28 czerwca 2024, Warszawa
Dzisiaj przyszło mi wspomnieć pewne wydarzenie, które mocno wpłynęło na moje podejście do ludzi, a zwłaszcza przyjaciół.
Od wielu lat jestem aktywny i interesujący świata, choć mam już 65 lat na karku. Cały czas chętnie podróżuję, odwiedzam nowe miejsca i poznaję interesujące osoby. Często wracam myślami do mojego dzieciństwa i czasów młodości wtedy wakacje były zupełnie inne! Można było jechać do Zakopanego na kilka dni, innym razem na Mazury, gdzie wiosłowało się po jeziorze i spało pod namiotem. Wszystko to kosztowało grosze i dawało niesamowite przeżycia.
Takie wakacyjne przyjaźnie nieraz zostawały na lata. Ludzie spotykali się na plaży w Kołobrzegu czy w teatrze przy Placu Defilad w Warszawie i stali się bliskimi znajomymi. Tak też poznałem Martę podczas pobytu w pensjonacie w Gdyni. Od razu się zaprzyjaźniliśmy. Minęło kilka lat czasami wymienialiśmy kartki i krótkie listy.
Aż pewnego dnia parę lat temu otrzymałem telegram. Nic nie wskazywało, od kogo, a treść była lakoniczna: Pociąg przyjeżdża o trzeciej nad ranem. Proszę, spotkaj się ze mną!.
Byłem mocno zdziwiony. Nie rozpoznałem nadawcy, więc z żoną nie pofatygowaliśmy się na dworzec Warszawa Centralna. Tymczasem, o czwartej nad ranem rozległ się dzwonek do drzwi. Otwieram i nie mogłem uwierzyć własnym oczom. Stała w progu Marta, dwie nastoletnie dziewczyny Zuzanna i Kinga jej mama i mężczyzna, chyba jej brat. Obok nich spora sterta bagaży, walizki, torby i worki. Z żoną staliśmy jak wryci, ale wpuściliśmy wszystkich do mieszkania.
Marta od razu się poskarżyła:
Dlaczego mnie nie odebrałeś? Przecież wysłałam telegram. Przez to musieliśmy tak długo szukać twojego mieszkania! To przecież kosztuje bilety PKP tanie nie są.
Przepraszam, ale telegram nie miał podpisu. Nie wiedzieliśmy, kto go wysłał! tłumaczyłem.
Przecież dałeś mi swój adres! Oto jestem.
Myślałem, iż będziemy się wymieniać listami, nie spodziewałem się gości!
Później dowiedziałem się, iż jedna z dziewczyn Zuzanna właśnie skończyła liceum w Olsztynie i wybiera się na studia w Warszawie. Cała rodzina przyjechała jej pomóc w przeprowadzce. Marta oświadczyła bez żadnych zahamowań:
Zamieszkamy u was, bo nie mamy ani złotówki na mieszkanie czy hotel. Musisz nam pomóc!
Byłem w szoku. Nie jesteśmy choćby rodziną czemu miałem zgodzić się na takie rozwiązanie? Z dnia na dzień musieliśmy karmić pięć osób trzykrotnie dziennie. Coś tam przywieźli z Mazur, ale nie gotowali, nie pomagali, tylko korzystali z naszych zakupów. A ja obsługiwałem całą tę ferajnę jak kelner w restauracji.
Po trzech dniach nie wytrzymałem i poprosiłem Martę oraz jej rodzinę, żeby się wynieśli. Nie interesowało mnie, dokąd pójdą, byle opuścili moje mieszkanie. Wybuchła awantura Marta zaczęła tłuc talerze, krzyczeć, robić sceny na całą klatkę schodową.
Byłem zszokowany. Nigdy nie widziałem jej w takim stanie. Dopiero później, gdy się pakowali, zorientowałem się, iż zniknął mój ulubiony szlafrok, kilka nowych ręczników oraz co mnie najbardziej zdziwiło mój duży stalowy garnek od mamy! Nie mam pojęcia, jak go wynieśli, ale po prostu przepadł.
Tak skończyła się moja długoletnia znajomość z Martą. I chyba dobrze od tamtej pory nie słyszałem ani słowa, nie dostałem żadnej kartki czy telefonu. Do dziś nie rozumiem, jak można być tak bezwstydnym i roszczeniowym.
Dla mnie była to wielka lekcja, iż w Polsce gościnność powinna być okazywana tym, którzy ją szanują, a nie tym, którzy z niej korzystają bez umiaru. Od tamtej pory jestem dużo bardziej ostrożny w przyjaźniach i wiem, iż warto ufać, ale z rozwagą.








