Nazywam się Tomasz Wieczorek i przez dziewięć lat byłem kierownikiem działu utrzymania wybiegów w Zoo Safari Borysew, niedaleko Łodzi. Piszę to, bo ludzie wciąż pytają mnie o tamtą sprawę z orangutanem, którego u nas nazywaliśmy Cezar. Ale zanim dojdę do Cezara, muszę powiedzieć o Marku Sobolewskim, bo to jego to adekwatnie dotyczy, nie mnie.
Marek był głównym opiekunem małp człekokształtnych. Facet po czterdziestce, rozwiedziony, mieszkał sam w bloku w Poddębicach i praktycznie każdy dzień spędzał w zoo, łącznie z niedzielami. Miał tę cechę, iż traktował zwierzęta jak swoje dzieci — a Cezara szczególnie, bo wychował go od małego, odkąd matka odrzuciła go zaraz po urodzeniu.
Problem zaczął się latem, chyba w lipcu, kiedy termometr przy kasach pokazywał trzydzieści cztery stopnie, a w powietrzu unosił się zapach spalonej trawy i lodów waniliowych sprzedawanych przy wejściu. Cezar uciekł pierwszy raz. Nikt nie wiedział jak. Rano opiekunka od pawi zobaczyła go siedzącego spokojnie na ławce przy stoisku z goframi, jakby czekał na otwarcie.
Marek zbladł, kiedy mu o tym powiedziałem przez krótkofalówkę. Nie krzyczał, nie panikował — tylko wziął pęczek winogron z lodówki w magazynie i poszedł go szukać sam, bez ochrony. Znalazł go przy wybiegu żyraf. Cezar, ważący ponad sto kilogramów, po prostu wziął winogrona z jego dłoni i pozwolił się zaprowadzić z powrotem, trzymając Marka za rękaw jak dziecko trzyma ojca.
Dyrekcja kazała mi podnieść mur o pół metra. Zrobiliśmy to w trzy dni, kosztowało to jedenaście tysięcy złotych z budżetu na remonty. Dwa tygodnie później Cezar znowu był na zewnątrz — tym razem siedział przy fontannie koło pawilonu gadów i moczył sobie stopy.
Trzeci raz to już była kompromitacja. Sprowadziliśmy z Krakowa specjalistę od wspinaczki, niejakiego Grzegorza Bartnika, żeby sprawdził konstrukcję wybiegu centymetr po centymetrze. Znalazł to, czego nikt z nas nie zauważył: mikroskopijne wgłębienia w betonie, które Cezar wydrapywał paznokciami przez miesiące, cierpliwie, kawałek po kawałku, żeby zrobić sobie chwyty.
Ale to nie było najdziwniejsze. Cezar, gdy już był wolny, nigdy nie próbował uciec z terenu zoo. Chodził alejkami, oglądał wilki, przystawał przy akwarium z karpiami koi, czasem siadał obok jakiejś babci na ławce i po prostu patrzył na nią, dopóki nie zaczęła krzyczeć. Z jednym wyjątkiem — wybieg samicy imieniem Fela, którą sprowadzono do nas rok wcześniej z Wrocławia. Cezar nienawidził Feli z powodów, których nikt nigdy nie ustalił, i za każdym razem, gdy był wolny, próbował rzucać w jej stronę kamieniami zebranymi z alejki.
Ja miałem swój własny interes w tej sprawie, uczciwie mówiąc. Moja zmiana kończyła się o piętnastej, a przez te ucieczki zostawałem regularnie do dwudziestej pierwszej, wypełniając protokoły dla wojewódzkiego inspektoratu weterynarii. Żona dzwoniła i pytała, czy w ogóle pamiętam, iż mamy córkę, która czeka na kolację.
Największa awantura wybuchła, kiedy dyrekcja postanowiła zainstalować ogrodzenie elektryczne wokół wybiegu małp. Marek stanął w progu biura prezesa i powiedział wprost, iż jeżeli puszczą prąd przez ten drut, on składa wypowiedzenie tego samego dnia. Nie krzyczał — mówił cicho, ale twardo, trzymając w ręku teczkę z dokumentacją weterynaryjną Cezara, którą przygotowywał od lat, każde badanie, każdą szczepionkę, każdy dzień choroby zapisany osobno.
— On nie jest przestępcą — powiedział Marek do prezesa, kładąc teczkę na biurku. — On się nudzi. Dajcie mu więcej zajęć w wybiegu, a nie druty pod napięciem.
Prezes, człowiek zresztą rozsądny, ustąpił połowicznie. Zrezygnowaliśmy z elektryki, ale wprowadziliśmy tak zwane wzbogacenie środowiskowe — ukryte jedzenie w rurach, węzły do rozplątywania, nowe drewniane konstrukcje. Marek osobiście dogladał montażu przez trzy weekendy z rzędu, bez dodatkowego wynagrodzenia.
Historia Cezara wyszła poza bramy zoo. Lokalna gazeta w Poddębicach napisała artykuł, potem podchwyciła go stacja telewizyjna z Łodzi. Ludzie zaczęli przyjeżdżać specjalnie po to, żeby zobaczyć "tego uciekiniera". Ktoś choćby wydrukował koszulki z napisem "Uwolnić Cezara" i sprzedawał je przy parkingu, dopóki ochrona ich nie przepędziła.
Ja patrzyłem na to wszystko trochę z boku, bo moja rola sprowadzała się do napraw i raportów, nie do relacji z małpą. Ale zapamiętałem jeden moment, który dla mnie tłumaczy całą tę historię lepiej niż jakiekolwiek statystyki ucieczek.
Był wrzesień, już chłodniejszy wieczór, zoo dawno zamknięte dla zwiedzających. Zostałem po godzinach, bo trzeba było wymienić uszkodzony reflektor przy wybiegu słoni. Idąc z powrotem do magazynu, zobaczyłem Marka siedzącego na trawie tuż przy siatce wybiegu małp, a po drugiej stronie, może metr od niego, siedział Cezar. Nie próbował uciekać. Po prostu siedzieli tam obaj, patrząc na to samo — na wschodzący nad drzewami księżyc, prawie w pełni.
Marek trzymał w rękach nie owoce, tylko zwykły brązowy segregator — te same papiery, które kiedyś kładł na biurku prezesa. Powiedział mi później, iż tego wieczoru ostatecznie zdecydował: rezygnuje z etatu głównego opiekuna wszystkich małp i zostaje wyłącznie przy Cezarze, jako jego indywidualny opiekun, mimo iż oznaczało to obniżkę pensji o osiemset złotych miesięcznie. Złożył ten wniosek następnego ranka, podpisał go własnym długopisem przy biurku kadrowej, i wręczył jej razem z tym samym segregatorem — kompletną historią zwierzęcia, które wychował, żeby dyrekcja miała czarno na białym, dlaczego ten transfer ma sens.
Cezar przestał uciekać dopiero wtedy, kiedy dostał osobny, powiększony wybieg z nowymi konstrukcjami do wspinaczki, zaprojektowanymi tak, żeby wykorzystywały jego pomysłowość zamiast ją tłumić. Fela została przeniesiona do innego pawilonu, żeby uniknąć dalszych incydentów z kamieniami. Marek do dziś, ile wiem, przychodzi do zoo codziennie, choćby w te dni, kiedy formalnie ma wolne.
Widziałem ich jeszcze raz razem, już zimą, przez szybę obserwacyjną. Marek stał z termosem herbaty, a Cezar siedział po drugiej stronie szyby i przyglądał mu się tak spokojnie, jakby to on teraz pilnował, żeby Marek nie zrobił czegoś głupiego.












