NIEZWYKŁE ŻYCIE
Na weselu mojej przyjaciółki Zosi bawiliśmy się dwa dni głośno, smacznie i z całego serca. Pan młody, Wiktor, był olśniewający jak młody Daniel Olbrychski, a przy tym zaskakująco skromny jak na swój nieprawdopodobnie piękny wygląd. Całe grono znajomych zerkaliśmy ukradkiem na Wiktora: niebieskie jak chabry oczy, absurdalnie długie i gęste czarne rzęsy (szkoda tylko, iż taki skarb spotkał akurat mężczyznę… Natura, czemu?!), mocny podbródek, nos jak z antycznych posągów oraz idealnie gładka brzoskwiniowa cera z delikatną muśnięciem opalenizny. A do tego prawie dwa metry wzrostu, szerokie bary dziewczyny, gdybyśmy nie kochały Zosi, pewnie skoczyłybyśmy sobie do gardeł przy stole. Wiktor był naprawdę wyjątkowy.
Toż ty sobie złapałaś niezłego przystojniaka! rzuciłyśmy tłumnie do Zosi. I każda, cholera, udawała chyba jeszcze bardziej skrzywdzoną samotnicę w razie, gdyby Wiktor miał w rodzinie równie atrakcyjnych kawalerów.
Dziewczyny, z czego wy się śmiejecie! Zakochałam się w Wiktorze za jego prostotę. Wiktor pochodzi ze wsi, wychowany przez babcię, całe życie pomagał jej w obejściu, bardzo przedsiębiorczy chłopak. Poznaliśmy się przez przypadek moi rodzice kupili działkę w jego rodzinnej miejscowości. Jest czuły, dobry i można na niego liczyć. Prowadził gospodarkę jak mało kto, mama głowę traciła na jego punkcie. Prawdziwy facet! Ledwo przekonałam go, żeby razem przenieść się do miasta, nie przesadzam przekonywałam go chyba przez dziesięć nocy z rzędu, haha.
Wiktor gwałtownie odnalazł się w miejskim życiu i wśród mojej rodziny w pracy, choćby w nauce. W ciągu paru lat nauczył się rozpoznawać dobre trunki, wybierać perfumy, rozmawiać o polityce, sztuce, podróżach, giełdzie, sporcie, choćby pozbył się swojego wiejskiego dialektu z Lubelszczyzny. Przesiadł się za kierownicę wygodnego samochodu, który otrzymaliśmy od teścia, a także pracował na bardzo dobrej posadzie też u teścia. Po co się rozgadywać, kto nam mieszkanie sprezentował domyślcie się sami.
Po roku wspólnego życia wyszło na jaw, iż Wiktor ma dziwną słabość do białych skarpet. Chodził w nich ciągle po domu, do gości bez kapci, choćby do kaloszy zakładał i śmigał po testowaniu czystości podłogi. Zosia nienawidziła tej jego manii, ale pokornie myła podłogi dwa razy dziennie i regularnie kupowała wybielacze. Tak właśnie przylgnęła do Wiktora ksywka Skarpetka.
O tym, iż ma kochankę, Zosia dowiedziała się w ósmym miesiącu ciąży. Kochanka była w tym samym stanie. Skarpetka został wyrzucony z domu, zwolniony z pracy, przeklęty i wypłakany w przeciągu jednej doby. Potem przyszły lepkie, mdłe dni ponurej jesieni. Zosia leżała nieprzerwanie na ogromnym, teraz wydającym się bez końca, łóżku i wpatrywała się w sufit wyschniętymi oczami.
Płakać będę później. Teraz dziecku szkodzi.
Leżała tak, jak Lenin w mauzoleum, a my zmieniałyśmy się na czatach przy niej, wspierając ją głuchym milczeniem.
W środku chciało się ryczeć, podrzeć książkę życia na strzępy, powyrywać wszystkie zdradzone strony… Ale trzeba było milczeć i czekać.
Na wyjściu ze szpitala robiłyśmy zamieszanie, machałyśmy balonami, prosiłyśmy położne o kieliszek herbaty i zapraszałyśmy wszystkich w ciemny las, gdzie czeka szczęście i zdrowie. Dziadek był najbardziej rozemocjonowany: dzień wcześniej, wzruszony, obiecał sprzątnąć po sobie i z zapałem nakreślił kredą pod oknem Zosi: Dziękuję za wnuka! a potem próbował śpiewać, póki nie zagonił go ochroniarz. Ten, na szczęście, zaprosił go do kanciapy na koniaczek i świętowali bez szkody dla porządku publicznego.
W dniu wyjścia dziadek był świeży, ochoczy i jak pamiętam dosłownie promieniował radością. I płakał ze szczęścia. My, cała delegacja, płakaliśmy też, śmialiśmy się, całowaliśmy Zosię, zerkałyśmy na niebieski becik z maleńkim Igorkiem i milczeliśmy o tym, iż synek odziedziczył po ojcu klasyczny grecki nosek. Tylko Zosia choćby w tych momentach nie płakała:
Potem. A może mleko mi się przez to skończy?
Zosia milczała z nami jeszcze dwa miesiące, po czym pewnego dnia ruszyła do Wiktora. Bez zapałek i kwasu, za to z ogromną chęcią, by wrzeszczeć i płakać. Chciała wypłakać mu się w ścianę pięściami, zawstydzić go, może zatrząść światem, by zrzucić z siebie ten ból. Chciała, by przestał ją przygniatać i zebrał na siebie całą winę zdradę, zniszczone marzenia i ich własny, mały świat z synkiem, którego Zosia wyobrażała sobie, jak siedzi wieczorami przy nich, robi synkowi i mężowi kilka par skarpetek na drutach, śmieje się razem z Igorkiem, trzymając się za ręce podczas spaceru i patrząc na ukochanego Wiktora tak potrzebnego jej i synkowi.
Chciała też spojrzeć w oczy tej bezczelnej kobiecie, która przespała się z jej mężem. Oczy z pewnością będą butne, pewnie też piękne. Chciała w nie splunąć. Tak postanowiła jeżeli będzie trzeba choćby się z nią poszarpie.
Adres wyśledziła przypadkiem podczas spaceru z dzieckiem zaczepiły ją sąsiadki z bloku. Odpowiednie babcie wytłumaczyły, iż Wiktor to porządny, acz zdrajca, i dokładnie narysowały mapkę do gniazdka kochanków oraz przedyskutowały szczegóły zemsty. Zosia stanęła jak wryta, gotowa już zawrócić ale wróciła.
I tak stała Zosia pod blokiem, starą, obdrapaną wielką płytą, a wystarczyło podejść na piąte piętro i albo splunąć, albo wykrzyczeć całą żałość.
Na pierwszym piętrze pomyślała, iż pewnie i tak nikogo nie zastanie. Na drugim, iż może to dobrze. Na trzecim usłyszała rozpaczliwy płacz dziecka z góry.
Drzwi otworzyła jej bardzo szczupła, zasmarkana dziewczyna, zupełnie niepasująca do obrazka kusicielki.
Zanim Zosia zdołała coś powiedzieć, dziecko wyło w głębi mieszkania.
Dzień dobry, Zofio. Wiktora nie ma, odszedł od nas dwa tygodnie temu. Gdzie jest nie wiem szepnęła dziewczyna i osunęła się na podłogę, płacząc.
Zosi natychmiast przeszła ochota na robienie awantury. Poczuła, iż chce wejść do pokoju, utulić to dziecko, które tak usilnie domaga się jedzenia, a potem rzucić sarkazmem: Jak się chciało jeździć, to trzeba teraz pchać wózek, co? No, suczka też trzeba wcisnąć. I rzucić tak ponuro, pogardliwie. Miała prawo, w końcu została najbardziej skrzywdzona.
Maleństwo było suche, oczy podkrążone, głos ochrypł. Krzyczał z głodu na skraju możliwości, a matka leżała na podłodze przedpokoju, płakała i nie wiedziała, co robić. Próbowała znaleźć mieszankę w pustej kuchni, zaglądała do pustej lodówki Zosia pamiętała to tylko fragmentarycznie.
Na stole leżała karteczka, na której zaczęto pisać tragiczne: Proszę w mojej.
Siedząc na parkiecie, zapłakana dziewczyna Oksana wyznała Zosi, iż musi opuścić mieszkanie w ciągu paru dni, zgubiła mleko, Wiktor zniknął, pieniędzy brak. Bardzo jej przykro, jest jej wstyd. Prosi o wybaczenie. Możesz choćby uderzyć, tak trzeba. Synka nazwali Pawłem, i by Zosia zapamiętała Paweł jest o dziewięć dni starszy od Igorka.
Zosia wróciła biegiem do domu za dwadzieścia minut Igorek będzie chciał jeść. Biegło się niełatwo dwie wielkie torby Oksany wyciągały ręce, zamyślona matka biegła z boku, trzymając najedzonego Pawła. Zosia biegła i myślała, gdzie wstawić jeszcze dwie łóżka.
Po trzech latach bawiliśmy się na weselu Oksany, po czterech Zosi. Mąż Zosi nie toleruje białych skarpet, uważa, iż życie powinno być kolorowe, kocha żonę, syna i dwie córki. Oksana jest mamą czterech chłopców, a jej mąż wciąż liczy na małą córeczkęWiktora odnalazłyśmy zupełnie nieoczekiwanie na dalekiej północy, gdzie zatrudnił się u rybaków na kutrze, łowił dorsze i, jak napisał w krótkim liście do syna, uczył się uczciwości oraz jak nie stracić nóg w zimnych wodach. Zosia pokazała ten list tylko raz, przy kawie, potem schowała głęboko w szufladzie, gdzie już rosła kolekcja przeszłych, zakończonych rozdziałów.
Nasze dzieci podrosły. Igorek i Paweł raz byli braćmi, raz przeciwnikami leśnych wojen podzielonych na dwie rodziny, ich szczęście sprawiło, iż granice krwi i nazwisk rozpływały się w śmiechu i brudnych, upalonych kolanach. Czasem siadaliśmy wszyscy razem na kocu na pikniku Zosia, Oksana, ich dzieci, nowi mężowie i dziadek, który przez cały czas od czasu do czasu rysował kredą, chociaż teraz już na asfalcie, pod domem, serduszka i rowerowe tory i piliśmy herbatę z termosu, uśmiechając się nad starą legendą o Skarpetce.
Zosia czasem patrzyła wtedy na swoje dłonie i myślała, iż historia bólu zamieniła się w coś nowego w siłę. Może czasem jeszcze bolało, ale częściej już tylko cicho dziękowała za przyjaźń, za dzieci, za Oksanę, która choć pojawiła się jak burza została na zawsze deszczem, który zmył cierpienie z podwórka.
A w szafie Zosi, w najgłębszej szufladzie, kryła się nierozpakowana paczka nowych białych skarpet, nigdy nieodpakowana. Trzymała ją na pamiątkę bo przecież choćby najbardziej niezwykłe życie czasem wywraca się na piętę. A potem, jeżeli się postarasz, można już biegać tylko do przodu w kolorowych skarpetkach, z pełnym sercem i planami na jutrzejszą herbatę pod chmurką.





.jpg)