Zabrałam szwagierkę i jej synka na wakacje. Pożałowałam tego tysiąc razy.
Ja i mój mąż co roku jeździmy na wakacje nad Bałtyk. Od kilku lat jeździmy z grupą przyjaciół, każdy swoim autem, zawsze na polskie wybrzeże. Jesteśmy ekspertkami od biwakowania. Wybieramy najmniej oblegany kawałek plaży i rozbijamy tam namioty. W dzień kąpiemy się w morzu i opalamy, a wieczorami gramy na gitarze przy ognisku, popijając wytrawne wino. W tym roku dołączyła do nas moja szwagierka Zofia. Zabrała ze sobą swojego dwuipółletniego synka.
Wahałyśmy się długo, czy ją wziąć. Niestety, dałyśmy się przekonać. Patrząc z perspektywy czasu, nie dziecko było problemem, ale sama Zofia. Trudności zaczęły się już po drodze. Zofia co godzinę prosiła o postój. Zawsze była zmęczona, musiała się położyć, przeciągnąć. Dotarliśmy przez to bardzo późno nasi znajomi już rozłożyli obozowisko, choćby zdążyli się wykąpać. Ale w końcu byliśmy na miejscu. I wtedy zaczęła się druga część przygody. Szwagierka wpadła w złość:
Ja tu nie zostanę!
Dlaczego? Uprzedzałam, iż jedziemy pod namiot!
Myślałam, iż poszukamy jakiejś kwatery na miejscu, nie będziemy spać w hotelu, ale na pewno nie w namiocie!
Po co, twoim zdaniem, braliśmy materace i namioty? burknął mój mąż.
Myślałam, iż to wy tak lubicie
Trzeba było wynająć dla niej pokój. Mój mąż musiał codziennie jeździć, żeby ją przywieźć rano na plażę, a potem odwieźć wieczorem. To nie wszystko prowadził ją na kawę, na zakupy, zajmował się małym, żeby ona mogła sobie odpocząć od swoich obowiązków.
Wszyscy zresztą pilnowaliśmy jej synka. Choć szczerze mówiąc, nie był żadnym ciężarem był posłuszny, biegał radośnie, kąpał się z nami w morzu, jadł wszystko i spał spokojnie w namiocie w ciągu dnia. W przeciwieństwie do matki. Za rok już na pewno jej nie zabierzemy. Ale małego? jeżeli rodzice pozwolą, chętnie go znowu weźmiemy doskonale nadaje się na wakacje pod namiotem.










