Zakon milczącej klawiatury

polregion.pl 3 dni temu

Nazywam się Wiktor Radomski i przez dwadzieścia dwa lata byłem strojcielem fortepianów w Filharmonii Krakowskiej. To zawód, którego już prawie nikt nie pamięta: chodziłem od instrumentu do instrumentu z kluczem nastrojnym w kieszeni marynarki i słuchałem rzeczy, których artyści na scenie nie słyszą, bo są zbyt zajęci graniem.

Historię, o której chcę opowiedzieć, znam nie z własnego przeżycia — byłem wtedy jeszcze dzieckiem — tylko z opowieści mojego mistrza, starego Bogumiła Szrettera, który stroił fortepiany jeszcze w latach sześćdziesiątych i znał tę sprawę z pierwszej ręki, bo to on osobiście dostrajał instrument przed tamtym koncertem. Ja zresztą po latach objąłem po nim ten sam warsztat przy Zwierzynieckiej i ten sam klucz nastrojny, który mi zostawił w spadku razem z historią — więc kiedy dziś ją opowiadam, czuję się trochę jak ktoś, kto oddaje dług.

Rzecz działa się w tysiąc dziewięćset sześćdziesiątym siódmym roku, w sali Filharmonii przy ulicy Zwierzynieckiej. Występował wtedy młody pianista, Marek Osiński — trzydzieści cztery lata, już wtedy uznany za jeden z najjaśniejszych talentów swojego pokolenia, choć w środowisku krążyły o nim dziwne plotki. Że ćwiczy po szesnaście godzin dziennie. Że nie znosi towarzystwa. Że po koncertach zamyka się w garderobie i nie odpowiada choćby na pukanie impresaria.

Bogumił mówił, iż tego wieczoru, tuż przed koncertem, do sali weszła kobieta w ciemnozielonym płaszczu i usiadła w ostatnim rzędzie, choć bilety na pierwsze rzędy jeszcze były. Nazywała się Halina Zarembina i mieszkała samotnie w kamienicy przy Karmelickiej — jednej z tych, gdzie klatki schodowe pachną starym drewnem i kapustą z sąsiedniego mieszkania. Mąż, adwokat od spraw spadkowych, zmarł rok wcześniej, zostawiając jej ten dom, trochę oszczędności i ciszę, w której nie umiała żyć.

Koncert był dobroczynny — dochód szedł na Dom Dziecka numer trzy przy ulicy Miodowej. Bilety kosztowały po dwadzieścia złotych. A ona, jak potem opowiadał kasjer, wyjęła z torebki zwitek banknotów i zapłaciła za swój bilet tysiąc złotych — pięćdziesiąt razy więcej, niż trzeba było — i nie chciała reszty, tylko odwróciła się i poszła szukać miejsca, zanim kasjer zdążył cokolwiek powiedzieć.

Impresario, człowiek nazwiskiem Tomasz Dulewicz, przekazał tę wiadomość Markowi w przerwie, myśląc, iż go rozbawi. Ale Marek — mój mistrz twierdził, iż pamięta to dokładnie — odłożył wtedy widelec, którym dziubał w kawałku sernika przyniesionego przez garderobianą, tak iż okruchy posypały się na blat stolika, i zapytał tylko jedno: jak ona się nazywa.

Otóż Halina nie przyszła po autograf. Kiedy Marek w końcu ją odnalazł — a zrobił to sam, wyszedł z garderoby bez marynarki, co skandalizowało całą obsługę — zastał kobietę siedzącą w pustej już sali, patrzącą na scenę, jakby wciąż grał.

Rozmawiali może dwadzieścia minut. Bogumił nie słyszał wszystkiego, bo akurat pakował narzędzia przy fortepianie, ale zapamiętał jedno zdanie, które Halina powiedziała cicho, niemal do siebie: iż w jego muzyce jest coś, czego szukała przez siedemnaście lat małżeństwa i nigdy nie znalazła — ani w książkach prawniczych męża, które kiedyś próbowała czytać po nocach, ani w niczym innym.

Od tamtego wieczoru Marek zaczął przychodzić do niej na herbatę. Nie było w tym nic skandalicznego z pozoru — po prostu artysta odwiedzający wdowę, która wspierała jego działalność charytatywną. Ale Bogumił, który po miesiącu dostał zlecenie nastrojenia prywatnego fortepianu w mieszkaniu przy Karmelickiej — bo Marek kupił jej instrument, drugi w tym mieszkaniu, żeby mógł tam ćwiczyć — widział, jak bardzo się do siebie zbliżyli.

Mówił, iż w tym mieszkaniu panowała zupełnie inna atmosfera niż w garderobach filharmonii. Na oknach firanki z lnu, na parapecie doniczka z geranium, które ktoś regularnie podlewał, a w kuchni zawsze stał dzbanek z kompotem z suszu — Halina go gotowała, bo pamiętała, iż Marek nie jadł w dni koncertowe nic ciężkiego. Bogumił, ilekroć tam przychodził stroić, dostawał kawałek szarlotki na spodeczku i musiał go zjeść, zanim w ogóle dotknął klucza — takie tam były zwyczaje.

To właśnie ona powiedziała mu wprost rzecz, której nikt inny nie odważył się powiedzieć: iż jego talent nie polega na tym, żeby jeździć od miasta do miasta i grać cudze utwory na okrągło, tylko na tym, żeby wreszcie usiąść i pisać własne. Marek się opierał — mówił, iż kompozytorstwo to inna dyscyplina, iż boi się porażki bardziej niż czegokolwiek innego. Ale ona nie odpuszczała, a on, jak mawiał Bogumił, „w końcu dał się przekonać, bo nie miał wyboru — ona umiała czekać dłużej, niż on umiał się upierać”.

I tak, w ciągu następnych dwóch lat, koncerty Marka stawały się coraz rzadsze, a w mieszkaniu przy Karmelickiej rodziły się nowe utwory. Bogumił opowiadał, iż raz przyszedł nastroić fortepian i zastał na pulpicie kartki zapisane manualnie, poplamione kawą, z przekreślonymi taktami — coś, co Marek nazwał później Suitą Podhalańską, inspirowaną melodiami, które słyszał w dzieciństwie od babki z Zakopanego.

Problem był w tym, iż sprawy spadkowe po zmarłym mężu Haliny wcale się nie skończyły wraz z jego pogrzebem. Rodzina męża, zamożni krewni z Poznania, oskarżyła ją o rzekome sfałszowanie testamentu i próbowała odebrać jej kamienicę na Karmelickiej. To był majątek wart, jak mówiono w rodzinie, około czterystu tysięcy ówczesnych złotych — ogromna suma, która wystarczyłaby na kilka pokoleń.

Proces ciągnął się latami. Rodzina zmarłego adwokata najmowała najlepszych prawników w mieście, żeby udowodnić, iż testament jest nieważny, a majątek powinien wrócić do nich. Halina broniła się sama, z pomocą jednego skromnego notariusza, i przez te lata praktycznie nie miała czasu w nic poza sądami i papierami.

Marek, mimo iż stronił od rozgłosu, zaczął pojawiać się na rozprawach — siadał w ostatnim rzędzie, dokładnie tak, jak ona kiedyś usiadła na jego koncercie. Nie zeznawał, nie miał takiego prawa, ale był tam, z teczką nut pod pachą, bo prosto z sądu jeździł na próby. To on w końcu przekonał ją, żeby zmieniła adwokata na kogoś bardziej agresywnego — młodego prawnika z Krakowa, niejakiego Feliksa Marczaka, który zamiast się bronić, zaczął szukać dowodów, iż to właśnie krewni z Poznania próbowali sfałszować dokumenty na swoją korzyść.

Sprawa zakończyła się dopiero w tysiąc dziewięćset siedemdziesiątym czwartym roku — siedem lat od tamtego koncertu. Bogumił pamiętał ten dzień, bo Marek zadzwonił do warsztatu i poprosił, żeby przyszedł nastroić fortepian na wieczór — chciał uczcić wyrok koncertem tylko dla niej, we dwoje, w tym samym mieszkaniu przy Karmelickiej. Bogumił zdążył jeszcze usłyszeć pierwsze takty Suity, zanim zamknął za sobą drzwi — i mówił, iż to była najlepsza wersja tego utworu, jaką kiedykolwiek słyszał, mimo iż fortepian dopiero co dostroił i strun jeszcze nikt nie zdążył sprawdzić w graniu.

Sąd ostatecznie oddalił roszczenia rodziny z Poznania i potwierdził prawa Haliny do całego majątku. Ale to, co zrobiła zaraz potem, zaskoczyło wszystkich, którzy znali tę sprawę — łącznie z samym Markiem.

Halina poszła do notariusza i przepisała kamienicę na Karmelickiej — całą, nie połowę — na fundację, którą sama założyła razem z Domem Dziecka numer trzy, tym samym, dla którego zbierała pieniądze owego wieczoru na koncercie. Zostawiła sobie tylko dożywotnie prawo do jednego mieszkania na parterze, tego z geranium na oknie.

Kiedy Marek zapytał, czemu to zrobiła zaraz po tym, jak wreszcie wygrała walkę o ten majątek, odpowiedziała mu — Bogumił zapamiętał to zdanie dosłownie, bo Marek sam mu je powtórzył wiele lat później, przy innej okazji — iż nie walczyła siedem lat o pieniądze. Walczyła o to, żeby móc sama zdecydować, komu je odda.

Rodzina z Poznania dowiedziała się o tym z gazety — lokalny dziennik opisał przekazanie kamienicy jako gest dobroczynności, nie wspominając choćby ich nazwiska. Podobno jeden z krewnych przyjechał osobiście do Krakowa, stanął pod bramą kamienicy przy Karmelickiej i tylko patrzył na tabliczkę z nową nazwą fundacji przybitą przy drzwiach, zanim odjechał, nie dzwoniąc choćby do domofonu.

Marek i Halina zostali razem jeszcze piętnaście lat, aż do jej śmierci w tysiąc dziewięćset osiemdziesiątym dziewiątym roku — nigdy formalnie nie wzięli ślubu, bo, jak mawiał Bogumił, „oboje mieli dość papierów na całe życie”. Suitę Podhalańską Marek wydał drukiem dopiero rok po jej śmierci, z dedykacją, którą Bogumił widział na własne oczy, bo to on nastrajał fortepian na koncercie promującym nuty: „Dla H., która nauczyła mnie pisać własnym głosem”. Sam Marek grywał ją potem do końca kariery, choć coraz rzadziej i coraz krócej, jakby oszczędzał ten utwór na specjalne okazje.

Ja sam już nigdy nie spotkałem Haliny Zarembiny — byłem wtedy jeszcze dzieckiem w Nowej Hucie. Ale ten fortepian z mieszkania przy Karmelickiej trafił w końcu, jak mówił Bogumił, do świetlicy w tym samym Domu Dziecka na Miodowej, gdzie do dziś podobno stoi, mocno rozstrojony, bo nikt już nie pamięta, żeby wezwać stroiciela.

Idź do oryginalnego materiału