Zabrałam szwagierkę i jej dziecko na wakacje nad Bałtykiem — żałowałam tego tysiąc razy Ja i mój mą…

newsempire24.com 6 dni temu

Kiedyś, dawno temu, wybrałam się z mężem nad polskie morze. Od kilku lat wakacje spędzamy z przyjaciółmi, jeżdżąc własnymi samochodami na wybrzeże Bałtyku. Jesteśmy w tym mistrzyniami. Wybieramy urokliwy fragment plaży, gdzie rozbijamy nasze namioty. W ciągu dnia pluskamy się w słonej wodzie, opalamy się i wdychamy jod. Wieczorami rozpalamy ognisko, śpiewamy przy gitarze, popijając kieliszek wytrawnego wina. Tak mijają nam wymarzone, beztroskie wakacje.

Pewnego roku dołączyła do nas moja szwagierka, Wioletta, ze swoim małym synkiem, który miał wtedy dwa i pół roku. Długo zastanawialiśmy się z mężem, czy to dobry pomysł i czy je zabrać. Niestety, daliśmy się przekonać. Patrząc z perspektywy, to nie chłopczyk sprawiał nam kłopoty, ale właśnie Wioletta.

Kłopoty zaczęły się już podczas podróży. Wioletta co godzinę prosiła, żeby się zatrzymać. Była zmęczona i musiała się położyć. W efekcie dojechaliśmy grubo po zmroku, kiedy nasi przyjaciele już rozbili obozowisko i zdążyli choćby wykąpać się w Bałtyku. Zanim się ogarnęliśmy, zaczęła się druga część przygód. Wioletta wybuchnęła:

Nie zamierzam tu mieszkać!

Dlaczego? Przecież uprzedzałam, iż śpimy w namiotach!
Myślałam, iż znajdziemy jakieś pokoje na miejscu, a nie iż rozbijamy namioty na dziko
Po co według ciebie braliśmy ze sobą namioty i śpiwory? zniecierpliwił się mój mąż.
Myślałam, iż to taka tradycja, ale nocleg to nocleg mruknęła Wioletta.

Nie było innego wyjścia i musieliśmy wynająć jej pokój gościnny za niemałe pieniądze, jakieś trzysta złotych za dobę. Potem mój mąż musiał codziennie przyjeżdżać po Wiolettę, przywozić ją na plażę, potem odwozić z powrotem wieczorem. To jeszcze nie wszystko trzeba było ją zabierać po kawiarniach i na spacery do miasteczka, a podczas jej przerw ktoś musiał opiekować się małym Bartoszem.

Tak naprawdę wszyscy dbaliśmy o Bartosza. Był bardzo grzeczny, biegał sobie po piasku, chętnie wchodził do morza, jadł wszystko, co mu podano, a kiedy tylko zrobiło się cieplej w namiocie, zasypiał bez kaprysów. Jego obecność była wręcz przyjemna w przeciwieństwie do jego mamy. Za rok na pewno Wioletty z nami nie weźmiemy. Ale Bartka chętnie zabralibyśmy znowu, jeżeli rodzice nam go powierzą. Jemu biwakowanie było pisane.

Idź do oryginalnego materiału