Słuchaj, muszę Ci opowiedzieć, jak to było, kiedy zabraliśmy moją szwagierkę i jej synka na wakacje. Powiem szczerze: tysiąc razy tego pożałowałam.
Jak co roku, ja i mój mąż pojechaliśmy nad Bałtyk. Mamy taką paczkę znajomych, z którymi jeździmy własnymi samochodami, rozbijamy namioty na plaży i żyjemy przez kilka dni na totalnym luzie. Można powiedzieć, iż jesteśmy mistrzami biwakowania. W dzień pluskanie się w morzu, opalanie, a wieczorem siadamy przy ognisku z gitarą, śpiewamy, pijemy dobre, wytrawne wino. W tym roku do ekipy dołączyła moja szwagierka, Grażyna, razem ze swoim dwuipółletnim synkiem. Długo się zastanawialiśmy brać ich czy nie brać?
No i daliśmy się namówić. I wiesz co? To wcale nie mały sprawiał problemy wręcz przeciwnie, wszystko zaczęło się od Grażyny. Już w trasie były atrakcje co godzinę musieliśmy się zatrzymywać, bo Grażyna była zmęczona i musiała się położyć. Dojechaliśmy więc nad morze grubo po czasie, znajomi zdążyli się już rozłożyć, a choćby zakosztować kąpieli. My rozpakowujemy graty, a tu Grażyna zaczyna:
Ja tutaj nie zostanę!
Czemu? Przecież mówiłam, iż śpimy pod namiotami!
Myślałam, iż chodzi o to, żeby na miejscu szukać jakiegoś noclegu, może pensjonatu rzuca Grażyna.
To po co braliśmy namioty i śpiwory? burknął mój mąż.
Bo myślałam, iż wy tak bardziej dla klimatu!
Skończyło się na tym, iż musieliśmy jej wynająć pokój w pensjonacie. Mąż kursował jak taksówka: rano ją przywoził do nas, wieczorem odwoził z powrotem. A jeszcze w ciągu dnia musiał ją wozić po kawiarniach albo na molo. Jak chciała się zameldować na Facebooku przy kawie, to oczywiście ktoś musiał zostać z dzieckiem…
Cała nasza ekipa adekwatnie opiekowała się jej synkiem, ale wiesz co? Mały to naprawdę złoty chłopak słuchał się, biegał po plaży, chętnie wchodził do morza, jadł wszystko, spał spokojnie w namiocie podczas drzemek. Zupełnie inny od matki. Następnym razem na pewno pojedziemy bez Grażyny. Ale jeżeli rodzice pozwolą, to z miłą chęcią zabierzemy tego małego urwisa. On się nadaje na camping jak mało kto!






