NIEZWYKŁE ŻYCIE
Na weselu mojej przyjaciółki Agnieszki bawiliśmy się aż dwa dni hucznie, smacznie i szalenie wesoło. Pan młody prezentował się jak młody Daniel Olbrychski, a przy tym zadziwiająco skromny jak na swoją nieziemską urodę. Wszyscy goście zerkali ukradkiem na Bartosza: błękitne niczym polskie niebo oczy, rzęsy długie i grube jakby aż do przesady, żuchwa twarda, nos grecki, aksamitna i śniada skóra. Bajka, pomyślałoby się, tym bardziej gdy dodamy niemal dwa metry wzrostu i szerokie ramiona jak u koszykarza. Gdyby nie nasze wielkie uczucia do Agnieszki, cała żeńska część przyjęcia dawno by się o niego pokłóciła przy stole weselnym. Bartosz rzeczywiście był wyjątkowo atrakcyjny.
Co za przystojniaka sobie złapałaś! zasypaliśmy Agnieszkę pytaniami, udając przy tym najbardziej nieszczęśliwe miny, jakbyśmy już żałowały, iż nie ma więcej takich kawalerów w rodzinie Bartosza.
Dziewczyny, to nie za urodę go pokochałam śmiała się Agnieszka. Bartosz pochodzi ze wsi, dorastał przy babci, prowadził gospodarstwo, złota rączka z niego. Poznałam go, gdy moi rodzice kupili działkę niedaleko jego domu rodzinnego. Jest czuły, dobry i można na nim polegać. Jak o gospodarstwo dbał, to aż dech zapierało. Przekonać go do wyprowadzki do miasta to mi chyba ze sto wieczorów rozmowy zajęło, ale się udało!
Bartosz okazał się niezwykle zaradny zarówno w pracy, jak i w relacjach z nową rodziną. gwałtownie nauczył się, co to dobry trunek, dobry perfum, polityczne zawiłości, zasady inwestowania, podróże, indeks WIG20 i sport, a choćby zrezygnował z regionalnego akcentu. Siadł za kierownicą samochodu, który teść podarował młodej parze i dostał dobrze płatną pracę w firmie tegoż teścia. Kto im dał mieszkanie nie powiem, domyślcie się sami.
W drugim roku małżeństwa okazało się, iż Bartosz ma słabość do białych skarpetek. Tylko w śnieżnobiałych skarpetkach chodził i po domu, i na wizyty bez kapci, zakładał je choćby do kaloszy, a na brudnej podłodze spokojnie stawał bez obuwia w sklepie obuwniczym.
Miłość Agnieszki do tych białych elementów garderoby była umiarkowana, ale dzielnie myła podłogi dwa razy dziennie i inwestowała w wybielacze. Tak Bartosz doczekał się przydomku Skarpetka.
Że Bartosz ma kochankę, Agnieszka dowiedziała się w ósmym miesiącu ciąży. Zresztą, kochanka była w stanie błogosławionym praktycznie w tym samym okresie. Skarpetka został wyrzucony z domu, zwolniony, przeklęty i opłakany w ciągu jednej doby. Potem nastały szare, przytłaczające dni polskiej wczesnej jesieni. Agnieszka niemal nie podnosiła się z łóżka, patrząc tępym wzrokiem w sufit:
Płakać będę później. Teraz dla dziecka to niewskazane.
Agnieszka leżała cicho jak Lenin w mauzoleum na swoim wielkim łóżku, my jej przyjaciółki na zmianę czuwałyśmy przy niej w milczeniu.
Miało się ochotę wyć i skreślić całe rozdziały z księgi życia Agnieszki. Ale zamiast tego milczałyśmy i czekałyśmy.
W dniu wypisu ze szpitala było jak w kabarecie balony, radość, w głośnej grupie prosiliśmy personel o jedną herbatkę na odchodne i zamierzaliśmy świętować, życząc sobie zdrowia i szczęścia. Świeżo upieczony dziadek starał się najbardziej: poprzedniego dnia, w przypływie uczuć i po obietnicach sprzątania po sobie, wypisał kredą olbrzymi napis pod oknem Agnieszki: „Dziękuję za wnuka!”, a potem próbował zaśpiewać, ale został zatrzymany przez ochronę. Ochroniarz zaprosił go do swojej kanciapy na kieliszek koniaku, bez szkody dla otoczenia.
W dniu wypisu dziadek był rześki, świeży, a choćby promieniujący. I płakał ze wzruszenia i dumy. Płakaliśmy wszyscy. Śmialiśmy się, całowaliśmy Agnieszkę, zerkaliśmy niepewnie do błękitnego becika, mocno milcząc o greckim nosku małego Jędrusia. Tylko Agnieszka nie płakała choćby wtedy ze szczęścia:
Później. Jeszcze się mleko odmówi…
Agnieszka nie mówiła z nami jeszcze dwa miesiące, a potem… po prostu poszła odwiedzić Bartosza. Bez zapałek i kwasu, ale z wielkim pragnieniem krzyku i łez. Chciała mieć pretensje, walić pięściami w ściany, zawstydzać go, upokorzyć, wyrzucić całą rozpacz na zdrajcę. Tego, który zburzył jej świat i świat jej synka chłopca, którego wyobrażała sobie bawiącego się z Bartoszem i z nią wieczorami, szczęśliwe rodzina.
Akurat bardzo chciała spojrzeć w oczy tej kobiecie, która spała z cudzym mężem. Wyobrażała sobie, iż będą bezczelne i piękne. Do tych oczu Agnieszka napluje, tak postanowiła. A jeżeli będzie trzeba i wydrapie.
O tym, gdzie mieszka Bartosz teraz, dowiedziała się przypadkiem, podczas spaceru z dzieckiem, od babć pod blokiem. Rozgadywały się, iż Bartosz to teraz taki oszust, dokładnie opisały trasę do gniazdka kochanków i choćby podsunęły kilka pomysłów na zemstę. Agnieszka już miała odejść, nie zapamiętując numeru mieszkania, ale z jakiegoś powodu została.
I tak stoi Agnieszka pod adekwatną klatką obskurnego, peerelowskiego bloku i wystarczy teraz tylko wejść na piąte piętro i już, pluć albo krzyczeć.
Na pierwszym piętrze pomyślała, iż z jej szczęściem pewnie nikogo nie będzie w mieszkaniu i wszystko na nic. Na drugim zaczęło się jej wydawać, iż to może choćby lepiej byłoby, gdyby nikogo nie było… Na trzecim piętrze usłyszała dziecięcy płacz z piątego.
Drzwi otworzyła jej wychudzona, zapłakana dziewczyna. Agnieszka nie mogła dopasować jej obrazu do wyobrażenia femme fatale, która odbiła jej męża.
Gdy Agnieszka tak patrzyła na tę smarkającą konkurentkę, dziecko w głębi mieszkania płakało coraz głośniej.
Dzień dobry, Agnieszko. Bartosza tu nie ma, odszedł od nas dwa tygodnie temu. Gdzie jest nie wiem szepnęła dziewczyna, osuwając się na podłogę i płacząc.
Agnieszce natychmiast przeszła ochota na kłótnię. Najchętniej weszłaby do pokoju, uspokoiła to dziecko tej nieogarniętej matki. Potem mogłaby powiedzieć: „Chciałaś się bawić, to teraz wózek w mieście ciągnij, głupia”. Tak, to trzeba powiedzieć. I spojrzeć z góry, pogardliwie. Miała prawo, w końcu była oszukaną żoną.
Maleństwo było suche, powieki opuchnięte, żyłka na czole, głos zachrypnięty od płaczu. Chłopczyk głodował, krzyczał już u kresu swoich sił, a jego dziwna, nieodpowiedzialna matka leżała na podłodze w przedpokoju i wyła.
Jak przeszukiwała puste szafki i lodówkę szukając mleka, Agnieszka potem już ledwo pamiętała. Jak znalazła kartkę na kuchennym stole z groźną, urwaną frazą: „Przepraszam, nie daję rady…” ze strachem zamknęła oczy.
Dziewczyna na podłodze żaliła się Agnieszce, jak przyjaciółce, iż nie ma dokąd pójść z tego wynajmowanego mieszkania, zaraz trzeba będzie się wyprowadzić, mleko się skończyło, Bartosz zniknął, pieniędzy nie miała i iż jej strasznie żal. I iż przeprasza. I może choćby powinna dostać w twarz wręcz by tego chciała. A chłopca małego nazywa Pawełek, żeby Agnieszka to zapamiętała, tak na wszelki wypadek. Pawełek był raptem 9 dni starszy od Jędrusia.
Agnieszka wracała do domu w biegu, bo za 20 minut Jędruś będzie chciał jeść. Powrót nie był łatwy dwie solidne torby Oksany (bo tak miała na imię matka Pawełka) szarpały jej ręce, sama ledwo idąca Oksana biegła obok, trzymając najedzonego wreszcie Pawełka. Agnieszka biegła i już myślała, gdzie zmieści w mieszkaniu jeszcze dwa łóżka
Po trzech latach bawiliśmy się na weselu Oksany, a po czterech Agnieszki. Mąż Agnieszki nie toleruje białych skarpetek, bo uważa, iż życie trzeba uczynić bardziej kolorowym, a żonę, synka i dwie córeczki kocha nad życie. Oksana jest już mamą czterech chłopaków, a jej mąż przez cały czas ma nadzieję, iż przyjdzie czas na córeczkęCzasem na rodzinnych spotkaniach, gdy dzieci biegają wokół stołu i szczebioczą bez ustanku, Agnieszka uśmiecha się do siebie. Zdarza się, iż jej spojrzenie pada na Oksanę tę, którą przyszłość postawiła na jej drodze w sposób tak bezlitosny i konieczny zarazem. Obie śmieją się wtedy do łez z rzeczy, które tylko one rozumieją, przez chwilę jakby oddzielone od reszty świata niewidzialnym splotem wspólnego losu.
Czasami ktoś zapyta Agnieszkę, jak to możliwe, iż przebaczyła, iż nie znienawidziła na zawsze, iż wplątana w cudzą zdradę wyszła z tego wszystkiego silniejsza, z podwójną rodziną i dwoma synami, którzy są sobie jak bracia.
Agnieszka tylko wzrusza ramionami.
Gdy wszystko się rozpada, człowiek nie szuka już winnych mówi cicho. Buduje na nowo, rusza od początku. Raz czasem odpadnie tynk, raz zaskrzypi podłoga ale przecież dom to ludzie, nie ściany.
I wtedy jej dzieci, Jędruś i Pawełek, przybiegają, wołając, która mama lepiej je przytuli i którą kochają najbardziej. Oksana i Agnieszka wybuchają śmiechem, splatając się w tym uścisku cztero- a czasem sześcio- lub ośmiorękim, bo dołączają inne maluchy i mężowie, wszyscy w wirze domowego, niezwykłego życia.
A o Bartoszu, białych skarpetkach i tamtych dawnych płaczach nikt już nie wspomina. Bo prawdziwa bajka zaczyna się nie w dniu ślubu, ale wtedy, gdy człowiek decyduje, iż to, co najpiękniejsze, najpierw trzeba zbudować razem, od nowa, jeszcze raz.




