Zadziwiające życie – niezwykła codzienność Polaków

polregion.pl 3 tygodni temu

Niezwykłe życie

Na weselu naszej przyjaciółki Zuzanny bawiliśmy się przez dwa dni po polsku, z rozmachem, suto i radośnie. Pan młody był piękny niczym Daniel Olbrychski, a jednocześnie zaskakująco skromny, biorąc pod uwagę jego nieziemski wygląd. Całe towarzystwo dyskretnie lustrowało Bartka: oczy błękitne jak chabry, rzęsy wystarczająco długie i gęste, by wzbudzić zazdrość w każdej kobiecie (po co mężczyźnie takie dary natury? Matko kochana, co za niesprawiedliwość!), szlachetna linia podbródka, klasyczny nos, idealnie czysta, lekko opalona cera. Ostatni argument Bartkowi było blisko do dwóch metrów wzrostu, a ramiona miał szerokie jak u mistrza sportu. Gdybyśmy nie kochały Zuzanny, wybuchłaby awantura przy stole weselnym o tego cudownego chłopaka. Bartek był po prostu zjawiskowy!

No, skąd ty taką osobliwość znalazłaś?! napadłyśmy Zuzannę. Każda z nas starała się wyglądać jeszcze bardziej nieszczęśliwie, licząc na pojawienie się równie przystojnych braci Bartka.

Dziewczyny, spokojnie, zakochałam się w Bartku za jego prostotę tłumaczy Zuzanna. Bartek jest z małej wioski, wychowywany przez babcię, prowadzi gospodarkę, złota rączka. Poznaliśmy się przy okazji zakupu działki przez rodziców właśnie tam, gdzie Bartek mieszkał. Jest bardzo subtelny, opiekuńczy, solidny. Gospodarstwo prowadził wzorowo, mama była pod wrażeniem. Prawdziwy facet! Ledwo go przekonałam do przeprowadzki do miasta, niełatwo było, kilkanaście nocy spędziłam na namawianiu, haha!

Bartek okazał się zaradny zarówno w pracy, jak i w relacjach z nowymi krewnymi, a także nauce: w kilka lat nauczył się rozpoznawać dobre alkohole, perfumy, znać się na polityce, sztuce, podróżach, indeksie WIG20, sporcie, a także wyzbył się charakterystycznego lokalnego dialektu. Wsiadł za kierownicę wygodnego samochodu, podarowanego małżeństwu przez teścia, a potem przyjął bardzo dobre stanowisko w firmie teścia. Kto podarował im mieszkanie? Nie powiem, domyślcie się sami.

W drugim roku małżeństwa u Bartka objawiła się słabość do białych skarpetek. Wyłącznie w śnieżnobiałych skarpetkach chodził po domu i w gościach bez kapci, zakładał je do gumowych kaloszy, stał bez obuwia na brudnej podłodze przedsionka.

Miłości do białych skarpetek Zuzanna nie podzielała, ale posłusznie myła podłogi dwa razy dziennie i kupowała wybielacze. Tak Bartek zyskał ksywkę Skarpeta.

Że Bartek ma kochankę, Zuzanna dowiedziała się w ósmym miesiącu ciąży. U kochanki termin był praktycznie taki sam. Skarpeta został wyrzucony z domu, zwolniony z pracy, przeklęty i opłakany w ciągu doby. Potem przyszły lepkie, ponure dni szarej jesieni. Zuzanna całymi dniami leżała na teraz przerażająco ogromnym łóżku i patrzyła w sufit suchymi oczami:

Popłaczę później. Teraz to niezdrowe dla dziecka.

Zuzanna trwała jak Lenin na swoim bezsensownym łóżku, a my, jak wartownicy, zmieniałyśmy się przy niej, wspierając ją milczącą obecnością.

Chciało się płakać, przewracać kartki życiowej księgi i wyrywać zdradzieckie strony. Ale trzeba było milczeć i czekać.

Na wypisie z porodówki rozgadane, machające balonami, błagające pielęgniarki o przepuszczenie herbatki i wspólne wyjście z nami w zachód ku niedźwiedziom i Cyganom, życzyliśmy wszystkim zdrowia i szczęścia. Świeżo upieczony dziadek najwięcej się starał: dzień wcześniej, wzruszony, obiecał sprzątanie pielęgniarkom, najpierw starannie wymalował kredą ogromny, ukośny napis pod oknem Zuzanny: Dziękuję za wnuka!, a potem próbował coś zaśpiewać, ale został zatrzymany przez ochronę. Ochroniarz uprzejmie zgodził się zapoznać z repertuarem szczęśliwego dziadka przy kieliszku koniaku, bez szkody dla porządku publicznego.

W dzień wypisu dziadek był rześki, świeży i pamiętam jakby promieniował. Płakał ze szczęścia i dumy, szczerze i serdecznie. Płakaliśmy całą delegacją, śmialiśmy się, całowaliśmy Zuzannę, ostrożnie zaglądaliśmy do niebieskiego rożka i bardzo intensywnie milczeliśmy o greckim nosku taty w maleńkim Ignacym. Tylko Zuzanna choćby w tej euforii nie płakała:

Później. Jakby mleko miało złapać smak łez!

Zuzanna milczała z nami jeszcze dwa miesiące, a potem sama uznała, iż musi odwiedzić Bartka. Bez zapałek czy kwasu, ale z pragnieniem wyrzucić swoją rozpacz, wykrzyczeć, płakać, wyładować ból, który przykował ją do łóżka, zwalić ten ciężar na zdrajcę na człowieka, który zburzył ich świat z małym Ignacym, w którym Zuzanna widziała siebie, dziergającą skarpetki ukochanym mężczyznom w ciepłe wieczory, radośnie śmiejącego się Ignacego trzymającego za ręce ich rodzinę na spacerze, i Bartka takiego bliskiego i potrzebnego jej i synowi, człowieka.

A chciała jeszcze zobaczyć w oczy tej bezwstydnej osobie, która spała z jej mężem. Oczy muszą być bezczelne i prawdopodobnie bardzo piękne. W te oczy Zuzanna miała zamiar napluć. Postanowione. jeżeli trzeba, to choćby je podrapać.

Gdzie dokładnie iść na awanturę, Zuzanna dowiedziała się przypadkiem od trzech babć z klatki w trakcie spaceru z dzieckiem. Babcie zatrzymały Zuzannę, przypomniały, iż Bartek to nieudacznik i szczegółowo opisały trasę do gniazda kochanków i różne opcje zemsty. Zuzanna wpadła w stupor, płakała w duszy, chciała odejść bez zapamiętania numeru, ale jakoś nie odeszła.

Teraz stoi, Zuzanna, przed adekwatnym wejściem starej blokowej klatki, wystarczy tylko wspiąć się na piąte piętro, a tam naplujesz albo wrzeszczysz.

Na pierwszym piętrze pomyślała, iż przy jej pechu pewnie nikogo nie będzie. Na drugim uznała, iż byłoby wręcz dobrze, gdyby nikogo nie było. Na trzecim usłyszała rozpaczliwy płacz dziecka dochodzący z piątego piętra.

Drzwi otworzyła jej chuda, płacząca dziewczyna, której wygląd nijak nie pasował Zuzannie do obrazu femme fatale uwodzącej baranka-męża.

Podczas gdy Zuzanna z niedowierzaniem obserwowała konkurentkę ważącą raptem czterdzieści kilo, dzieciak w głębi mieszkania wrzeszczał z całych sił.

Dzień dobry, Zuzanno. Bartka tu nie ma, odszedł dwa tygodnie temu. Nie wiem, gdzie jest wyszeptała dziewczyna i usiadła na podłodze, płacząc.

Zuzannie nagle przeszła ochota na awanturę. Chciała wejść do pokoju i utulić tego malucha tej nieogarniętej matki. Potem rzucić złośliwie: Chciałaś zabierać, to teraz musisz dźwigać, dziewczyno! Oczywiście trzeba będzie użyć dziewczyny z pogardą. I trzeba patrzeć tak, jak oszukana strona ma prawo z wyższością.

Dziecko było suche, powieki opuchnięte, na czole żyłka, głos ochrypły. Ewidentnie chciał jeść. Chłopiec krzyczał z głodu na krańcach swoich dziecięcych możliwości, a jego dziwna, nieodpowiedzialna mama leżała na podłodze i płakała.

Jak otwierała puste szafki kuchenne w poszukiwaniu mleka i bez nadziei szukała czegoś w pustej lodówce, Zuzanna zapamiętała z trudem. Jak znalazła na stole kartkę z ledwo napisaną, przerażającą frazą Proszę wybacz

Dziewczyna na podłodze spazmowała, opowiadając Zuzannie, jak przy najlepszej z nas wpadła w absolutną beznadzieję, nie ma dokąd iść z tym wynajmem, za dwa dni do eksmisji. Mleko zniknęło, Bartek zniknął, pieniędzy nigdy nie było i co tu zrobić. I iż bardzo jej przykro, wstyd, za późno. Nie wiedziała. Prosi o przebaczenie. Może ją uderzyć, adekwatnie powinna. A chłopca zawołali Paweł, żeby Zuzanna zapamiętała, na wszelki wypadek. Paweł okazał się starszy od Ignacego o zaledwie 9 dni.

Zuzanna wracała do domu jak szalona za dwadzieścia minut Ignacy będzie chciał jeść. Biegło się jej trudno: dwie ciężkie torby Kasi ciągnęły ręce, sama zadyszana Kasia biegła obok, trzymając pełnego Pawła. Zuzanna biegła i myślała, gdzie tu jeszcze ustawić dwie łóżka.

Po trzech latach bawiliśmy się na weselu Kasi, po czterech u Zuzanny. Mąż Zuzanny nienawidzi białych skarpetek, uważa, iż życie trzeba kolorować, i kocha żonę, syna i dwie córki. Kasia mama czterech chłopców, jej mąż nie traci nadziei na córeczkęA kiedy my, wierni przyjaciele, podnosiliśmy toast za tę nową, śmiejącą się rodzinę, rozmaite nasze losy splatały się na parkiecie, jakby połączyła je niewidzialna nitka nadziei. Zuzanna patrzyła na Ignacego i Pawła, biegających wokół stołów, z tą pewnością, iż jej serce już nigdy nie będzie samotne. W nowym domu choćby poranki były inne kawa pachniała mocniej, a dziecięcy śmiech odbijał się od ścian, niosąc obietnicę, iż życie jest niezwykłe nie przez niedoskonałość, ale przez ludzi, którzy potrafią wyciągnąć rękę do siebie, kiedy wszystko inne zdaje się tracić sens.

W kuchni, gdzie ściany pamiętały stare łzy, Kasia wyciągnęła ze szuflady kolorowe skarpetki i podarowała Zuzannie. Śmiały się tak, jakby nigdy nie było ciemnych dni. Dorosłe dzieci spały na nowych łóżkach, a w ogrodzie, który jeszcze niedawno był pusty, rozkwitały pierwsze kwiaty. Nasze wesela trwały dalej już nie po polsku, ale po swojemu. Opowieść Zuzanny stała się dla wszystkich legendą, a my wiedzieliśmy: czasem trzeba odważyć się wejść na piąte piętro, by odkryć własną siłę i znaleźć dom tam, gdzie nikt go nie spodziewał.

Niech żyją kolorowe skarpetki i szczęśliwe rodziny.

Idź do oryginalnego materiału