Zaczyna się od nazwiska babci. Polacy oszaleli na punkcie genealogii

kobietaxl.pl 3 godzin temu

Jeszcze kilkanaście lat temu poszukiwanie przodków oznaczało pisanie listów do parafii, wizyty w urzędach, tygodnie oczekiwania na odpowiedź i godziny spędzone nad księgami zapisanymi po rosyjsku albo łacinie. Dziś często wystarczy nazwisko, miejscowość i kilka kliknięć.

A potem zaczyna się coś, co sami genealodzy nazywają pół żartem obsesją. Jeden akt prowadzi do drugiego. W akcie ślubu pojawiają się rodzice, w akcie urodzenia chrzestni, w starej gazecie adres, w wyszukiwarce cmentarnej nagrobek. Nagle zamiast jednego pradziadka mamy kilkadziesiąt osób, trzy miejscowości i pytanie, dlaczego ktoś 150 lat temu porzucił rodzinne strony.

Polacy zaglądają dziś do archiwów państwowych, urzędów stanu cywilnego, ksiąg parafialnych, dawnych gazet i cyfrowych baz. Odkrywają dzieci, o których nikt nie pamiętał, drugie małżeństwa, emigracje, kariery, bankructwa, wojny, rodzinne konflikty i historie zupełnie inne od tych, które od pokoleń krążyły przy stole.

Co się stało, iż genealogia przestała być niszowym hobby, a zaczęła przypominać rodzinne true crime? I dlaczego dziś tak bardzo chcemy wiedzieć, kim byli ludzie żyjący 100, 150 czy 250 lat przed nami? Dlaczego Polacy nagle tak chętnie szukają swoich przodków?

Nałożyły się na siebie dwie rzeczy. Pierwsza jest bardzo praktyczna: nigdy wcześniej nie mieliśmy tak łatwego dostępu do źródeł. Ogromna część archiwów jest skanowana, mamy internetowe indeksy metryk, biblioteki cyfrowe, dawne gazety, wyszukiwarki cmentarne. Coś, co kiedyś wymagało kilku miesięcy korespondencji, dziś czasem da się rozpocząć w pięć minut przy kawie. Druga rzecz jest bardziej osobista. Mam wrażenie, iż coraz więcej ludzi czuje potrzebę zakotwiczenia. Rodziny są porozrzucane po Polsce i świecie, mieszkania po dziadkach są sprzedawane, albumy trafiają do pudeł. I nagle chcemy wiedzieć: skąd jestem, kto był przede mną, dlaczego moja rodzina znalazła się właśnie tutaj.

Czyli technologia zrobiła z genealogii hobby masowe?

Bardzo je zdemokratyzowała. Kiedy zaczynałem jako nastolatek, chodziłem na pocztę i wysyłałem dziesiątki odręcznych listów do parafii i archiwów. Sam szedłem do banku opłacać kwerendy, kserówki i odpisy. Wydawałem na to kieszonkowe. Czasem na dziesięć listów przychodziła jedna odpowiedź i czekało się na nią miesiącami. Dzisiaj siedzę wieczorem w domu i potrafię w godzinę przejrzeć kilkadziesiąt stron księgi, znaleźć nekrolog w gazecie sprzed stu lat i sprawdzić, gdzie ktoś został pochowany. To jest jakościowa zmiana.

A jednak samo wpisanie nazwiska do wyszukiwarki nie daje jeszcze drzewa genealogicznego.

Absolutnie nie. I tu zaczyna się prawdziwe śledztwo. Największy błąd to znalezienie człowieka o pasującym imieniu i nazwisku i natychmiastowe uznanie go za swojego przodka. W jednej parafii potrafiło żyć kilku Janów Kowalskich w podobnym wieku. Trzeba krzyżować informacje: małżonków, rodziców, zawody, adresy, świadków, chrzestnych, miejsca urodzenia. Genealogia polega nie tylko na znalezieniu rekordu, a rekord to zindeksowany wpis o osobie. Wyszukiwanie „nowych rekordów” w internetowych bazach danych zwykle oznacza po prostu natrafienie na nieznany dotąd wpis metrykalny lub dokument archiwalny dotyczący poszukiwanego nazwiska. Trzeba jeszcze jednak udowodnić, iż rekord dotyczy właśnie naszego człowieka.

Od czego powinien zacząć ktoś, kto dziś wie tylko, jak nazywali się jego dziadkowie?

Nie od internetu. Najpierw od ludzi, którzy jeszcze żyją. Zadzwonić do babci, cioci, najstarszego kuzyna. Pytać o pełne nazwiska, nazwiska panieńskie, miejscowości, rodzeństwo, przeprowadzki, wojenną tułaczkę. Zebrać zdjęcia, stare dowody, książeczki wojskowe, świadectwa, nekrologi. Dopiero później wejść do USC, archiwów i baz. Najcenniejsza informacja może brzmieć: „prababcia miała siostrę w Pułtusku”. Dla laika to drobiazg. Dla genealoga to czasem klucz do całej gałęzi.

Pan zaczął od opowieści dziadka Alka.

Tak. Godzinami słuchałem jego historii o przedwojennej Warszawie, o rodzicach i dziadkach, o Powstaniu Warszawskim, okupacji i wcześniejszym zaangażowaniu rodziny w walkę o niepodległość. Chodziliśmy razem na cmentarze. W pewnym momencie powiedziałem: „Dziadku, poszukajmy głębiej”. I przepadłem. Z genealogią jest jak z sadzeniem drzew: najlepszy czas był 15 lat temu, a drugi najlepszy jest dzisiaj. Czekanie na emeryturę jest ryzykowne, bo wtedy może już nie być kogo zapytać.

Rodzinne opowieści pomagają czy raczej przeszkadzają?

Jedno i drugie. Są świetnym drogowskazem, ale nie wolno traktować ich jak dokumentu. W rodzinie mojej babci Jasi od pokoleń żyła dumna opowieść o węgierskich przodkach. Brzmiało to fantastycznie. Tyle iż kiedy cofnąłem się z metrykami do połowy XVIII wieku, okazało się, iż ta gałąź od pokoleń siedziała w jednej mazowieckiej parafii. Żadnego Budapesztu, żadnych madziarskich huzarów. Za to bardzo mocne, wielopokoleniowe zakorzenienie w jednym miejscu. Rodzinne legendy często nie przeżywają spotkania z dokumentami.

A dokumenty potrafią być brutalne?

Potrafią. Raz z dziadkiem doszliśmy do aktu, z którego wynikało, iż jego prapraprababcia po śmierci męża została wdową i żebraczką. Dziadek miał w głowie bardziej romantyczny obraz rodzinnej przeszłości i ten zapis naprawdę go zabolał. W metrykach widać biedę, śmierć dzieci, związki pozamałżeńskie, kolejne małżeństwa, rozwody, nagłe przeprowadzki. Czasem w rodzinie przez sto lat coś było przemilczane, a jedno zdanie w akcie od razu otwiera temat.

Brzmi trochę jak true crime, tylko we własnej rodzinie.

Dokładnie. To jest jedna z rzeczy, które tak wciągają. Mamy zagadkę, ślady, sprzeczne zeznania, błędne nazwiska, dokumenty pisane przez różnych urzędników. Czasem człowiek w akcie ślubu ma jedno nazwisko, przy narodzinach dzieci pojawia się inny wariant, a w akcie zgonu jeszcze inny. Trzeba ustalić, czy to jedna osoba, czy trzy różne. I nagle orientujemy się, iż od dwóch godzin porównujemy świadków z chrztu z mieszkańcami jednej wsi. To bardzo podobny mechanizm do rozwiązywania kryminału, tylko finał dotyczy własnej rodziny.

Jakie historie najbardziej zapadły Panu w pamięć?

Najbardziej te, które pokazują człowieka, a nie samą datę. Jedna z moich przodkiń miała trzech kolejnych mężów i dzieci z kolejnych związków w epoce, gdy na ziemiach Księstwa Warszawskiego obowiązywał Kodeks Napoleona. Zastanawiam się, jak silną musiała być osobą, żeby tak prowadzić życie na początku XIX wieku. W innej linii odkryłem niezwykłe kobiety związane z medycyną. Praprababcią mojej żony była Janina Miklaszewska, jedna z pierwszych kobiet lekarzy w Polsce. Widać w tej rodzinie ogromną wagę przywiązywaną do edukacji kobiet i ich niezależności. Takie odkrycia kompletnie zmieniają sposób, w jaki patrzymy na przodków.

W pewnym momencie zaczął Pan badać również rodzinę żony.

Uznałem, iż chcę, bo to przecież połowa historii moich dzieci. Dzięki bazom cmentarnym odnalazłem na Starych Powązkach trzy zapomniane groby jej przodków z XIX wieku. Potem zaczęły wychodzić kolejne historie: lekarze, powstania, represje carskie, zsyłki, wojny. Bardzo poruszyło mnie to, jak ta rodzina potrafiła się wspierać. Ktoś chorował, ktoś miał kłopoty finansowe, ktoś tracił dom - inni ruszali z pomocą. Dopiero II wojna światowa i późniejsze lata naprawdę przerwały tę pamięć.

Jak daleko w ogóle da się cofnąć?

To zależy od regionu, wyznania, zachowanych ksiąg i szczęścia. W wielu rodzinach realistycznym celem jest XVIII wiek. Ale jeżeli trafimy na dobrze zachowane księgi, szlachtę, mieszczan albo rodzinę występującą w innych źródłach, można zejść głębiej. Po latach wróciłem do materiałów zebranych jako nastolatek i dzięki cyfryzacji w niektórych liniach dotarłem do czasów Zygmunta III Wazy i moich 9x pradziadków. To moment, kiedy przestaje się myśleć o historii Polski jako o czymś z podręcznika. Nagle w tych samych czasach żyje konkretny człowiek z twojego drzewa.

Dzisiaj do tego wszystkiego dochodzi sztuczna inteligencja. To rewolucja?

To ogromne ułatwienie, szczególnie przy językach i starym piśmie. Dawniej XIX-wieczny akt po rosyjsku albo po łacinie potrafił być dla początkującego ścianą. Dziś można szybciej dostać robocze tłumaczenie, porównać warianty nazwiska, przeszukać wielką partię tekstu. Ale AI potrafi też bardzo przekonująco się pomylić. Dlatego traktuję ją jak świetnego pomocnika, nie jak źródło. Ostatecznie trzeba wrócić do skanu i dokumentu pierwotnego.

Czy genealogia naprawdę potrafi uzależnić?

Oczywiście. Nie istnieje coś takiego jak „sprawdzę tylko jednego pradziadka”. Znajdujemy jego akt urodzenia, w nim rodziców, potem ich ślub, tam kolejnych rodziców. Dochodzą świadkowie, chrzestni, adresy, zawody, rodzeństwo. Jeden trop prowadzi do drugiego. W jednej linii mojej babci naliczyłem blisko 500 osób o tym samym nazwisku, które udało mi się powiązać w jedno wielkie drzewo. I zawsze gdzieś na końcu zostaje kolejny znak zapytania.

Co się dzieje z tą wiedzą później? Drzewo zostaje na komputerze?

Właśnie nie powinno. Ja założyłem rodzinne grupy na WhatsAppie: osobną dla rodziny żony, osobną dla mojej rodziny po mieczu i po kądzieli. Wrzucam odnalezione akty, zdjęcia, nekrologi, krótkie historie. I nagle zaczynają rozmawiać ze sobą kuzyni, którzy nie mieli kontaktu od lat. Ktoś przypomina sobie o pudełku ze zdjęciami, ktoś rozpoznaje osobę, której nikt inny nie znał. Genealogia zaczyna się od zmarłych, ale bardzo często kończy na integrowaniu żywych.

Co jest w tym dla pana najbardziej osobiste?

W Powstaniu Warszawskim moja rodzina straciła praktycznie wszystko. Nie ocalały przedwojenne albumy, zdjęcia, pamiątki. Została biała plama i popiół. Dlatego kiedy znajduję po 100 latach czyjś akt, adres, podpis albo wzmiankę w gazecie, mam poczucie, iż wyciągam tę osobę z niepamięci. Dla mnie genealogia nie jest kolekcjonowaniem dat. To próba odtworzenia życia i relacji ludzi.

Na koniec: jedna rzecz, którą każdy powinien zrobić dziś wieczorem?

Błagam, podpisujcie zdjęcia. Naprawdę. Wyjmijcie stare albumy i na odwrocie miękkim ołówkiem napiszcie: kto jest na fotografii, z imienia i nazwiska, kiedy ją zrobiono, gdzie i z jakiej okazji. Dziś wszyscy wiedzą, iż ten pan z wąsem to wujek Staszek. Za 20 lat dla waszych dzieci będzie anonimową twarzą. I druga rzecz: porozmawiajcie z najstarszymi osobami w rodzinie. Akt z 1872 roku może poczekać. Pamięć człowieka - nie.

Konrad Tarnopolski - licencjonowany przewodnik po Warszawie, twórca projektu „Warszawa z buta”, nauczyciel turystyki i pasjonat poszukiwań genealogicznych. Pomaga w odkrywaniu korzeni rodzinnych, budowaniu drzew genealogicznych oraz badaniach archiwalnych.

Zdjęcie Mateusz Rekłajtis

Krótki poradnik, jak zacząć:

5 rzeczy, które zrób zanim zaczniesz szukać w archiwach

1. Zapytaj najstarszych krewnych o nazwiska, miejscowości, przeprowadzki i rodzinne anegdoty.
2. Podpisz stare fotografie: kto, gdzie, kiedy i z jakiej okazji.
3. Zeskanuj dokumenty, akty, książeczki wojskowe, świadectwa, listy i nekrologi.
4. Zapisz wszystkie miejscowości związane z rodziną - w genealogii geografia bywa ważniejsza niż samo nazwisko.
5. Dopiero potem zacznij szukać metryk i weryfikować rodzinne opowieści dokument po dokumencie.

Idź do oryginalnego materiału