na wodę, odbicia latarni, ludzi idących pojedynczo, parami. Myślałam o różnych rzeczach.

Zatrzymałam się kiedyś przed witryną sklepu, zobaczyłam swoje odbicie. Kobieta w jasnym płaszczu, włosy związane. Nie młoda, nie stara. Zmęczona, ale nie złamana. Patrzyłam chwilę i pytałam: czego ty chcesz? Nie Ty, nie Witek, nie to wszystko. Ty czego chcesz?

Nie znalazłam odpowiedzi. Ale samo pytanie było ważne.

We wrześniu przestawiłam meble. Zaczęło się od kanapy. Zorientowałam się, iż zagraca pokój, odbiera światło. Przesunęłam kanapę, potem regał, potem resztę. Pokój nabrał oddechu. Stałam pośrodku i mówiłam sobie: tak lepiej. Czemu wcześniej tak nie zrobiłam?

Pewnie z obawy, iż gdy wróci, spyta: Co tu narobiłaś?

A teraz nie było kogo się bać.

Kupiłam nowe zasłony lniane, kremowe, we wzorek. Poprzednie były granatowe, ciężkie, tłumiły światło. Nowe wpuszczały poranne słońce, sąsiadująca brzoza rzucała wzory na dywan. Nigdy wcześniej nie widziałam, ile złota wpadało do mieszkania w marcu.

W październiku zapisałam się na kurs włoskiego. Dawno już chciałam, ale zawsze nie czas, nie miejsce a po co mi włoski. Poszłam. Grupa była wesoła, różnorodna. Lektor młody, dowcipny, kazał śpiewać włoskie piosenki. Śpiewałam. Na głos, nieśmiało. Torna a Surriento, choć nigdy nie byłam w Sorrento.

Dorota była zaskoczona.

Włoski? spytała przez telefon.

Włoski.

A po co?

Chcę polecieć do Barcelony odpowiedziałam.

Halinko, w Barcelonie mówią po hiszpańsku…

Zaśmiałam się.

Wiem. Ale zacznę od włoskiego. Są podobne.

To tylko półprawda, ale cieszyło mnie robić coś zaskakującego. Takiego tylko dla siebie.

Barcelona trafiła do mojego notesu przypadkiem. Przeglądałam Internet, natknęłam się na zdjęcia miasta. Nie pocztówkowe. Normalne: poranny targ, rynek, starzec z gazetą na ławce, ruda kotka na parapecie. Coś pyknęło. Tam chcę. Nie na tydzień, nie na wycieczkę. Pomieszkać. Poczuć światło, zapach morza i pomarańczy.

Napisałam w notesie: Barcelona. Wiosna. Dwa słowa. Kartka znalazła miejsce na lodówce. Patrzyłam rano za każdym razem, kiedy robiłam kawę.

Listopad przyniósł chłody i krótkie dni. Kupiłam karnet na basen. Chodziłam rano, przed pracą, pół godziny w wodzie najlepiej zaczynać dzień. W wodzie prawie się nie myśli, tylko płyniesz przed siebie. Przydatna umiejętność, okazuje się.

Czasami myślałam o Witku, jak mu tam z Marzeną. Nie życzyłam źle. Ani dobrze. To już było jak stare zdjęcie: poznajesz ludzi, pamiętasz moment, ale uczucie jest inne. Zdystansowane.

W grudniu Dorota zaprosiła mnie na Sylwestra ze swoimi znajomymi. Omal nie odmówiłam, potem poszłam. Poznałam nowych ludzi, śmiałam się, piłam szampana i po północy poczułam uczucie, które zaskoczyło mnie: lekkość. Jakby zrzucić ciężar, którego długo się nie czuło.

Styczeń, luty. Dalej pływałam, chodziłam na włoski, czytałam książki odkładane od lat. Zrobiłam porządek w pawlaczu, wyrzuciłam sterty niepotrzebnych rzeczy. Znalazłam stary koc ten, w którym przykrywał się Witek tamtego lata, po pierwszej nocy na kanapie. Uprałam i schowałam wtedy. Teraz wyniosłam do pojemnika na dary. Niech komuś posłuży.

Marzec wrócił. Równo rok po tamtej niebieskiej torbie.

Stałam przy oknie, piłam kawę. Za oknem brudny śnieg, gołębie. To samo a ja zupełnie inna.

Zadzwonił w sobotę, koło południa. Na wyświetlaczu jego numer. Coś drgnęło we mnie nie radość, nie ból. Tylko odruch starego przyzwyczajenia.

Odebrałam.

Halina powiedział. To ja.

Widzę.

Jak się masz?

Dobrze. A ty?

Milczenie.

Niezbyt. Możemy się spotkać?

Zastanowiłam się sekundę.

Możemy. Gdzie?

Może u ciebie?

Nie odpowiedziałam spokojnie. Wyjdę pod blok za dwadzieścia minut.

Przerwa. Chyba spodziewał się czegoś innego.

Dobrze. Za dwadzieścia minut.

Odłożyłam telefon. Dopilnowałam kawy. Założyłam płaszcz, szal, buty. Spojrzałam w lustro. Kobieta w jasnoszarym płaszczu. Spokojna. Gotowa.

Czekał pod klatką. Zestarzał się rok, nie bardzo, ale jednak. Albo po prostu patrzyłam teraz inaczej. Ubrany mniej starannie. Trochę schudł. Miał ten wyraz na twarzy, który znałam: nadzieja i zakłopotanie.

Cześć powiedział.

Cześć.

Szliśmy chodnikiem, wolno, bez celu. Jak ludzie, którzy muszą wreszcie porozmawiać na serio.

Halina zaczął muszę ci coś ważnego powiedzieć.

Mów.

Ten rok był dla mnie trudny. Z Marzeną… nie wyszło. Odeszła. Nie ja, ona. Biznes też się rozpadł. Zostałem… No, sama rozumiesz. Z niczym.

Słuchałam w milczeniu.

Myślałem o tobie ciągnął bardzo dużo. Byłem głupi. Miałem coś ważnego, nie doceniałem. Ty byłaś… jesteś najbardziej prawdziwą osobą w moim życiu.

Witek…

Poczekaj. Chcę spróbować jeszcze raz. Tak naprawdę, już na serio. Zmieniłem się, naprawdę. Daj mi szansę.

Przechodziliśmy obok starego kasztana. Pączki puszyły się do słońca. Zaraz będą liście.

Zatrzymałam się.

On też. Patrzył.

Jesteś piękna powiedział nagle. Jeszcze piękniejsza po tym roku. Jak to możliwe?

Uśmiechnęłam się lekko.

Tak bywa.

Halina… ujął mnie za rękę. Powiedz coś.

Spojrzałam na jego dłoń. Ciepłą. Znajomą. Dłoń, którą chciałam przytrzymać przez lata.

Powoli ją wyciągnęłam.

Chcę, żebyś mnie zrozumiał powiedziałam. Nie obraził się, zrozumiał, dobrze?

Słucham.

Mówisz, iż się zmieniłeś. Wierzę ci. Rok to dużo. Zawiesiłam głos. Ale to nie o ciebie chodzi. O mnie.

Co z tobą?

Też się zmieniłam. Tylko inaczej. Ty straciłeś i chcesz odzyskać. Ja znalazłam i nie chcę stracić.

Spojrzenie pełne niepokoju.

Co znalazłaś?

Siebie. Choć to banał.

Halina…

Ciii. Nie mam do ciebie żalu. choćby nie potrafię być zła. Ale chcę, żebyś zrozumiał jedną rzecz. Całymi latami byłam twoim zapasowym lotniskiem.

Otworzył usta, przerwałam.

Przylatywałeś, kiedy było źle. Lądowałeś, odpoczywałeś, tankowałeś. Ja czekałam, przyjmowałam, cieszyłam się. Ty odlatywałeś. Bo tam było kolorowo, głośno, ciekawie. Marzena to wielkie lotnisko z iluminacją. Ja boczna trawa. Pewna, ale nie główna.

To nieprawda szepnął.

Prawda. I wiesz o tym. Spojrzałam mu w oczy. Ale jest za późno. Zamyka się lotnisko. Zamknęłam. Nie złościę się. Po prostu wiem, iż nie chcę być już opcją rezerwową. Dla nikogo. Ty jesteś porządnym człowiekiem, Witek. Naprawdę.

Długo milczał.

I co teraz?

Mam plany. Jadę do Barcelony na wiosnę. Uczę się włoskiego, choć tam hiszpański. Chodzę co dzień na basen. Mieszkam w pokoju z nowymi zasłonami i przestawionymi meblami. Czytam książki, od lat odkładane. To jest moje życie. Może niewielkie, może nie efektowne. Ale moje. I nie ma w nim miejsca dla kogoś, kto przyszedł, bo nie miał dokąd.

A gdybym przyszedł do ciebie, nie z braku opcji, ale naprawdę do ciebie?

Patrzyłam długo. I widziałam tam jakąś prawdę.

Może. Ale nie potrafię już tego sprawdzić. Nie umiem. Tamta Halina, która wierzyła i czekała, już nie mieszka tu. Ta, co jest żyje inaczej.

Zrobił krok.

Daj mi choć spróbować.

Nie powiedziałam. Spokojnie, bez teatru. Nie, bo wiem, jak to się kończy. Zbyt dobrze.

Staliśmy pod klatką. Ta sama ulica, tylko inny rok, inna ja.

choćby nie zaprosisz mnie na herbatę?

Nie.

Czemu?

Bo herbata z tymiankiem to już początek. A początku nie będzie.

Opuscił wzrok. Potem podniósł.

Jesteś szczęśliwa? spytał bez żalu.

Zastanowiłam się naprawdę.

Tak. Właśnie teraz, tutaj, tak.

To dobrze powiedział. I chyba też był szczery. Bardzo dobrze, Halina.

Postaliśmy jeszcze chwilę.

Odezwij się czasem. Tak po prostu.

Pokręciłam głową.

Nie trzeba. Każdy powinien mieć swoje.

Skinął. Powoli, z trudem.

Barcelona, mówisz?

Barcelona.

Piękne miasto.

Wiem. Chociaż nie byłam.

Odwrócił się i poszedł przez chodnik. Nie obejrzał się. Stałam i patrzyłam za nim. Mężczyzna, którego znałam trzydzieści lat. Mężczyzna, którego kochałam dłużej, niż siebie samą. Mężczyzna, którego tym razem odpuszczałam nie z bólem, ale ze spokojem.

Jak się wypuszcza ptaka, który od dawna chce lecieć.

Wróciłam na swoje piętro. Otworzyłam drzwi własnym kluczem. Weszłam do mieszkania, w którym unosił się zapach kawy i lnianych zasłon, gdzie marcowe słońce kładło się pasmem na kanapę.

Poszłam do kuchni. Postawiłam czajnik. Nie tymianku, nie. Mięta. Nowy zwyczaj, tylko mój.

Z lodówki zdjęłam karteczkę z dwoma słowami.

Barcelona. Wiosna.

Spojrzałam na nią. Dodałam: Kwiecień.

Kwiecień już zaraz.

Lotnisko zamknięte. Wieża kontroli gasi światła. A ja, wreszcie, wsiadam do swojego samolotu.

***Przez okno wpadał szmer ulicy i zapach nadchodzącej wiosny, trochę jeszcze nieśmiały, ale już obecny. Stałam przy stole, z kubkiem mięty, i zdałam sobie sprawę, iż żaden samolot nie odlatuje naprawdę sam zawsze zostaje za nim nieco śladu w powietrzu, białej smugi na niebie.

Tego ranka napisałam do Doroty wiadomość: Czy znasz jakieś dobre miejsce na kawę w Barcelonie?. Wysłałam. Uśmiechnęłam się. Wcześniej bałam się wyruszyć gdzieś sama dziś, po raz pierwszy od wielu lat, ta myśl wydawała się nie tylko możliwa, ale i ekscytująca.

Spojrzałam na drzwi. Zamknęłam je za sobą delikatnie, bez żalu, jak zamyka się pokój, w którym dawniej chciało się zostać na zawsze, a dziś wie się, iż świat czeka dalej.

Szłam przez miasto z notesem w torbie, choć tym razem była pusta i gotowa na nowe miejsca, nowe smaki, ludzi, słowa, których jeszcze nie znam i nie boję się wymówić. Marzec rozpuszczał się w słońcu, a ja szłam przed siebie, lekkim krokiem, nie szukając już cudzego lotniska.

Gdzieś, w którymś z domów, może ktoś czeka na herbatę z tymiankiem może sama sobie ją kiedyś jeszcze zaparzę, jeżeli zechcę. Ale dzisiaj podróż zaczynała się naprawdę. I po raz pierwszy, od dawna, byłam gotowa być swoim własnym przylotem, swoim własnym odlotem. Gotowa uczyć się nowych melodii i zapomnieć zapętlone frazy starych songów.

Miasto rozlewało się przede mną szerokim horyzontem.

Może nad Barceloną też są czasem gołębie na mansardach i ślady śniegu po zimie. Może i tam czekają światła na pasie startowym tylko teraz to dla mnie.

Z uśmiechem otworzyłam notes i napisałam:

Start.

I ruszyłam dalej.

Idź do oryginalnego materiału