Zamieniła nieestetyczny pierścionek po babci na modną biżuterię, wywołując rodzinny dramat—matka zro…

twojacena.pl 1 tydzień temu

Moja mama podarowała mi pierścionek po mojej babci. Nie jest to żaden wysmakowany antyk, raczej brzydactwo, jakby projektował go ktoś, kto właśnie dowiedział się, co to jest kółko i prostokąt. Na dodatek tak duży, iż musiałabym mieć palec wielkości parówki z wiejskiego sklepu. Nigdy go nie założyłam, choćby gdyby groziła mi inkwizycja. Uznałam więc, iż skoro to mój pierścionek, mogę rozporządzać nim wedle własnej fantazji, a fantazja podpowiedziała mi: Idź, wymień to na coś, co faktycznie chcesz nosić.

Udałam się zatem do salonu jubilerskiego na krakowskim Kazimierzu. Po niewielkiej dopłacie w złotówkach, zamieniłam babciną perełkę na nowoczesną i naprawdę śliczną błyskotkę. Oczywiście od razu zadzwoniłam do mamy, przekonana, iż razem będziemy się cieszyć moim odkryciem. Nic bardziej mylnego. Mama odpaliła dramat, który choćby Moniuszko by nie zdołał opisać.

Jak mogłaś to zrobić?! Jak mogłaś oddać pierścionek bez mojej zgody?! Przecież to nie zwykła biżuteria, to wspomnienie, kawałek naszej rodziny! Jak cię tego uczyć?!

Próbowałam wyjaśnić, iż skoro rzecz jest moja, to mogę z nią zrobić, co mi się podoba, ale matka była już w trybie oblężenia Jasnej Góry. Nie słuchała zarządziła psychiczne embargo i pożegnała się bez czułości.

Minęły dwa dni, dzwoniła, nie odebrałam, bo byłam tak wkurzona, iż mogłabym zacząć piszczeć jak szynszyl. Napisała SMS-a: Pierścionek NIE był prezentem! To depozyt rodzinnego skarbu, nie wolno go ruszać!. W tym momencie zaczęłam się zastanawiać, po co mi takie prezenty, które w sumie nie są prezentem Sytuacja jak z festynu w Pcimiu niby fajnie, ale nie bardzo.

A żeby dodać pikanterii babcia Helena żyje, a relacje między nią a mamą przypominają stosunki polsko-ruskie z 1831 roku. Więc co to za pamiątka? Dobrze, iż nie klamka od drzwi, bo pewnie też by się znalazł dramat.

Opowieść tę przeczytałam wczoraj na Facebooku; wciągnęła mnie tak, iż aż zrobiłam sobie herbatę z cytryną, żeby ochłonąć. Nie umiem choćby wyobrazić sobie, żeby tak po prostu wyzbyć się rodzinnej pamiątki, choćby jeżeli jej uroda jest dyskusyjna (typowa jakość z PRL-u, nie biżuteria z paryskiej wystawy). Ale wiecie, to kawałek rodzinnej mozaiki choćby jeżeli nikt nie będzie nosił tego pierścienia, nowy pokolenia będą się śmiały, iż ich dziadkowie mieli taki gust. Kto wie, może wróci moda na babcine blaszaki? Zawsze warto zachować, dla przyszłych śmiechów i wzruszeń, bo co się kręci w rodzinie, wraca jak bumerang.

A tu nasza bohaterka wymienia pierścionek na współczesną świecidełko, nie zważając na jakość dzisiejszego złota (które po tygodniu przypomina gumę do żucia). Można było przecież oddać do jubilera i przerobić i wilk syty, i owca cała, pamięć zachowana, a ozdoba cieszy oko, nie zalega w szufladzie obok pamiątkowego medaliku od komunii.

W ostateczności można kupić sobie nową biżuterię, a rodzinny pierścionek niech leży, gromadząc kurz i legendy.

Ja, szczerze, jestem #TeamMama. Rozumiem jej burzę hormonów serca choćby nie zaświtało jej w głowie, iż córka może nie wiedzieć, iż rzeczy rodzinne mają duchową datę przydatności. Nie sprzedaje się ani nie oddaje prezentów, a już na pewno nie tych od babci Heleny, która przeżyła dwie reformy gospodarcze.

Z drugiej strony cóż, punkt widzenia zależy od siedzenia. Może Justyna (nasza bohaterka!) nie jest typem osoby, która przywiązuje się do przedmiotów. Lubi rzeczy użytkowe, nie eksponaty muzealne. Zresztą, na targach staroci w Toruniu znajdziecie pełno takich rodzinnych sentymentów kiedyś komuś niepotrzebnych. Może rzeczywiście lepiej żyć tu i teraz bez sentymentów do klamerek po pradziadku Wincentym? Może nie każdy rodzi się z duszą archiwisty? Czy naprawdę trzeba ją potępiać za to, iż woli nową biżuterię od pamiątek? Wychodzi na to, iż mama nie popracowała wystarczająco nad transferem rodzinnej tradycji…

Życie, jak w kabarecie każdy ma swoją wersję.

Idź do oryginalnego materiału