Zajęło mi piętnaście lat, by zrozumieć, iż moje małżeństwo przypominało ten karnet na siłownię w styczniu zaczynasz z wielkimi planami, a potem przez resztę roku patrzysz na niego z poczuciem winy z kanapy.
Wszystko zaczęło się w zwyczajny, mglisty wtorek w Warszawie. Wróciłam z pracy i zastałam go rozciągniętego na kanapie, ręka zanurzona w paczce chrupków serowych, wlepiającego wzrok w trzeci raz ten sam sezon serialu o wampirach z Podlasia.
A obiad? wymamrotał, nie odrywając wzroku od twarzy telewizyjnych potworów.
Coś we mnie kliknęło. Jakby ktoś zresetował moją duszę do ustawień fabrycznych.
Nie wiem, kochanie. A obiad? odparłam, rzucając torbę na podłogę.
Zerknął na mnie, jakby usłyszał wiadomości po mongolsku.
Jak to nie wiesz? Zawsze gotujesz.
O, naprawdę? interesujące spostrzeżenie. Wychodzę na kolację z Dominiką i Justyną. Do zobaczenia później.
Jego twarz była niczym poesia słowiańska: krótka, intensywna, pełna niespodzianek.
Tamtego wieczoru jadłam pieczonego dorsza, popijałam chłodne białe wino z Małopolską etykietą i śmiałam się, aż mnie rozbolał brzuch. Wróciłam chwilę po jedenastej. On zamówił pizzę, a dzieci były zachwycone.
Mamo, czemu tak rzadko jemy kolację w ten sposób? zapytała młodsza Zosia, z musztardą na czole.
Tydzień później poszłam o krok dalej. A raczej wyjechałam.
Jadę w piątek do Grecji oznajmiłam przy śniadaniu.
O mało nie zakrztusił się poranną kawą z mlekiem.
Do Grecji? A dzieci?
Zostają z tobą. Jesteś ich ojcem, prawda? Wierzę w ciebie.
Ale mam zebrania! Mam mnóstwo pracy!
Spojrzałam mu prosto w oczy.
Co za przypadek! Ja też miałam mnóstwo pracy ostatnie piętnaście lat. Jakoś dawałam radę. Wierzę, iż ty, z tym swoim niezwykłym intelektem, o którym tak lubisz mówić, dasz sobie radę.
Pojechałam. Sama. No dobrze, z ciocią Basią, ale to drobiazg.
Pierwszego dnia dostałam siedemnaście SMS-ów:
Gdzie jest strój do W-F-u?
Jak włączyć pralkę?
Makaron gotuje się w zimnej czy w gorącej wodzie?
Czy dzieci mogą zjeść na kolację płatki kukurydziane?
Odpisałam tylko raz:
Google to twój przyjaciel.
Trzeciego dnia wiadomości zmieniły ton:
Dzieci znowu chcą nuggetsy z kurczaka.
Czy zawsze mają tyle zadania domowego?
Dlaczego jest tyle zebrań szkolnych?
Nie odpisałam. Pochłonięta frappe nad Morzem Egejskim i lekturą powieści Olgi Tokarczuk, nie słyszałam świata.
Po powrocie dom wyglądał, jakby przeszedł przez niego halny z Tatr. Skarpetki lśniły z żyrandola do dziś nie wiem, jak się tam znalazły. Pies, Feluś, nosił jedną na głowie jak czapkę, a córka Zosia przemalowała ścianę na fioletowo moimi szminkami.
Mąż leżał na kanapie zwinięty prawie jak pieróg ruskij.
Wróciłaś wyszeptał z ulgą. Nareszcie!
Jak było? spytałam zrelaksowana i opalona.
Nie rozumiem Jak ty to wszystko robisz? To nie do ogarnięcia.
Prawie jak praca na pełen etat, nie?
Zamilkł. Z telewizora zawyły wampiry, on westchnął jak jeden z nich.
Przepraszam wymamrotał po chwili. Naprawdę przepraszam.
Od tamtej pory wiele się zmieniło. Nauczył się robić trzy przyzwoite dania. No dobrze dwa i pół, bo makaron czasem chrupie. Wie już, gdzie jest pralka, jak ogarnąć zebrania w szkole i iż pytanie: Co na obiad? nie obowiązuje, jeżeli nie on gotuje.
Ja za to podróżuję co trzy miesiące. Czasem sama, czasem w babskim składzie. Zawsze bez poczucia winy.
Ostatnio sąsiadka, pani Helena, zapytała z wielkimi oczami:
Naprawdę zostawiasz dzieci z mężem i po prostu wyjeżdżasz?
Po prostu potwierdziłam. Jest ich ojcem, a nie opiekunką.
Ale co jak coś się stanie?
To się nauczy. Jak i ja nauczyłam się wszystkiego, kiedy byłam sama przez siedem lat jego ważnych spotkań, kończących się na piwie w barze Słoneczko.
Zamilkła, zamyślona. Miesiąc później widziałam ją na lotnisku Chopina. Leciała do Wenecji.
Czasem karma jest nauczycielem, nie sędzią. Uczy nas tego, co dawno powinniśmy wiedzieć. A jeżeli nie chcesz się uczyć, zapisuje cię na intensywny kurs rzeczywistości.
Dziś mąż chełpi się przed kolegami, iż potrafi zaplatać warkocze Zosi. Raczej przypominają żeglarskie supły, ale liczy się zaangażowanie.
Wczoraj zapytał nieśmiało:
Wybierasz się gdzieś niedługo? Tak pytam żeby się przygotować psychicznie.
Myślę o Portugalii na urodziny.
Westchnął głęboko.
Ile dni?
Dziesięć.
Dobrze. Wiem już, gdzie trzymasz apteczkę.
Pocałowałam go w czoło jak śmiałe dziecko przed zastrzykiem.
Czy tylko ja uważam, iż przed ślubem trzeba zrobić obowiązkowy kurs Przetrwanie w domu 101, czy jeszcze ktoś śni tak jak ja?











