Zakonnica z Nowego Sącza rodziła po raz trzeci, aż lekarka znalazła w kartotece jedno nazwisko

polregion.pl 6 dni temu

Siostra Weronika Kwiatek trzymała niemowlę na biodrze i patrzyła na przełożoną tak spokojnie, jakby zgłaszała brakujący zapas świec do kaplicy, a nie trzecią ciążę w klasztorze, do którego od piętnastu lat nie wszedł żaden mężczyzna.

— Matko, chyba znowu jestem w ciąży.

Matka Barbara Sienkiewicz odłożyła długopis na księgę rachunkową klasztoru Sióstr Niepokalanego Poczęcia pod Nowym Sączem i przez chwilę wpatrywała się w kartkę, jakby liczby mogły jej podpowiedzieć, co odpowiedzieć. Za oknem kancelarii siąpił marcowy deszcz, w korytarzu pachniało woskiem po porannej mszy, a gdzieś na dole trzasnęła furtka — to listonosz, jak co dzień o dziewiątej, zostawiał paczkę pod bramą.

— Znowu, siostro Weroniko?

— Wiem, jak to brzmi. Ale nudności są takie same jak poprzednim razem. I brzuch już rośnie.

Dwuletnia Zosia, jej córeczka, siedziała na podłodze i układała różaniec w kółko, nie zwracając uwagi na rozmowę dorosłych. Weronika mówiła o swojej ciąży z taką łagodnością, jakby opisywała pogodę.

— To będzie już trzecie dziecko, siostro. Trzecie w niecałe cztery lata. W klasztorze klauzurowym, do którego bramę zamyka się o osiemnastej i nikt bez przepustki od biskupa nie przekracza progu.

— Wiem, Matko. Ale ja też nic nie rozumiem. Czuję to samo co poprzednio — zawroty głowy, obrzmiałe piersi. Nie tknęłam żadnego mężczyzny. Jestem czysta, Matka wie o tym najlepiej.

Barbara wstała zza biurka i podeszła do okna, przez które widać było mur klasztorny i furtkę z domofonem, nagraną przez kamerę zamontowaną dwa lata temu — po drugiej ciąży Weroniki, właśnie po to, żeby wykluczyć jakiekolwiek nocne wizyty. Taśmy z tamtego okresu przejrzała osobiście, klatka po klatce. Nic.

— Siostro, to nie może się tak po prostu zdarzać. Kobieta zachodzi w ciążę w jeden sposób. Nie ma drugiego.

— A jednak zaszłam. Może Bóg ma wobec mnie inny plan niż wobec innych sióstr.

Barbara poczuła, iż robi jej się gorąco mimo chłodu w pomieszczeniu. Nie strach przed samym faktem był najgorszy — najgorsze było to, iż to już trzeci raz, a ona wciąż nie miała żadnego wytłumaczenia, które dałoby się zapisać w protokole i przedstawić biskupowi ordynariuszowi.

— Dziś po południu zadzwonię do doktor Halickiej. Musimy to potwierdzić i porozmawiać poważnie, siostro.

— Dobrze, Matko. Pójdę tylko nakarmić Antosia, bo się budzi.

Weronika wyszła z kancelarii, kołysząc niemowlę, a Zosia pobiegła za nią, ciągnąc różaniec po kamiennej posadzce. Barbara stała jeszcze długo przy oknie. Pamiętała pierwszą ciążę — Weronika zemdlała wtedy przy grządkach z pomidorami w ogrodzie warzywnym, a potem płakała ze wzruszenia, gdy usłyszała bicie serduszka na USG w przychodni w Nowym Sączu. Pamiętała drugą — zaszła w ciążę, zanim pierwsza córka zaczęła mówić. Za każdym razem to samo: żadnych śladów włamania, żadnego obcego zapachu papierosów w korytarzu, żadnej plotki od siostry furtianki. Tylko rosnący brzuch i kolejne dziecko, którego istnienia nikt nie potrafił wyjaśnić.

Doktor Renata Halicka przyjechała tego samego dnia po południu, w białym Volkswagenie Passacie, z torbą lekarską i teczką, w której trzymała całą historię medyczną Weroniki od pierwszej wizyty. Zbadała ją w izbie chorych klasztoru — pomieszczeniu z jednym łóżkiem, krzyżem nad wezgłowiem i szafką pełną bandaży.

— Jest pani w ciąży, siostro Weroniko. Około dziesiątego tygodnia.

Barbara, stojąca w progu, zacisnęła dłonie na fałdach habitu.

— Doktor Halicka, to trzecia ciąża w cztery lata. Siostra przez cały ten czas nie opuszczała murów klasztoru poza wizytami u pani, zawsze w towarzystwie siostry zakrystianki. Jak to możliwe?

Halicka zamknęła teczkę i spojrzała na Barbarę znad okularów.

— Matko, ja mogę potwierdzić tylko fakt medyczny. Ciąża jest. Reszta to już nie moja specjalność.

Ale coś w jej głosie zabrzmiało inaczej niż przy poprzednich dwóch wizytach. Zawahała się, jakby chciała coś dodać, po czym otworzyła teczkę jeszcze raz i wyjęła z niej cienki wydruk — wynik badania krwi.

— Jest jedna rzecz, którą powinnam była sprawdzić już dwa lata temu, ale wtedy nie przyszło mi to do głowy. Grupa krwi dzieci. Zosia ma AB, Antoś ma A. Siostra Weronika ma grupę 0.

Barbara poczuła, jak z twarzy odpływa jej krew.

— To niemożliwe przy grupie 0 u matki, prawda?

— Matka z grupą 0 nie może urodzić dziecka z grupą AB, chyba iż ojciec ma AB. To podstawowa genetyka, Matko Barbaro. Zapisywałam to w kartach za każdym razem, tylko nikt nigdy nie zestawił tych danych obok siebie.

W tym momencie Barbara zrozumiała, iż musi w końcu otworzyć archiwum personalne klasztoru — teczki wszystkich osób, które w ostatnich pięciu latach miały dostęp do budynku poza godzinami wizyt: hydraulika, elektryka, księdza kapelana, dostawcy opału. Poprosiła siostrę archiwistkę o klucz do metalowej szafy w piwnicy, której nikt nie otwierał od remontu kaplicy.

Wieczorem, przy świetle jednej żarówki, Barbara przeglądała stare umowy zlecenia. I wtedy natrafiła na nazwisko, które widziała już wcześniej, ale nigdy nie skojarzyła z niczym istotnym — Tomasz Górecki, konserwator zabytków, zatrudniony do renowacji fresków w kaplicy klasztornej, z umową obejmującą dostęp do budynku o każdej porze dnia, także nocą, "ze względu na specyfikę prac konserwatorskich przy wilgotności powietrza". Umowa była podpisana przez poprzedniczkę Barbary, zmarłą trzy lata temu ksienię, i nigdy formalnie nie wygasła — Górecki miał klucz do bocznej furtki od strony ogrodu, tej samej, przy której Weronika zemdlała podczas pierwszej ciąży.

Barbara zadzwoniła do doktor Halickiej jeszcze tego samego wieczoru i poprosiła o dyskretne pobranie próbki DNA od Weroniki i obu dzieci, tłumacząc to potrzebą pełnej dokumentacji medycznej. Trzy tygodnie później, gdy wyniki przyszły pocztą kurierską do przychodni w Nowym Sączu, Halicka przywiozła je osobiście, bez zapowiedzi, w niedzielne popołudnie.

— Matko, musimy porozmawiać na osobności.

Usiadły w kancelarii, tej samej, w której miesiąc wcześniej Weronika oznajmiła trzecią ciążę. Halicka położyła na biurku wydruk z laboratorium.

— Porównałam profil DNA dzieci z bazą, do której mam dostęp przez szpital powiatowy — z próbek pobranych rok temu przy okazji wypadku w pracy. Ojcem obojga dzieci jest Tomasz Górecki. Prawdopodobieństwo powyżej 99,9 procent.

Barbara siedziała nieruchomo, patrząc na kartkę, jak gdyby litery mogły się jeszcze zmienić, gdyby wystarczająco długo w nie wpatrywać.

— On umarł, doktor Halicka. Sześć miesięcy temu. Zawał, w swoim warsztacie w Grybowie. Byłam na pogrzebie.

— Wiem, Matko. Sprawdziłam datę zgonu, zanim tu przyjechałam. I dlatego ta trzecia ciąża jest niemożliwa biologicznie — chyba iż poczęcie nastąpiło przed jego śmiercią, a siostra Weronika po prostu bała się to teraz przyznać.

Barbara wróciła do izby chorych, gdzie Weronika karmiła Antosia z butelki, a Zosia bawiła się drewnianym różańcem obok. Nie krzyczała. Usiadła na krześle przy łóżku i położyła wydruk na kołdrze.

— Siostro Weroniko, wiem o Tomaszu Góreckim.

Ręce Weroniki znieruchomiały na butelce. Po raz pierwszy od trzech lat na jej twarzy pojawiło się coś innego niż spokój — coś jak ulga zmieszana z lękiem.

— Kochałam go, Matko. Poznałam go, gdy malował freski w kaplicy, cztery lata temu. Bałam się powiedzieć prawdę, bo wtedy odesłano by mnie z klasztoru, a ja nie miałam dokąd pójść — moja rodzina wyrzekła się mnie, gdy złożyłam śluby. Wymyśliłam tę historię o cudzie, bo myślałam, iż tak będzie bezpieczniej dla dzieci. Że zostaną tutaj, będą miały dach nad głową i jedzenie.

— A ta trzecia ciąża? On zmarł pół roku temu.

— Poczęłam w lutym, dwa tygodnie przed jego zawałem. Baliśmy się razem, iż to ostatnie dziecko, bo już wtedy mówił, iż musi wyjechać do pracy w Niemczech, iż nie da rady dłużej ukrywać się w Grybowie. Nie zdążył. A ja nie umiałam powiedzieć Matce prawdy, kiedy już nie żył. Nie umiałam patrzeć, jak Matka mi współczuje, wiedząc, iż sama wszystko zepsułam.

Barbara wzięła głęboki oddech, patrząc na dwoje dzieci na podłodze i na brzuch Weroniki, w którym rosło trzecie.

Nie było w niej gniewu, jakiego się spodziewała po sobie. Był smutek — i determinacja, żeby to, co przez cztery lata rozgrywało się w kłamstwie, skończyło się w prawdzie.

Nazajutrz Barbara pojechała do notariusza w Nowym Sączu, do kancelarii przy ulicy Jagiellońskiej, z teczką zawierającą testament fundacyjny klasztoru i akt zgonu Tomasza Góreckiego. Poprosiła o sporządzenie oświadczenia, w którym siostra Weronika Kwiatek zrzeka się dalszych ślubów zakonnych i opuszcza wspólnotę za zgodą kurii, zabierając ze sobą dzieci oraz przypadającą jej część odprawy — dwadzieścia osiem tysięcy złotych, zebranych z funduszu socjalnego zgromadzenia, przeznaczonego właśnie na takie sytuacje. Do teczki dołożyła też kopię aktu własności niewielkiego mieszkania w Grybowie, które Górecki zapisał w testamencie "na wypadek swojej śmierci — dla Weroniki i dzieci", a które przez pół roku leżało nieodebrane w kancelarii notarialnej, bo nikt nie wiedział, komu je wręczyć.

Tydzień później Barbara stała w progu klasztornej furtki, patrząc, jak Weronika, już w cywilnym płaszczu, sadza Zosię i Antosia na tylne siedzenie taksówki zamówionej do Grybowa. W dłoni Weronika ściskała kopertę z aktem notarialnym i kluczami do mieszkania.

— Dziękuję, Matko. Za to, iż Matka nie odesłała mnie z niczym.

— Nie odsyłam cię z niczym, siostro. Odsyłam cię do domu, który już był twój, tylko nikt ci go nie powiedział.

Taksówka odjechała w stronę Grybowa, a Barbara zamknęła furtkę i wróciła do kancelarii, gdzie na biurku wciąż leżała otwarta księga rachunkowa klasztoru — z jedną linijką dopisaną tego ranka: wypłata z funduszu socjalnego, dwadzieścia osiem tysięcy złotych, pozycja zamknięta.

Idź do oryginalnego materiału