Nazywam się Wiktor Sroka i mam czterdzieści dwa lata. Prowadzę stocznię jachtową w Gdyni – tę samą, którą założył mój ojciec, a ja przejąłem jedenaście lat temu. Mieszkam w domu z widokiem na zatokę, w dzielnicy Orłowo, i przez większość dorosłego życia byłem przekonany, iż każdy problem da się rozwiązać przelewem. Trzeba było to widzieć: klifowa skarpa, sosny, a u dołu molo, które sam kazałem odnowić. Ludzie mówili, iż mam dobre oko do interesów. Nie mieli pojęcia, iż to samo oko potrafiło nie zauważyć własnej matki.
Kiedy osiem miesięcy temu u mojej matki, Haliny Sroki, wykryto raka trzustki w czwartym stadium, zrobiłem to, co zawsze robię, kiedy coś idzie nie tak w firmie – zatrudniłem najlepszych. Onkolog z kliniki w Gdańsku, prywatna opiekunka na dwanaście godzin dziennie, dietetyczka, koordynatorka, która co tydzień przysyłała mi raporty PDF na maila. Każdą fakturę płaciłem tego samego dnia. Uważałem się za dobrego syna. Miałem dowody – wyciągi bankowe.
Do gosposi, którą zatrudniłem sześć miesięcy wcześniej, adekwatnie nie przywiązywałem wagi. Nazywała się Justyna Wiech, miała dwadzieścia sześć lat, sprzątała dom trzy razy w tygodniu i parzyła mi kawę, kiedy wracałem późno z biura. Tyle wiedziałem. Reszty – nie.
We wtorek wróciłem do domu wcześniej niż planowałem, bo klient z Norwegii odwołał spotkanie w ostatniej chwili. Otworzyłem drzwi i coś było nie tak – a raczej: było lepiej niż zwykle. W przedpokoju stał wazon ze świeżymi fiołkami, chociaż nie pamiętałem, żebym kazał je kupować. Z kuchni ciągnął się zapach imbirowej herbaty. A z pokoju matki dobiegał śmiech. Prawdziwy, nie ten grzecznościowy, jaki słyszałem od miesięcy.
Drzwi były uchylone. Zajrzałem.
Justyna klęczała przy wózku inwalidzkim mojej matki, w rękach trzymała maszynkę do golenia – tę elektryczną, do brody, którą kupiłem sobie kiedyś na prezent i o której zapomniałem. Prowadziła nią ostrożnie po głowie matki, a siwe kosmyki opadały na ręcznik rozłożony na jej ramionach. Po policzkach Justyny spływały łzy, których nie ocierała, bo miała zajęte obie ręce. Matka się uśmiechała.
– Jeszcze chwilka, pani Halino – powiedziała cicho.
– Nie mów do mnie jak do dziecka – warknęła matka, ale bez złości.
Justyna zaśmiała się przez łzy.
– Dobrze, jest pani nieznośna.
Matka parsknęła śmiechem. Cofnąłem się, zanim mnie zauważyły, i przez chwilę stałem w korytarzu, wpatrując się we własne dłonie, jakby należały do kogoś innego.
Następnego dnia wezwałem do biura Reginę Malczyk, moją kierowniczkę administracyjną od domu.
– Kim jest Justyna Wiech?
– Gosposia, panie prezesie. Sprząta od pół roku, sprawdzona, referencje w porządku.
– Proszę ją tu przysłać. Punkt dziesiąta.
O dziesiątej weszła. Z bliska wyglądała młodziej, niż myślałem – piegi na nosie, podkrążone oczy, ktoś, kto dźwiga coś, o czym nie mówi głośno.
– Widziałem panią wczoraj z moją matką.
– Tak, panie Sroka.
– Zatrudniłem panią do sprzątania domu.
– Tak.
– Nie do opieki.
Pierwszy raz odpowiedziała mi bez wahania.
– Wiem.
– To proszę mi wytłumaczyć.
Wzięła oddech, a to, co powiedziała, zabolało bardziej niż jakikolwiek kryzys w stoczni.
Powiedziała, iż w zeszły czwartek matka obudziła się o trzeciej w nocy i wołała przez dwadzieścia minut, zanim ktokolwiek przyszedł, bo opiekunka z agencji kończyła zmianę o dwudziestej drugiej, a nocna miała przyjechać dopiero rano. Że sama zaczęła zostawać po godzinach, bez dodatkowej zapłaty, bo nikt inny nie zauważył, iż matka gubi całe kosmyki włosów na poduszce i wstydzi się o tym komukolwiek powiedzieć. Że kupiła w markecie nocną lampkę na baterie i postawiła ją na szafce, bo matka bała się ciemności, a nikt jej o to nie zapytał.
– Ona nie potrzebowała kolejnego zabiegu – powiedziała Justyna. – Potrzebowała, żeby ktoś usiadł przy łóżku o trzeciej w nocy.
Zacisnąłem szczękę.
– Ma cały zespół medyczny.
– Zespół medyczny monitoruje jej stan. Bycie z kimś to co innego.
Nie zdążyłem odpowiedzieć, bo drzwi się otworzyły. Wjechała matka, sama pchając koła wózka.
– Ta dziewczyna – powiedziała, wskazując na Justynę – to jedyna osoba w tym domu, która od miesięcy siedzi ze mną, kiedy nie mogę spać, zamiast pisać do mnie maile z grafikiem wizyt.
Poczułem, jakby ktoś uderzył mnie otwartą dłonią.
– Masz cały sztab lekarzy, mamo.
– Nie mów mi o sztabie. – Głos jej się załamał, palce zacisnęły się na kocu leżącym na kolanach. – Boli mnie ciało. Czasem budzę się w nocy i liczę na palcach, ile mi jeszcze zostało dni, zanim ktokolwiek to zauważy.
Milczałem.
– Ostatnio to Justyna trzymała mi rękę, kiedy bolało najbardziej – powiedziała, patrząc mi w oczy. – Nie ty.
Coś we mnie pękło. Lata dystansu, lata wymówek, lata przekonania, iż przelew zastąpi obecność.
Wtedy matka rzuciła ostatnie słowa, jakby stawiała ultimatum.
– jeżeli ją zwolnisz, wyprowadzam się razem z nią.
Spojrzałem na Justynę. Ona milczała – nie musiała nic mówić.
Skinąłem głową.
– Nikt nikąd się nie wyprowadza.
Matka się uśmiechnęła i sama zawróciła wózek w stronę drzwi, kierując go pewną ręką w stronę korytarza. Zanim wyjechała, obejrzała się na mnie.
– I jeszcze, Wiktorze…
Coś w jej twarzy sprawiło, iż poczułem ucisk w żołądku.
– Zanim umrę, chcę, żebyś poznał prawdę o twoim ojcu i o tym domu.
Nie rozumiałem, o co chodzi, dopóki dwa tygodnie później, w niedzielny wieczór, nie usiadła ze mną przy kuchennym stole – tym samym, przy którym jadaliśmy niedzielne obiady, kiedy jeszcze żył ojciec. Justyna przyniosła jej herbatę z imbirem i wyszła bez słowa, zamykając za sobą drzwi.
Matka wyjęła z kieszeni szlafroka złożoną kartkę – kopię starego aktu notarialnego. Powiedziała, iż mój ojciec, zanim zmarł, przepisał dwadzieścia dwa procent udziałów w stoczni na fundację charytatywną w Gdyni, która pomagała dzieciom pracowników portowych. Akt nigdy nie został zgłoszony do rejestru sądowego – ojciec zachorował i zmarł, zanim prawnicy dopięli formalności. Kiedy jedenaście lat temu przejmowałem firmę, moi prawnicy znaleźli tę niedokończoną sprawę i orzekli, iż skoro fundacja nigdy formalnie nie objęła udziałów, zapis można uznać za nieważny. Podpisałem to bez pytania, tłumacząc sobie „porządkowaniem majątku". Matka wiedziała o tym od lat i milczała, bo bała się, iż stracę do niej cierpliwość, jeżeli zacznie mieszać się w interesy.
– Nie chcę umierać z tym na sumieniu – powiedziała. – Oddaj to, co ojciec chciał oddać. I zatrzymaj przy sobie ludzi, którzy naprawdę cię widzą, a nie tych, co widzą twoje konto.
Nie spałem tej nocy. Rano zadzwoniłem do notariusza, pani Barbary Kwiek, z kancelarii przy ulicy Świętojańskiej, z którą współpracowałem od lat przy sprawach firmy. Powiedziałem jej, żeby przygotowała dokument przywracający dwadzieścia dwa procent udziałów stoczni fundacji „Port Dzieciom" – dokładnie tyle, ile ojciec zapisał w oryginalnym akcie sprzed piętnastu lat. To nie było gestem dla kamer. Nikt poza rodziną i notariuszem o tym nie wiedział.
Trzy dni później podpisałem papiery przy kuchennym stole, w obecności matki i Justyny, która akurat wnosiła tacę z lekami. Matka położyła rękę na moim ramieniu, kiedy stawiałem podpis, i powiedziała tylko: „Teraz mogę odpocząć".
Zatrudniłem też Justynę na stałe – nie jako gosposię, tylko jako osobę do opieki towarzyszącej, z umową, pensją podwojoną i grafikiem, który sama ustalała. Agencję opiekunek zwolniłem tego samego tygodnia, po rozmowie, w której koordynatorka usłyszała ode mnie, iż „monitorowanie stanu" to za mało, kiedy ktoś umiera samotnie w nocy.
Matka odeszła sześć tygodni później, we śnie, w swoim pokoju z widokiem na sosny i skarpę. Justyna była przy niej do końca. Ja też – z dłonią matki w swojej, zamiast telefonu.
Fundacja „Port Dzieciom" dostała w tym roku pierwszy przelew z udziału w zyskach stoczni – sto siedemdziesiąt cztery tysiące złotych. Justyna wciąż u mnie pracuje, choć już nie sprząta – szkoli się na opiekunkę medyczną, a ja płacę za kurs. Wieczorami, kiedy wracam do pustego domu w Orłowie, zaparzam sobie herbatę z imbirem – tak samo, jak robiła to Justyna dla mamy – i siadam przy oknie z kubkiem w dłoniach, patrząc na światła kutrów na zatoce.







