Marta Wójcik od trzech tygodni odkładała wizytę u matki na "weekend, kiedy będzie więcej czasu". Mieszkała w Gdańsku, matka w Tczewie — czterdzieści minut pociągiem, nie kraniec świata. A jednak za każdym razem, gdy telefon dzwonił o niepasującej porze, znajdował się jakiś powód: zebranie w pracy, korki na obwodnicy, zmęczenie po dyżurze w przychodni, gdzie pracowała jako pielęgniarka.
— Mamo, w niedzielę na pewno przyjadę — mówiła, trzymając słuchawkę między uchem a ramieniem, wpisując jednocześnie coś do arkusza na komputerze.
— Dobrze, córeczko. Ja tu mam czas, nigdzie się nie wybieram — odpowiadała Halina Wójcik, siedemdziesięciotrzyletnia emerytka, która przez trzydzieści osiem lat uczyła matematyki w tczewskim liceum.
Halina mieszkała sama od ośmiu lat, od śmierci męża. W bloku przy ulicy Kościuszki, na trzecim piętrze, bez windy. Sąsiadka z parteru, pani Zdzisława, co drugi dzień pukała do drzwi z pytaniem, czy czegoś nie trzeba przynieść ze sklepu. Halina zawsze odmawiała — mówiła, iż jeszcze da radę sama, iż nogi jeszcze niosą.
W tamten czwartek, trzynastego marca, Marta wracała z pracy koło osiemnastej. Na klatce schodowej u niej w bloku pachniało zawsze tak samo — kapuśniakiem od sąsiadów z drugiego piętra i proszkiem do prania z suszarni. Ten zapach kojarzył jej się z dzieciństwem, bo dokładnie tak samo pachniało na klatce w Tczewie, gdzie dorastała. Weszła do mieszkania, zrzuciła buty, włączyła telewizor — leciał akurat program o remontach, którego nigdy nie oglądała do końca — i usiadła z telefonem, żeby zadzwonić do matki. Ale przyszła wiadomość od koleżanki z pracy, potem druga, i telefon do matki znów przesunął się na "zaraz".
O wpół do jedenastej wieczorem zadzwoniła komórka. Numer sąsiadki, pani Zdzisławy.
— Marto, kochanie, przyjeżdżaj. Karetka już jedzie, ale… przyjeżdżaj szybko.
Halina zasłabła w kuchni, gotując wieczorną herbatę. Udar. W szpitalu w Tczewie lekarz powiedział wprost: najbliższe godziny są kluczowe, trzeba się przygotować na najgorsze.
Marta jechała nocnym pociągiem, bo autem szybciej się nie dało, remont na trasie. Przez całą drogę trzymała w ręku stary suszony kwiatek z jakiegoś zeszłorocznego bukietu, który matka wcisnęła jej ostatnio "na szczęście, córeczko, w torebkę włóż" — i teraz ten kwiatek się kruszył między palcami, a ona nie mogła przestać go obracać.
Zdążyła. Halina przeżyła tę noc, i następną, choć lewa strona ciała odmówiła posłuszeństwa, a mowa wróciła dopiero po dwóch tygodniach rehabilitacji, powoli, sylaba po sylabie.
Marta wzięła urlop bezpłatny w przychodni — trzy miesiące. Przeprowadziła się do Tczewa, spała na rozkładanej kanapie w salonie matki. Rano robiła jej owsiankę, uczyła na nowo trzymać łyżkę w prawej ręce, bo lewa nie chciała współpracować. Wieczorami siadały razem przed telewizorem i Halina, jeszcze z trudem dobierając słowa, zaczynała opowiadać tę samą historię, którą Marta znała na pamięć — jak to w siedemdziesiątym dziewiątym roku jechała pociągiem do Gdańska na studia i zgubiła bilet, a konduktor, starszy pan w czapce z orzełkiem, kazał jej zapłacić z własnej kieszeni, bo był pewien, iż dziewczyna nie kłamie.
Wcześniej Marta by tę opowieść ucięła w połowie, powiedziała "mamo, znam to". Teraz słuchała do końca. Za drugim razem. Za dziesiątym.
Pewnego wieczoru, gdy Halina już mówiła dość swobodnie, złapała córkę za rękaw swetra.
— Wiesz, ja się nie boję, iż umrę. Boję się, iż umrę, zanim ci powiem wszystko, co chciałam.
Marta odłożyła kubek z herbatą na stolik, usiadła bliżej, tak iż kolana się dotykały, i powiedziała tylko:
— To mów. Mam czas.
I Halina mówiła. O tym, jak bała się, iż córka jej nie wybaczy, kiedy w liceum zabroniła jej wyjazdu z chłopakiem nad morze. O tym, iż pierwszą pensję jako nauczycielka wydała na buty dla Marty, bo stare przemakały, a sobie kupiła nowe dopiero rok później. O rzeczach, które przez lata siedziały gdzieś w środku i których nikt nigdy nie pytał.
Rehabilitacja szła dalej. Po pół roku Halina chodziła o lasce, sama parzyła sobie herbatę, choć prawa ręka drżała przy nalewaniu wody. Marta wróciła do pracy w Gdańsku, ale przyjeżdżała co weekend, bez wyjątku, i już nie musiała sobie tego przypominać — po prostu w piątek po południu wsiadała w pociąg, tak jak inni wsiadają w autobus do pracy.
Rok później, w rocznicę tamtej nocy, Halina wyciągnęła z szuflady komody stary notes w twardej okładce i podała go córce.
— To dla ciebie. Zapisałam tam wszystko, co pamiętam. Na wypadek, gdybym znowu zapomniała słów.
W środku, między przepisami na bigos i listą numerów telefonów do lekarzy, były strony zapisane drżącym, nierównym pismem — historie z dzieciństwa Marty, imiona wszystkich kotów, jakie kiedykolwiek miały w domu (Filemon, Bazyl, ten rudy bez imienia, co przybłąkał się na trzy dni i zniknął), a na ostatniej zapisanej stronie zdanie urwane w połowie: "Czternastego marca o wpół do jedenastej zadzwoniła Zdzisława i ja pomyślałam tylko jedno: iż jeszcze nie powiedziałam Marcie o…"
Dalej było pusto.
Marta przesunęła kciukiem po tej niedokończonej linijce, zamknęła notes i odłożyła go na półkę, między zdjęcia. Wzięła telefon, otworzyła kalendarz i w każdy piątek do końca roku wpisała jedno i to samo: "Pociąg 16:40 do Tczewa".













