NIEZWYKŁE ŻYCIE
Na weselu mojej przyjaciółki Żanety świętowaliśmy dwa dni było hucznie, syto i radośnie. Pan młody był piękny jak Daniel Olbrychski w młodości i zaskakująco skromny przy swojej niezwykłej urodzie. Cała weselna ekipa obserwowała Gabriela ukradkiem: lazurowe oczy, absurdalnie długie i gęste czarne rzęsy (no czemu mężczyźni dostają takie cuda od natury?!), wyrazisty podbródek, nos jak z antycznych rzeźb i idealnie gładką, lekko oliwkową skórę. Na domiar złego miał prawie dwa metry wzrostu i szerokie, mocne ramiona. Gdybyśmy nie kochały Żanety, pokłóciłybyśmy się o niego przy samym stole weselnym. Gabriel był naprawdę wyjątkowy.
No powiedz, jakiego przystojniaka sobie złapałaś?! rzuciłyśmy się na Żanetę. Każda z nas przybrała najbardziej żałosną i samotną minę, licząc, iż Gabriel ma tylu samo atrakcyjnych, wolnych kuzynów.
Dziewczyny, choćby nie o to chodzi. Ja się w nim zakochałam za tę jego prostotę. Gabriel pochodzi ze wsi pod Radomiem, wychowywany przez babcię, gospodaruje, świetny złota rączka. Poznaliśmy się przypadkiem, bo rodzice kupili działkę w jego miejscowości. Jest czuły, dobry, słowny prawdziwy mężczyzna! Ledwo go uprosiłam na przeprowadzkę do Warszawy, dziewczyny, niejedną noc mu tłumaczyłam, śmiech na sali!
Gabriel gwałtownie odnalazł się i w pracy, i wśród nowych krewnych. Nauczył się w dwa lata wszystkiego: rozpoznawać dobre wina, rozmawiać o perfumach, polityce, sztuce, podróżach, giełdzie i sporcie, porzucił radomski akcent. Usiadł za kierownicą wygodnej skody, użyczonej nowożeńcom przez teścia, dostał świetną posadę u teścia w firmie. Kto sprezentował młodym mieszkanie, nie powiem domyślcie się same.
W drugim roku małżeństwa Gabriel wykształcił w sobie upodobanie do białych skarpetek. Chodził w nich wszędzie po mieszkaniu, do gości, czasem do kaloszy, a na przymiarkach butów od razu stawał boso na brudnej podłodze, nigdy nie używając papci. Żaneta nie podzielała tej białej miłości, ale pokornie dwa razy dziennie myła podłogi i ciągle kupowała wybielacze. Tak narodziła się domowa ksywka Skarpetek.
O tym, iż Gabriel ma kochankę, Żaneta dowiedziała się będąc w ósmym miesiącu ciąży. Kochanka była, swoją drogą, mniej więcej w tym samym stadium. Skarpetek został wygnany, wyrzucony z pracy, przeklęty i opłakany w ciągu jednej doby. Potem nastały długie, gęste, męczące dni burej jesieni. Żaneta zalegała teraz na wielkim łóżku, twardo wpatrzona suchym wzrokiem w sufit.
Popłaczę później. Teraz dziecku nie można.
Leżała jak pomnik, a my jak warta przy relikwii zmieniałyśmy się czuwając przy niej, bez słowa.
Czuło się, jak bardzo chce się wyryczeć, wydrzeć całą rozpacz i powycinać zdradzone strony swojej księgi życia. Ale trzeba było wytrwać w ciszy i czekać.
Podczas wyjścia ze szpitala szalałyśmy z balonami, błagałyśmy pielęgniarki o herbatę w kubeczku i namawiałyśmy, żeby poszły z nami bawić się z niedźwiedziami i Cyganami, życząc wszystkim zdrowia i szczęścia. Najświeższy dziadek dwoił się i troił: poprzedniego dnia, wzruszony, obiecał sprzątać za sobą, namazał kredą pod oknem Żanety koślawe „Dzięki za wnuka!”, próbował jeszcze śpiewać, ale gwałtownie interweniował ochroniarz. Tenże ochroniarz, w zamian za trochę koniaku w kantorku, pozwolił dziadkowi opowiedzieć całą swoją euforia bez naruszania porządku publicznego.
W dniu wypisu dziadek był jak nowo narodzony świeży i dumny, płakał z euforii jak dziecko. My też płakałyśmy całą delegacją, śmiałyśmy się, całowałyśmy Żanetę, rzucałyśmy ukradkowe spojrzenia na Grecki nosik małego Igorka i milczałyśmy o ojcu. Tylko Żaneta choćby wtedy nie płakała:
Później. Jeszcze na mleku się odbije
Milczała z nami jeszcze dwa miesiące, aż pewnego dnia po prostu wzięła się i poszła do Gabriela. Bez zapalniczki, bez kwasu, ale z ogromną chęcią wyładowania bólu krzyczeć, walić pięściami w ściany, wstydzić, upokorzyć i wreszcie uwolnić się od ciężaru, który trzymał ją w łóżku. Na zdrajcę, który odebrał jej świat z synkiem i wspólne spacery, w których widziała siebie jako matkę dziergającą skarpetki swoim ukochanym panom, śmiejącego się Igorka, trzymających się za ręce z Gabrielem na tle rodzinnego parku, całą rodzinę pełnię.
A jednak, najbardziej chciała spojrzeć w oczy tej bezczelnej kobiecie, która spała z czyimś mężem. Oczy na pewno będą zuchwałe, może bardzo piękne Żaneta była gotowa napluć jej prosto w twarz. jeżeli zajdzie potrzeba, choćby podrapać.
Adres wywiedziała przypadkiem od plotkarskich babek pod klatką podczas spaceru z dzieckiem. Życzliwe sąsiadki podzieliły się trasą wycieczki do gniazdka zdrady i pomysłami na zemstę. Żaneta się zawahała choćby chciała uciec, nie zapamiętała numeru mieszkania… ale nie odeszła.
I tak stoi Żaneta przed wejściem do starego bloku, wystarczy winda lub pięć pięter górą i już, można krzyczeć, pluć
Na pierwszym piętrze pomyślała, iż przy jej szczęściu pewnie i tak nikogo nie będzie w domu. Na drugim iż może to i dobrze. Na trzecim usłyszała rozpaczliwy dziecięcy płacz z góry.
Drzwi otworzyła jej wychudzona, zapłakana dziewczyna, która nijak nie pasowała do jej wyobrażeń o uwodzicielce jej męża. Podczas gdy Żaneta wpatrywała się w te czterdzieści kilogramów niedoli, z głębi mieszkania niósł się płacz niemowlaka.
Dzień dobry, Żaneto. Gabriela tu nie ma, zostawił nas dwa tygodnie temu, gdzie jest nie wiem szepnęła dziewczyna i osunęła się, płacząc.
Żanecie natychmiast przeszła ochota na awanturę. Miała ochotę wejść do pokoju i pocieszyć płaczącego chłopca. I zaraz potem kąśliwie dodać: Jak się wózek pcha, to trzeba go umieć prowadzić, kochaniutka! Tak, koniecznie jej to wytknie. I spojrzy z góry, z pogardą jej prawo, w końcu została oszukana.
Dziecko było suche, przekrwione powieki, z sinym pręgiem na czole, głos zdarty od głodu. Nic dziwnego chłopiec płakał o jedzenie, a bezradna matka leżała w przedpokoju i łkała.
Jak szukała w pustych szafkach mleka, jak grzebała w lodówce bez nadziei Żaneta potem ledwo pamiętała. Jak znalazła na stole liścik z urwanym zdaniem: „Proszę w mojej sm…” z przerażeniem.
Dziewczyna na podłodze zdławiła się łkaniem, opowiadając Żanecie jak najlepszej przyjaciółce, iż nie ma się gdzie podziać, z wynajmowanego mieszkania musi wyjść za dwa dni, mleko się skończyło, Gabriel przepadł, pieniędzy nigdy nie było. Że wstyd jej i żal i za późno. Że przeprasza. Że może ją uderzyć, choćby powinna. Chłopczyk nazywa się Pawełek i Żaneta ma to zapamiętać na wszelki wypadek. Pawełek był od Igorka starszy tylko o 9 dni.
Do domu Żaneta biegła na złamanie karku za dwadzieścia minut Igorek zażąda mleka. Ale nie było łatwo: dwie torby Oksany wyrywały jej ręce, Oksana, zapłakana, biegła obok, trzymając najedzonego Pawełka. Żaneta choćby biegnąc myślała gdzie postawić jeszcze dwa łóżeczka.
Trzy lata później bawiłyśmy się na weselu Oksany, cztery lata później na ślubie Żanety. Mąż Żanety nie znosi białych skarpetek, uważa, iż życie trzeba kolorować i kocha żonę, syna oraz obie córki. Oksana jest mamą czterech chłopców, a jej mąż wciąż marzy o córeczceNa ostatni jubileusz Oksany i Żanety znów zgromadziłyśmy się przy jednym stole dzieci już podrosły, biegały z okrzykami, przewracając się o własne nogi, Igorek łobuzersko rozlewał kompot dziewczynkom, Pawełek pomagał roznosić talerze. Ktoś zapomniał przynieść tort, wybuchła ogólna wrzawa, z kuchni dochodziły aromaty cynamonu i jabłek. Oksana, w żywiołowej sukni i z rozjaśnionymi oczami, śmiała się najgłośniej; Żaneta siedziała pośród gwaru, szczęśliwa, ściskała dłoń swojego męża pod stołem i śledziła ruch mrugających światełek na szklanym żyrandolu.
Pod wieczór, kiedy dzieci wreszcie zasnęły, zaszyte wśród koców i poduszek, siedziałyśmy we cztery na balkonie. Żaneta nalała sobie wina, pierwszy raz od dawna zupełnie beztrosko, a Oksana ukradkiem pokazała, iż jej nowy chłopczyk właśnie macha ze snu nóżką wystającą spod koca. Jesienne powietrze pachniało orzechami i ciepłym mlekiem. Każda z nas przez chwilę milczała.
Wiesz szepnęła Oksana czasem budzę się i jeszcze boję się, iż tego nie ma, iż to tylko sen. Ale potem słyszę śmiech dzieci i wiem, iż myśmy wygrały. I objęła ciepło Żanetę, mocno, łapczywie jak siostrę.
Nagle, przez otwarte okno, doleciał śmiech męża Żanety, do którego przyłączyły się dziewczęce głosy. Z czułością spojrzałyśmy na siebie: każda blizna gdzieś tam została i czasami je łaskotało, gdy pogoda się zmieniała. Ale kiedy zapadła zupełna cisza, Żaneta powiedziała:
Przyszłość nie powinna pachnieć wybielaczem, tylko domem i placekami.
A potem rozniosło się po kuchni nasze wspólne, szczere Na zdrowie! i po raz pierwszy od lat byliśmy pewni, iż tym razem już nikt nie odejdzie bez pożegnania.






