Jestem Bartek Osiński, mam czterdzieści trzy lata i siedzę w Zakładzie Karnym w Nowym Sączu od ośmiu lat za napad z użyciem broni. W tym miejscu mówi się o mnie różne rzeczy. Jedni mówią, iż jestem najgorszym człowiekiem na oddziale B. Inni mówią, iż po prostu nikt nie odważył się jeszcze postawić mi granicy. Mam na to swoją odpowiedź, tylko nikt tu nigdy nie chciał jej usłyszeć.
Zacznę od tego, jak to u nas wygląda. Oddział B to dwa piętra cel, stołówka z plastikowymi stołami przykręconymi do podłogi, i jedno okno na korytarzu, przez które widać parking i kawałek drogi na Krynicę. Rano zapach kawy instant z automatu, wieczorem telewizor w świetlicy, zawsze ten sam program sportowy. Mój współlokator, Darek, gra w karty z resztą i udaje, iż nie widzi, kiedy wchodzę do stołówki. Nikt mnie nie prowokuje. Ja prowokuję.
Przyznaję to, bo nie mam po co kłamać przed sobą. Odkąd zmarł mój ojciec, trzy lata temu, zanim zdążyłem go odwiedzić po raz ostatni, czułem, iż cokolwiek tracę, powinienem to komuś oddać z nawiązką. Głupie, wiem. Ale tu, w celi, człowiek gwałtownie się uczy, iż jeżeli nie zabierzesz czegoś pierwszy, ktoś zabierze tobie. Więc zabierałem. Obiady, papierosy, miejsce na ławce w świetlicy. Nikt mi nie odmawiał. Aż do niej.
Nazywała się Ola. Przywieźli ją w lutym, w środku tej mroźnej zimy, kiedy choćby strażnicy chodzili w dodatkowych kurtkach – przydzielona do nas na dwa tygodnie z aresztu w Tarnowie, w ramach transportu zbiorczego, bo cela przejściowa dla kobiet była w remoncie, a konwój nie miał gdzie jej po drodze wysadzić inaczej, tylko na nasz oddział, do odrębnego skrzydła z osobną klatką schodową, wspólną tylko ze stołówką w godzinach, kiedy reszta kobiecej części już zjadła. Pilnowała jej osobna strażniczka, pani Kwiatkowska, która siedziała przy jej stoliku jak przyklejona. Wszyscy od razu zauważyli jej tatuaże – od nadgarstków po ramiona, kawałek na szyi, jeden duży na obojczyku, coś jakby korzenie drzewa rozchodzące się po skórze. Siedziała sama, jadła gwałtownie i w milczeniu, nie patrzyła nikomu w oczy dłużej niż sekundę. Pomyślałem, iż to łatwy cel. Myliłem się, jak nigdy w życiu.
Pierwszego dnia, kiedy ją zobaczyłem w stołówce, poszedłem prosto do jej stolika. Miała na tacy ziemniaki, kotlet jak zawsze i kompot w metalowym kubku – reszta i tak dokupowała coś z kantyny za jakieś siedem pięćdziesiąt, jeżeli komu było mało. Postawiłem rękę na krawędzi tacy.
— Dawaj to tutaj.
Podniosła głowę od talerza, bez pośpiechu, jakby ktoś zapytał ją o godzinę.
— To mój obiad. Idź po swój.
Kilka osób przy sąsiednim stole przestało jeść. Nikt tak nie mówił do mnie od lat. Zacisnąłem szczękę i kopnąłem nogę od ławki, aż metal zazgrzytał po kafelkach.
— Jestem jeszcze głodny. Przeżyjesz bez obiadu.
— Nie.
Jedno słowo. Bez krzyku, bez drżenia głosu. Zupełnie jak odpowiedź na pytanie o pogodę. To mnie rozwścieczyło bardziej niż jakby na mnie nakrzyczała. Złapałem tacę i szarpnąłem. Ziemniaki, sos, kawałek kotleta – wszystko na podłogę, na te szare kafelki, które ktoś mył rano i jeszcze pachniały chlorem.
— Wiesz, kto ja jestem? — zapytałem, stojąc nad nią.
Nie poruszyła się.
— Na kolana. Nauczę cię szacunku.
Siedziała dalej. Czekałem. Nic. I wtedy mi się odbiło do końca. Złapałem ją za ramię, żeby ściągnąć z ławki.
Chcę to powiedzieć wprost, bo wtedy nie rozumiałem absolutnie nic: myślałem, iż za pięć sekund będzie klęczeć i prosić, żebym przestał. Myślałem, iż robię to, co zawsze robiłem – pokazuję, kto rządzi na oddziale. Nie miałem pojęcia, iż akurat wybrałem sobie najgorszą możliwą osobę do takiej zabawy.
Puściłem ramię i rzuciłem się jeszcze raz, bo przecież pierwszy raz się nie udał. Chciałem uderzyć ją otwartą dłonią w twarz, żeby skończyć to szybko, żeby inni widzieli. Pięść przeszła przez powietrze. Nic. Ola przesunęła głowę o te kilka centymetrów, które wystarczyły. Spróbowałem drugi raz. Ten sam wynik.
Na stołówce zapadła taka cisza, jakiej nie słyszałem tam nigdy wcześniej. Nikt nie śmiał się już z mojej strony, bo nie było z czego. Wtedy zrobiłem najgłupszą rzecz w swoim życiu – rzuciłem się na nią całym ciałem, chcąc ją po prostu przygnieść swoją masą. Sto dwadzieścia kilogramów przeciwko komuś, kto wyglądał, jakby ważył połowę tego.
Złapała mój nadgarstek, przesunęła ciężar w bok i w jednej chwili leżałem na podłodze, wśród tych samych ziemniaków, które przed chwilą rozsypałem jej z tacy. Przez sekundę nie rozumiałem, co się stało. Wstałem, bo wstyd kazał mi wstać szybciej niż rozum, i poszedłem jeszcze raz. Skończyło się tak samo. Tym razem zostałem na ziemi.
Leżałem tam i patrzyłem na nią z dołu, oddychając ciężko, i zadałem jej pytanie, które pewnie zadał jej już ktoś inny gdzie indziej.
— Kim ty adekwatnie jesteś?
Odpowiedziała bez cienia złości w głosie, jakby wyjaśniała komuś trasę do dworca.
— Kimś, z kim nie powinieneś był zaczynać.
Dopiero później, przez kolejne tygodnie, złożyłem sobie w głowie całą historię, choć ona sama nigdy nic nie powiedziała na ten temat. Krążyły plotki, iż pracowała kiedyś jako ochroniarz w klubach w Krakowie, inni mówili, iż trenowała zawodniczo jakąś odmianę zapasów brazylijskich. Prawdy nie znałem i nigdy nie poznałem. Zapamiętałem za to, jak mówiła do pani Kwiatkowskiej cicho, chropowatym głosem zniszczonym papierosami, i jak zawsze, kończąc jedzenie, składała sztuciec równo na środku talerza, jakby to był jedyny porządek, na jaki miała w tym miejscu wpływ. Ten gest, bardziej niż cokolwiek innego, powiedział mi, iż nie spotkała mnie przypadkiem słabsza osoba – spotkała mnie osoba, która doskonale wiedziała, co robi, i nie musiała tego nikomu udowadniać.
Od tamtego dnia zacząłem liczyć to, co naprawdę mnie kosztowało – nie w złotówkach, bo tych w więzieniu mało kto ma dużo, ale w czymś innym. Osiem lat odsiadki, z czego pięć jeszcze przede mną. Trzy lata od śmierci ojca, którego nigdy nie zdążyłem przeprosić za to, kim się stałem. Jedna taca ziemniaków na podłodze, która brzmi śmiesznie, ale była dla mnie jak zegar, który wybił godzinę zero.
Nazajutrz poszedłem do kierownika oddziału, do pana Zawadzkiego, i poprosiłem o zgodę na zapisanie się na zajęcia w warsztacie stolarskim, które wcześniej odrzucałem trzy razy, bo "to nie dla mnie". Wziąłem papiery, podpisałem deklarację udziału w programie resocjalizacji, oddałem kartę do świetlicy, z której przez lata robiłem swój prywatny tron. Długopis skrzypiał po gorszym papierze formularza, a ja patrzyłem na własny podpis, krzywy, bo ręka mi jeszcze lekko drżała po tamtym upadku na kafelki.
Tydzień później konwój zabrał Olę z powrotem do Tarnowa. Nie zdążyłem jej nic powiedzieć, bo i co miałbym powiedzieć. Ola nigdy więcej nie musiała bronić swojego obiadu na naszym oddziale. Ja też nigdy więcej nie próbowałem zabrać nikomu tacy. Czasem, kiedy akta przewozowe wracają do naszej administracji albo kiedy ktoś wspomina tamten transport, pytam strażników, co u niej. Nikt nie wie na pewno. Wiem jedno – wstała tamtego dnia, zebrała resztki swojego jedzenia z podłogi i poszła dalej żyć swoim życiem, jakby nic się nie stało, a sztuciec na jej talerzu leżał równo jeszcze przed wyjściem z sali.















