Nazywam się Grażyna Bielak i od dwudziestu jeden lat pracuję pielęgniarką w przychodni rejonowej na Bemowie. Widziałam różne rzeczy przez to okienko z numerkami, ale tę historię pamiętam, bo pacjentka przyszła do mnie o wpół do ósmej rano, przed otwarciem, i po prostu usiadła na krześle pod drzwiami, zanim jeszcze zdjęłam płaszcz.
Miała na imię Bożena. Wiem to, bo później sama mi powiedziała, gdy podałam jej wodę — zwykłą wodę z kranu w kubku po lekach, bo innego naczynia pod ręką nie było. Kobieta koło pięćdziesiątki, w przemoczonym płaszczu, z walizką na kółkach postawioną obok, jakby jechała na dworzec, a nie do przychodni. Twarz miała spuchniętą, tę spuchniznę po nocy płaczu widziałam setki razy i mylić jej z niczym innym nie sposób.
Ja akurat miałam ranną zmianę i śpieszyło mi się, bo o ósmej trzydzieści miałam pierwszego pacjenta na pobranie krwi, a jeszcze musiałam poukładać próbówki. Ale coś mnie zatrzymało przy tych drzwiach. Zapytałam, czy źle się czuje. Powiedziała, iż nie, iż tylko chciała gdzieś usiąść w cieple, bo autobus miał dopiero za czterdzieści minut, a na dworze lało jak z cebra i wiatr od Wisły przenikał na wylot.
Wpuściłam ją do gabinetu zabiegowego, posadziłam na kozetce, chociaż formalnie nie powinnam była tego robić przed rejestracją. Postawiłam czajnik. Radio w kącie mruczało poranne wiadomości o korkach na Trasie Toruńskiej, ktoś za ścianą kasłał głośno, na parapecie stała moja doniczka z paprotką, którą podlewam co poniedziałek. Zwykły dzień w przychodni, tylko iż przy tej kozetce siedziała kobieta, dla której ten dzień zwykły nie był.
Nie pytałam o nic. To zawodowa zasada — nie ciągnę ludzi za język. Ale ona sama zaczęła mówić, cicho, patrząc w podłogę, jakby do siebie. Powiedziała, iż mąż nie wrócił trzy noce z rzędu, iż tłumaczył się delegacją do Poznania, iż rano dostała wiadomość od nieznanego numeru na Messengerze. Napisała jej kobieta, z którą — jak twierdziła — mąż Bożeny jest razem od pół roku, i iż mąż zostaje z nią z litości, i iż najlepiej będzie, jak Bożena da mu spokojnie rozwód.
Wtedy podałam jej tę wodę. Ręce jej się trzęsły tak, iż kubek stukał o zęby. Powiedziała, iż mieszka z mężem w Piasecznie, w domu, który budowali dwadzieścia lat, iż dzieci już dorosłe i wyprowadzone — syn na studiach we Wrocławiu, córka gdzieś pod Krakowem — a ona zostaje sama w tym wielkim domu z pustymi pokojami. I iż jedzie teraz do matki chrzestnej, do wsi pod Sandomierzem, bo tam jeszcze stoi dom po babci, którego nikt od lat nie sprzedał, bo szkoda.
Ja tylko słuchałam. Zrobiłam jej jeszcze herbatę z rumianku, bo mam taką w szufladzie na wszelki wypadek, dla siebie zresztą też, bo ciśnienie mam niestabilne. Powiedziałam, iż autobus do Sandomierza z dworca PKS na pewno jeszcze pojedzie, bo linia tam kursuje trzy razy dziennie, sama kiedyś tamtędy jechałam do siostry. Zapisałam jej choćby na kartce numer taxi, bo bałam się, iż w tym stanie zapomni zamówić.
O ósmej piętnaście musiałam wracać do pobrań, kolejka już rosła pod drzwiami, pani Kowalska z cukrzycą stukała w szybę zniecierpliwiona. Bożena wstała, poprawiła płaszcz, podziękowała mi za wodę i za to, iż nie zadawałam pytań. Powiedziała, iż jeszcze nigdy nie mówiła obcej osobie tylu rzeczy naraz. Uśmiechnęłam się i powiedziałam, iż u nas w przychodni ludzie czasem mówią więcej niż lekarzowi, bo pielęgniarka nie wystawia recepty na osąd.
Wzięła walizkę i wyszła w deszcz. Pomyślałam wtedy: no i tyle, pewnie już jej nie zobaczę, tak jak setek innych twarzy, które przewijają się przez ten korytarz.
Ale zobaczyłam ją jeszcze raz, prawie pięć miesięcy później. Przyszła po zaświadczenie do pracy — okazało się, iż dalej jest zameldowana w naszym rejonie, tylko teraz mieszka na stałe pod Sandomierzem i tylko czasem wpada do Warszawy załatwiać sprawy. Wyglądała inaczej. Nie chodzi o ubranie, choć rzeczywiście miała nowy, ciepły sweter i buty zabłocone, jakby przyjechała prosto z ogrodu. Chodzi o to, jak trzymała się w kolejce — bez tego skulenia, które miała wtedy w listopadzie.
Powiedziała mi, iż w międzyczasie sprzedała udział w domu w Piasecznie mężowi — jednym aktem u notariusza, całą swoją połowę, za sto dziewięćdziesiąt tysięcy złotych, żeby nie było już wspólnej własności, o którą trzeba się szarpać. Że pieniądze włożyła w remont domu po babci: nowy piec, ocieplenie, łazienkę. Że mąż przyjeżdżał do niej kilka razy, przywoził zakupy, naprawiał płot, i iż coś się między nimi układa na nowo, ale już inaczej niż było — bez telefonu sprawdzanego pod kołdrą, bez czekania przy oknie.
Zapytałam, czy to znaczy, iż wróciła do niego. Powiedziała, iż nie wróciła — iż to on przyjeżdża do niej, na jej warunkach, do jej domu, który teraz jest tylko jej, bo akt notarialny leży w szufladzie komody obok ikony po babci, i nikt już nie może jej z niego wykurzyć.
Podpisałam jej to zaświadczenie, podałam przez okienko. Uśmiechnęła się, powiedziała "dziękuję, pani Grażyno", i wyszła na przystanek autobusu numer 154, tego samego, którym pewnie jeździ teraz na dworzec PKS, kiedy wraca do siebie, do tego domu z jabłonią, o której mi kiedyś wspomniała mimochodem, iż rodzi tak obficie, iż nie nadążają zbierać.














